Czy „crush” i „prime” psują język? Prawda o neologizmach
Współczesny język coraz częściej wypełniają wyrażenia takie jak „crush”, „prime” czy „zostawić na przeczytane”. Dla jednych to naturalny sposób komunikacji, dla innych dowód na degradację języka. To napięcie nie jest jednak niczym nowym. Język nie jest strukturą stałą: zmienia się od momentu, w którym uczymy się pierwszych słów. Gdyby było inaczej, mielibyśmy do czynienia z językiem martwym. Nawet łacina klasyczna, często uznawana za taki przypadek, nadal generuje nowe formy.
Nie mówimy dziś jak w średniowieczu, ale nie mówimy też jak nasze prababki. Ewolucja języka jest ciągła, a jej najbardziej widocznym obszarem pozostaje słownictwo.
To właśnie tutaj najszybciej pojawiają się zmiany w postaci neologizmów.
Neologizmy powstają, ponieważ rzeczywistość się zmienia i wymaga nazwania. Jeszcze 28 lat temu nie można było „wyszukiwać w Google”, a 6 lat temu maseczka FFP2 nie była pojęciem powszechnym. W najbliższych latach pojawią się kolejne terminy, choćby związane z materiałami CMCSP, które rozkładają się w wodzie bez pozostawiania mikroplastiku, czy z nowymi, „odtworzonymi” gatunkami zwierząt.
Problem pojawia się wtedy, gdy nowe słowa nie wynikają z konieczności, lecz z potrzeby ekspresji. Sformułowanie „jestem w swoim prime” często budzi opór, choć przekazuje tę samą treść co „jestem w najlepszym momencie”.
Taki podział na neologizmy „potrzebne” i „zbędne” okazuje się jednak nieprzydatny. Każdy element języka pełni funkcję komunikacyjną. Degradacja form ekspresywnych prowadzi raczej do ujawnienia uprzedzeń wobec określonych wpływów językowych niż do realnej oceny ich wartości.
Jak opisuje „The Conversation” powstawanie neologizmów nie ma jednego źródła. Mogą wynikać z mody, potrzeby lub przypadku. Rzadko da się wskazać ich autora. Trudno ustalić, kto jako pierwszy zrobił selfie albo „autofoto”, choć ta druga forma funkcjonuje głównie jako propozycja normatywna.
Badania nad językiem skupiają się więc na mechanizmach tworzenia nowych słów. Skrócenia, takie jak „protes” od „protein”, zapożyczenia w rodzaju „gym bros”, a także procesy wewnętrzne języka derywacja („covidowy”), złożenia („teledermatologia”) czy akronimia („restobar”) — pokazują, że język stale produkuje nowe formy.
Co istotne, neologizmy nie są wyłącznie efektem wpływu angielskiego. Język tworzy je również samodzielnie, zgodnie z własnymi zasadami.
Nie każde nowe słowo jest neologizmem i nie każde pozostaje w języku na dłużej. Aby to ocenić, stosuje się kilka kryteriów.
Pierwsze dotyczy obecności w słowniku, brak w ogólnym leksykonie wskazuje na nowość. Drugie odnosi się do czasu, neologizm musi być stosunkowo świeży. Dlatego „myszka komputerowa” nie jest już uznawana za nowe słowo, podczas gdy „woke” w aktualnym użyciu nadal nim pozostaje. Trzecie kryterium ma charakter psychologiczny: słowo musi być postrzegane jako nowe i przyciągać uwagę.
To właśnie dlatego reklama chętnie wykorzystuje neologizmy, nowe formy językowe skutecznie zatrzymują odbiorcę. Z kolei wyrażenia, które zdążyły się utrwalić, jak „wrzucić zdjęcie”, tracą swoją nowość i przestają być zauważalne.
Żadne z tych kryteriów nie działa w izolacji. Dopiero ich połączenie pozwala uznać dane słowo za neologizm. „COVID” pozostał nowym słowem mimo szybkiego włączenia do słownika, ponieważ był aktualny i przyciągał uwagę. Podobnie „random”, choć powszechny, nadal spełnia kryteria czasu i obecności poza słownikiem.
Neologizmy mają wbudowaną sprzeczność: w chwili, gdy zostają uznane i rozpowszechnione, tracą swoją nowość. Stają się częścią języka.
Tak było z „wirusami komputerowymi”, które pojawiły się w latach 70. i dziś nie budzą żadnych emocji. Ten sam proces dotyczy współczesnych wyrażeń. To, co dziś wydaje się nowe lub kontrowersyjne, w krótkim czasie może stać się neutralnym elementem codziennej komunikacji.
Laura WIECZOREK
