Bitwa pod Grunwaldem. Polski symbol, którą warto promować
Historia Grunwaldu to jednak nie tylko opowieść o triumfie militarnym. Mimo że wszyscy najlepiej pamiętamy wydarzenia z 15 lipca, sukces „grunwaldzkiej marki” zaczął się wcześniej, podczas średniowiecznej wojny hybrydowej. Królestwo Polskie na długo przed bitwą pod Grunwaldem prowadziło niekonwencjonalne działania przeciwko zakonowi krzyżackiemu.
Władysław Jagiełło wysłał zboże i broń zbuntowanym Litwinom ze Żmudzi, akceptując fakt, że zakon krzyżacki może się o tym dowiedzieć. Co więcej, większość historyków zgadza się, że polski król wręcz zakładał, iż ta średniowieczna wojna asymetryczna doprowadzi do otwartego konfliktu. Jest to o tyle fascynujące, że Grunwald wydaje się dobrą lekcją także tego, jak należy postępować, zanim wybuchnie wojna.
Bo o ile zwycięstwo połączonych sił Korony Polskiej, Litwy, Rusi oraz najemników tatarskich i morawskich było niepodważalnym sukcesem militarnym, o tyle data 15 lipca powinna być znana współczesnym Polakom także jako kulminacja miesięcy sprytnej polityki zagranicznej, odpowiednich zbrojeń i świadomości, że wojna z zakonem będzie miała miejsce.
Państwo polskie, świeżo związane unią personalną z monarchią litewską, zadbało także o częściowe zabezpieczenie swojej narracji na arenie międzynarodowej. Bo o ile rycerze zakonni nadal prowadzili swoją starą grę — przedstawiając Polskę i Litwę jako oś pogańskiego zła, które zagraża interesom chrześcijaństwa w całej Europie Środkowo-Wschodniej — o tyle polska Korona walczyła z tą narracją. Sprawna dyplomacja sprawiła, że choć w szeregach zakonu pod Grunwaldem służyło wielu „gości zagranicznych”, Polska stoczyła tę bitwę jako równorzędny, chrześcijański przeciwnik.
Co jednak sprawia, że sama bitwa, stoczona w lipcowym upale, podczas której pancerne hufce polskiej jazdy udowodniły swoją wyższość nad niemieckim orężem, odwracając losy starcia początkowo korzystnego dla Krzyżaków, jest tak wyjątkowa dla Polaków? Dlaczego to ona trafiła na karty powieści Henryka Sienkiewicza i przed kamery twórców filmu z 1960 roku?
Kochamy Grunwald być może dlatego, że jest to jedno z nielicznych wydarzeń w polskiej historii, po którym nie wypowiadamy smutnego słowa „ale”. Nie było to zwycięstwo osiągnięte dzięki łutowi szczęścia lub słabości rywala. Grunwald nie był też wiktorią polskiego oręża, po której nastąpił kolejny okres upadku i marazmu. Ma on przewagę nad zwycięstwami z XVII wieku — pod Kircholmem, Chocimiem czy Wiedniem — które, choć imponujące, nie zapobiegły stopniowej śmierci Rzeczypospolitej.
Grunwald był zwieńczeniem powrotu Polski na mapę świata. Po rozbiciu dzielnicowym i pierwszych walkach z Krzyżakami państwo polskie udowodniło, że „zasługuje” na swoje miejsce w dziejach. Po wiktorii grunwaldzkiej nie nastąpił upadek, lecz dalszy rozkwit Królestwa Polskiego i Litwy — zwycięstwa w Mołdawii, złota era Jagiellonów, sukcesy polityki dynastycznej, panowanie Zygmunta Starego i Zygmunta Augusta. Słowem, lipcowa bitwa nie była końcem, lecz początkiem.
Co więcej, jest ona jednym z niewielu pewnych i jednoznacznych sukcesów polskiej polityki historycznej. Żaden kraj ani żadne środowisko nie zawłaszczyły Grunwaldu na własne potrzeby. Rosyjska propaganda nie odniosła sukcesu w próbie przedstawienia bitwy pod Grunwaldem jako zwycięstwa „wszystkich Słowian”, a niemieccy historycy nie prowadzą historycznej rehabilitacji zakonu krzyżackiego. Grunwald był, jest i zapewne pozostanie polskim sukcesem, który nie wzbudza wątpliwości. Być może powinniśmy więc promować go jeszcze intensywniej, rozpowszechniając jego legendę.
Maciej Bzura
