Co dalej z wirusem ebola?
Nowa fala eboli w Afryce Środkowej i Wschodniej przestaje być wyłącznie problemem medycznym. Choroba rozprzestrzenia się z Demokratycznej Republiki Konga do kolejnych obszarów, obejmuje już także Ugandę, a w regionie rośnie napięcie, strach i nieufność wobec działań władz. Nawet państwa, które nie odnotowały jeszcze zakażeń, zaczynają reagować nerwowo. Najmocniej widać to dziś w Kenii, gdzie plan utworzenia specjalnego ośrodka izolacyjnego wywołał zamieszki i ofiary śmiertelne.
Epicentrum obecnej epidemii pozostaje wschodnia część Demokratycznej Republiki Konga. To właśnie tam wirus rozprzestrzenił się z Ituri do prowincji Kiwu Północne i Południowe, a także poza granice kraju. Problem polega nie tylko na samej liczbie zachorowań, ale też na warunkach, w jakich doszło do wybuchu epidemii. Jest to obszar ogarnięty konfliktem, z wielkimi ruchami ludności, słabą infrastrukturą i granicami, które w praktyce są bardzo porowate.
To sprawia, że reakcja służb zdrowia od początku jest spóźniona i niepełna. Część pierwszych testów nie wychwyciła choroby, bo były przygotowane na częstsze odmiany eboli. Tym razem chodzi o rzadki wariant Bundibugyo, niewidziany od ponad dekady. To właśnie ten szczep komplikuje dziś sytuację najmocniej. Nie ma dla niego zatwierdzonej szczepionki, nie ma też leków celowanych, które dawałyby lekarzom wyraźnie większą kontrolę nad sytuacją.
Nie jest to wprawdzie najgroźniejsza pod względem śmiertelności odmiana wirusa, ale nadal pozostaje bardzo niebezpieczna. Objawy pojawiają się zwykle po kilku dniach, czasem dopiero po trzech tygodniach od zakażenia. Początek może przypominać grypę albo malarię: gorączka, ból głowy, osłabienie, bóle mięśni. Później pojawiają się wymioty, biegunka, a u części chorych także krwawienia oraz uszkodzenie narządów. Ebola przenosi się przez kontakt z płynami ustrojowymi zakażonej osoby, dlatego każdy błąd w izolacji, transporcie chorego czy pochówku szybko zwiększa ryzyko kolejnych zakażeń.
Niestety, obecne ogniska choroby są trudne do zatrzymania. W warunkach wojny i przesiedleń nie wystarczy wysłać lekarzy i sprzętu. Trzeba jeszcze w ogóle dotrzeć do chorych. Pracownicy humanitarni zwracają uwagę, że niektóre tereny stale przechodzą z rąk do rąk między różnymi grupami zbrojnymi. To w praktyce oznacza, że nawet jeśli gdzieś pojawia się nowe ognisko zakażeń, zespoły ratunkowe nie zawsze mogą po prostu tam dojechać.
Władze regionu próbują reagować. Demokratyczna Republika Konga, Uganda i Sudan Południowy zapowiedziały zacieśnienie współpracy transgranicznej: większy monitoring, lepszy system wczesnego ostrzegania, kontrolę granic i wzmocnienie laboratoriów. Jednocześnie afrykańskie instytucje zdrowia postawiły w stan podwyższonej gotowości kolejne państwa regionu, obawiając się, że wirus będzie przesuwał się dalej wraz z ludźmi uciekającymi przed wojną i niestabilnością. Przykładowa Kenia nie potwierdziła dotychczas żadnego przypadku eboli, ale już sam plan uruchomienia przy bazie wojskowej Laikipia ośrodka izolacyjnego dla obywateli USA wywołał ogromny sprzeciw. W Nanyuki demonstranci wyszli na ulice, blokowali drogi, palili opony, a policja użyła gazu łzawiącego. W zamieszkach miały zginać dwie osoby.
Wirus pozostaje więc śmiertelnym zagrożeniem, ale równie groźne stają się reakcje społeczne: strach, plotki, bunt i polityczne napięcie. Jeśli choroba zaczyna osłabiać nie tylko system ochrony zdrowia, ale też relacje między państwem a obywatelami, kryzys robi się znacznie trudniejszy do opanowania…
Maciej Bzura
