Choć Napoleon był prekursorem geopolityki, poniósł klęskę, ponieważ zapomniał o jej elementarnych zasadach
Thierry Lentz jest francuskim historykiem, prezesem Fondation Napoléon i pisarzem, autorem licznych książek, poświęconych Napoleonowi, m.in. „Napoléon et le monde (1769-2025)”. W wywiadzie dla dziennika „Le Figaro” zwraca uwagę na ponadczasowość wizji geopolitycznej Napoleona Bonaparte.
Jak ocenia Thierry Lentz, analiza strategii Napoleona Bonaparte, który w swojej wizji geopolitycznej kierował się kategoriami światowego układu sił, może być pomocna w debatach nad współczesnymi wyzwaniami. „Świat, który Napoleon znał, i który zburzył, nie ma już zbyt wiele wspólnego za światem współczesnym, a jego lekcje zawierają się przede wszystkim w jego sposobie myślenia i metodzie działania. To myślenie czerpało przede wszystkim z zadziwiającej wiedzy o tym, co obce, zdobytej dzięki lekturze, studiom, jego własnym podróżom i spotkaniami z innymi podróżnikami. Znał historię i geografię znacznie lepiej niż większość współczesnych mu elit. W jego refleksję włączony był wymiar historyczny, gospodarczy i polityczny. Uprawiał geopolitykę, zanim ukształtowało się to pojęcie, co możemy podsumować zdaniem, zaczerpniętym z listu, który napisał w 1804 r. do króla Prus: Polityka wszystkich potęg zawarta jest w ich geografii. Właśnie przez to, że próbował pominąć tę prawdę, poniósł klęskę, zbyt gwałtownie naruszając istniejący układ sił, strefy wpływów i tradycyjne ambicje swoich przeciwników. Gdybyśmy chcieli podsumować lekcję, jaką nam dał, moglibyśmy powiedzieć, że historia nie jest jedynie przeszłością. Warto, a często nawet trzeba, pomyśleć nad nią, zanim zacznie się działać” – stwierdza.
Jak przypomina historyk, Napoleon już w swojej epoce przewidywał, że Stany Zjednoczone mogą stać się w przyszłości światową potęgą. „W 1800 r. Stany Zjednoczone były mocarstwem drugorzędnym, liczącym 6 milionów mieszkańców i niedysponującym znaczącą siłą militarną. Stanowiły mniej niż 1 proc. światowej produkcji przemysłowej, podczas gdy Europa zachodnia reprezentowała 30 proc. Jednak, choć Napoleon nie obawiał się Stanów Zjednoczonych, zrozumiał on, że ten młody naród w końcu uczyni ten kraj liderem, jeśli nie na skalę świata, to przynajmniej kontynentu amerykańskiego i jego ogromnych zasobów. Próbował zaangażować je w wojnę przeciwko Anglii. Nie odniósł jednak oczekiwanego sukcesu, pomimo sprzedaży Luizjany za bezcen, która pozwoliła Stanom Zjednoczonym w jednej chwili podwoić swoje terytorium. Jednak wojna angielsko-amerykańska, która ostatecznie wybuchła w 1812 r., nie była wojną napoleońską, lecz drugą wojną o niepodległość” – tłumaczy.
Jak zauważa, bieg wydarzeń, jaki nastąpił po kampanii napoleońskiej w Rosji w 1812 r., która przyczyniła się do upadku Napoleona, może stanowić perspektywę do interpretacji sytuacji geopolitycznej, w jakiej znalazł się świat po inwazji Rosji na Ukrainę. „W tamtej epoce, Zachodnia Europa i sam Napoleon uważali, że Rosja nie należy do europejskiej rodziny, jak wówczas mówiono. Rosjanie często byli nazywani barbarzyńcami z Północy. Mimo to, przez długi czas Napoleon sądził, że będzie mógł się z nimi porozumieć, aby podzielić się dominacją – Zachód dla niego, Wschód dla cara – i, co było motywem przewodnim jego polityki, walczyć z Anglią. Niepowodzenie tego planu było przyczyną kampanii w 1812 r. To w wydarzeniach, które nastąpiły potem, należy szukać powiązań z dzisiejszą sytuacją. Na kongresie wiedeńskim, pomimo ostrych nieporozumień, nowa dominująca potęga, Anglia, zamiast odrzucić Rosję na jej stepy, zgodziła się zaprosić ją do europejskiego stołu. Włączając ją, myślano, że zostanie zdławione jej pragnienie ekspansji na Zachód” – stwierdza.
„Tradycyjna idea rozróżnienia między Napoleonem, prowadzącym politykę wewnętrzną, a Napoleonem, prowadzącym politykę zagraniczną, jest trafna. Jeśli chodzi o organizację Francji w czasach cesarstwa, niewiele można mu zarzucać, o ile w ogóle zarzut ma jakiekolwiek zastosowanie w kontekście historii. Jak sam później mówił, jego polityka odpowiadała na oczekiwania Francuzów, opierając się na wprowadzeniu porządku we wszystkich dziedzinach życia, przestrzeganiu zasad Rewolucji (w modelu z 1789 r.), oraz, wbrew temu co twierdzą ci, którzy nie zgłębili tematu, była to wprawdzie władza autorytarna, ale bardzo odległa od dyktatury a tym bardziej od totalitaryzmu. Wprowadzane przez niego rozwiązania instytucjonalne przetrwały zresztą nasze polityczne zawirowania i wielkie katastrofy, a jednocześnie stały się wzorem powielanym na całym świecie. W polityce międzynarodowej, mniej ograniczany przez instytucje i organy kontrolne, takie jak Rada Stanu, ministrowie, a nawet izby ustawodawcze, padł ofiarą własnej pychy i poczucia siły. Błędnie ocenił to, jak długo jego sojusznicy będą w stanie akceptować niczym nieograniczoną dominację Francji. Choć był prekursorem geopolityki, poniósł klęskę ponieważ zapomniał o jej elementarnych zasadach” – ocenia Thierry Lentz.
oprac. JD
