Czy w Polsce jest miejsce na partię bliską ludziom? [CBOS]
Pomiędzy dużą częścią społeczeństwa a zawodową polityką powstała przestrzeń wypełniona rozczarowaniem, poczuciem niesprawiedliwości i przekonaniem, że państwo coraz gorzej radzi sobie z podstawowymi obowiązkami. Badanie jakościowe CBOS pokazuje, że źródłem politycznego buntu nie muszą być wielkie spory ustrojowe, lecz doświadczenia z przychodni, urzędu mieszkaniowego, banku i domowego budżetu.
Jak wyglądałaby partia odpowiadająca na oczekiwania badanych?
Gdyby potraktować wypowiedzi uczestników badania jako materiał do stworzenia hipotetycznego ugrupowania, nie byłaby to partia łatwa do umieszczenia na tradycyjnej osi od lewicy do prawicy. Łączyłaby szeroki program społeczny z ochroną interesu narodowego, aktywność państwa w mieszkalnictwie z krytyką niegospodarności instytucji, a pomoc rodzinom i osobom słabszym z postulatem pierwszeństwa obywateli polskich przed cudzoziemcami.
Jej program musiałby zaczynać się od ochrony zdrowia, dostępnych mieszkań, kosztów kredytu oraz bezpieczeństwa ekonomicznego rodziny. Państwo nie mogłoby być jedynie administratorem podatków, nakazów i zakazów. Powinno być widoczne również wtedy, gdy obywatel potrzebuje leczenia, próbuje zdobyć mieszkanie albo zastanawia się, czy po podwyżce raty będzie go stać na kolejne dziecko.
Taka formacja musiałaby jednocześnie mówić językiem wspólnoty narodowej. Pomoc społeczna jest przez rozmówców zasadniczo akceptowana, ale pod warunkiem, że w pierwszej kolejności trafia do Polaków. W tej perspektywie państwo opiekuńcze nie ma być uniwersalne, lecz wspólnotowe, a solidarność zostaje uzależniona od obywatelstwa i przynależności do narodowej zbiorowości.
Nie mniej ważna od programu byłaby osoba lidera. Badani poszukują kogoś rozpoznawanego jako człowiek zwyczajny, dostępny i nieskażony przywilejami politycznej klasy. Kandydat powinien umieć słuchać, reagować na codzienne problemy i pokazywać, że po objęciu urzędu nie przeniósł się do świata całkowicie oderwanego od doświadczeń swoich wyborców.
Czy na podstawie tego raportu można opisać poglądy wszystkich Polaków?
Nie. Publikacja CBOS Fokus nr 1/2026 nie jest sondażem reprezentatywnym, dlatego nie wolno wyprowadzać z niej wniosków o procentowym poparciu dla poszczególnych postulatów. Nie wiadomo, ilu Polaków chciałoby powstania ugrupowania o takim profilu ani jaka część elektoratu podziela najbardziej radykalne opinie wyrażone podczas rozmów.
Raport „Partia ludzi takich jak my. Polacy o polityce, politykach i najważniejszych problemach społecznych” został przygotowany przez Marcina Głowackiego, Kacpra Leśniewicza i Marcina Waszaka. Liczący 35 stron dokument CBOS opublikował 22 czerwca 2026 r. Jego podstawą były zogniskowane wywiady grupowe, a więc moderowane dyskusje pozwalające obserwować nie tylko same opinie, lecz również sposób ich uzasadniania, język używany przez rozmówców oraz reakcje innych uczestników.
Zrealizowano sześć spotkań. W każdym uczestniczyło od 6 do 8 osób, co daje łącznie od 36 do 48 respondentów, czyli w przybliżeniu 40 rozmówców. Do udziału zaproszono kobiety i mężczyzn w wieku 35–55 lat, którzy określali swoje zainteresowanie polityką przynajmniej jako średnie. Dyskusje kobiece i męskie prowadzono oddzielnie.
Spotkania odbyły się w trzech terminach i miejscach. Pierwsze zorganizowano 22 kwietnia 2026 r. w Ełku, kolejne 23 kwietnia w warszawskim Wilanowie, a ostatnie 28 kwietnia w Chełmie. Taki dobór nie miał odzwierciedlać struktury społecznej kraju, lecz umożliwić zestawienie odmiennych środowisk, poziomów aktywności wyborczej i codziennych doświadczeń.
Badanie fokusowe działa bardziej jak socjologiczny mikroskop niż statystyczna mapa Polski. Pozwala dokładnie przyjrzeć się mechanizmom myślenia, ale nie pokazuje, jak często występują one w całym społeczeństwie. Pojęcia takie jak „dominujący pogląd” albo „najważniejszy problem” odnoszą się wyłącznie do tego, co szczególnie mocno ujawniło się w sześciu rozmowach.
Dlaczego wybrano Ełk Chełm i warszawski Wilanów?
Dwie lokalizacje reprezentowały wschodnią część kraju oraz miasta średniej wielkości. Ełk i Chełm liczą po około 55–60 tys. mieszkańców, a w potocznym języku bywają zaliczane do obszarów określanych jako „Polska B”. Trzeci punkt badania znajdował się w zamożnej, wielkomiejskiej dzielnicy Warszawy.
Różnice były szczególnie widoczne w poziomie udziału obywateli w wyborach do Sejmu w 2023 r. W powiecie chełmskim zagłosowało 62,49 proc. uprawnionych, natomiast w powiecie ełckim frekwencja wyniosła 63,28 proc. Obydwa wyniki należały do najniższych w kraju. W Wilanowie do urn poszło natomiast 90,88 proc. wyborców, co było najwyższym rezultatem odnotowanym w Polsce.
Równie starannie rozdzielono uczestników pod względem dotychczasowej aktywności wyborczej. Kobiety i mężczyźni z Ełku oraz kobiety z Chełma nie uczestniczyli ani w wyborach parlamentarnych w 2023 r., ani w pierwszej turze wyborów prezydenckich w 2025 r. Mężczyźni z Chełma oraz obie grupy z Wilanowa głosowali w obu przypadkach.
Powstało w ten sposób zestawienie trzech grup niegłosujących z trzema grupami aktywnych wyborców. Badacze mogli porównać nie tylko mieszkańców różnych części Polski, ale również obywateli, którzy regularnie korzystają z prawa głosu, z ludźmi deklarującymi zainteresowanie polityką, lecz rezygnującymi z udziału w wyborach.
Dlaczego zainteresowanie polityką prowadzi do ucieczki od wiadomości?
Rozmówcy nie muszą codziennie poszukiwać informacji politycznych, ponieważ informacje same docierają do nich niemal ze wszystkich stron. Polityka pojawia się w telewizji, radiu, portalach, serwisach społecznościowych, filmach internetowych, rodzinnych dyskusjach i komentarzach znajomych. Jest stałym elementem otoczenia, nawet kiedy obywatel nie podejmuje świadomej decyzji, że chce się nią zajmować.
Nadmiar treści nie przekłada się jednak na uporządkowaną wiedzę. W relacjach uczestników polityka przypomina chaotyczny spektakl, w którym brakuje jasnych zasad, a poszczególne wydarzenia trudno połączyć w zrozumiałą całość. Wiedza opiera się często na zapamiętanych fragmentach, emocjonalnych przekazach i zasłyszanych historiach, a nie na systematycznym śledzeniu procesów publicznych.
Wiadomości odrzucają odbiorców przede wszystkim wtedy, gdy są zdominowane przez awantury, personalne rozliczenia i powtarzalne konflikty parlamentarne. Uczestnicy nie widzą związku między rytuałami partyjnej rywalizacji a własnymi problemami. Jeżeli obrady Sejmu albo telewizyjna debata nie dotyczą kosztów utrzymania, zdrowia, bezpieczeństwa czy pracy, część osób zmienia kanał albo całkowicie wyłącza odbiornik.
W badaniach nad mediami takie zachowanie określa się jako news avoidance. Może ono przybierać formę świadomej rezygnacji z wiadomości, ale również ograniczenia własnej aktywności do przypadkowego odbioru tego, co pojawi się w radiu lub telefonie. Wśród kobiet uczestniczących w rozmowach zjawisko to było szczególnie widoczne, także wtedy, gdy deklarowały one umiarkowane zainteresowanie sprawami publicznymi.
Kolejnym etapem staje się infofobia, czyli obawa, że polityczne treści zaszkodzą psychicznemu samopoczuciu albo relacjom rodzinnym. Różnica poglądów może doprowadzić do kłótni podczas spotkania z najbliższymi, dlatego bezpieczniejszym rozwiązaniem wydaje się omijanie tematu. Polaryzacja zaczyna wówczas ograniczać nie tylko debatę publiczną, lecz także prywatne rozmowy.
Czy wycofanie z wiadomości chroni przed manipulacją?
Ograniczenie kontaktu z tradycyjnymi mediami nie musi oznaczać większej odporności na fałszywe informacje. Odbiorca, który nie śledzi systematycznie wydarzeń, może być bardziej podatny na pojedynczy przekaz wywołujący strach lub oburzenie. Informacja dotycząca wojny, bezpieczeństwa dzieci, uchodźców albo możliwego zagrożenia dla Polski zyskuje wtedy szczególną siłę.
Raport odnotowuje niesprawdzone opowieści o możliwości wysłania polskich żołnierzy na Ukrainę, a także teorie przypisujące ukryte znaczenie ustawie o ochronie ludności i obronie cywilnej. Poradniki dotyczące zachowania w sytuacjach kryzysowych zostały przez część rozmówców odczytane nie jako próba podnoszenia odporności społecznej, ale jako dowód przygotowywania tajnej operacji ewakuacyjnej.
W rozmowach pojawiały się również spiskowe wyjaśnienia śmierci polityków, w tym Andrzeja Leppera. Tego rodzaju narracje uzupełniają lukę powstałą po utracie zaufania do państwa i mediów. Skoro oficjalne instytucje są postrzegane jako stronnicze, prawdopodobna zaczyna wydawać się każda interpretacja sprzeczna z ich komunikatem.
Nieufność może skłaniać do porównywania kilku źródeł, co jest zachowaniem racjonalnym, ale może też prowadzić do przekonania, że prawdziwa informacja zawsze znajduje się poza głównym nurtem. Wówczas alternatywność staje się ważniejsza niż jakość dowodów. Wiadomość zdobywa uznanie nie dlatego, że została dobrze udokumentowana, lecz dlatego, że rzekomo jest przemilczana.
Które media zachowały największą wiarygodność?
Telewizja, radio i portale informacyjne są oceniane przede wszystkim pod kątem udziału w politycznym konflikcie. Odbiorcy próbują ustalić, której stronie sprzyja dane medium, zanim jeszcze zastanowią się nad wartością konkretnej informacji. Nadawca utożsamiony z jednym obozem traci możliwość przekonania osób należących do drugiego.
Wśród stacji telewizyjnych stosunkowo korzystnie wypada Polsat. Część uczestników przypisuje mu mniejsze zaangażowanie w walkę między rządem a opozycją. Szczególną rolę odgrywa Bogdan Rymanowski, którego ceniono za doświadczenie, dobre przygotowanie, umiejętność zadawania trudnych pytań oraz gotowość do rozmowy z gośćmi reprezentującymi odmienne stanowiska.
W jakościowej części badania nie można obliczać procentowych różnic, dlatego autorzy przywołali wcześniejszy, ilościowy pomiar CBOS z 2024 r. Dobre oceny Polsatowi wystawiło wtedy 64 proc. ankietowanych, a złe 12 proc. TVN uzyskał odpowiednio 54 proc. opinii pozytywnych i 23 proc. negatywnych. W przypadku TVP wyniki wyniosły 42 proc. oraz 28 proc.
Polsat miał zatem o 10 punktów procentowych więcej ocen dobrych niż TVN i o 22 punkty więcej niż TVP. W przypadku ocen niekorzystnych różnica między Polsatem a TVN sięgała 11 punktów, natomiast między Polsatem i TVP 16 punktów. Dane te nie pochodzą z fokusów z 2026 r., ale pomagają zrozumieć, dlaczego właśnie ten nadawca był w rozmowach wskazywany jako relatywnie mniej stronniczy.
Internet nie rozwiązuje automatycznie problemu zaufania. YouTube, portale, platformy streamingowe i Kanał Zero są wybierane jako alternatywa dla głównych stacji, lecz również one mogą zostać uznane za zaangażowane politycznie. Gdy prowadzący zbyt zdecydowanie narzuca własną opinię, wartość alternatywnego kanału szybko znika.
Skąd bierze się przekonanie że politycy żyją w innym świecie?
Badani nie różnicują klasy politycznej tak mocno, jak czynią to same partie. W ich opowieściach podział na Prawo i Sprawiedliwość, Koalicję Obywatelską czy inne ugrupowania bywa mniej istotny niż wspólne cechy przypisywane wszystkim zawodowym politykom. Zmieniają się szyldy, lecz władza nadal ma służyć przede wszystkim osobom, które ją zdobyły.
Kariera publiczna kojarzy się z dostępem do pieniędzy, samochodów, stanowisk, znajomości i ochrony przed problemami dotykającymi pozostałych obywateli. Politycy mają dobrze zarabiać, nie obawiać się wydatków i korzystać z usług niedostępnych dla przeciętnej rodziny. Przed wyborami intensywnie zabiegają o kontakt z ludźmi, później zaś – według uczestników – przestają interesować się ich losem.
Określenie „plebs”, które pojawiło się w grupie mężczyzn z Ełku, wyraża poczucie głębokiego poniżenia. Nie jest to jedynie deklaracja, że jedni posiadają więcej pieniędzy od drugich. Chodzi o przekonanie, że zwykli obywatele nie są przez władzę traktowani jako równoprawni uczestnicy wspólnoty i nie zasługują nawet na rozmowę.
W ten sposób konflikt polityczny zostaje zastąpiony konfliktem klasowym. Po jednej stronie znajdują się osoby mogące ominąć kolejkę, zadzwonić do odpowiedniej instytucji i rozwiązać problem dzięki kontaktom. Po drugiej pozostają ludzie skazani na biurokratyczne procedury, wielomiesięczne oczekiwanie oraz odmowne decyzje urzędów.
Niechęć przenosi się również na grupy uznawane za uprzywilejowane dzięki powiązaniom z państwem. Część respondentów bardzo krytycznie mówiła o lekarzach, przypisując im niegospodarność, wielokrotne zatrudnienie i czerpanie nadmiernych korzyści z publicznych pieniędzy. Raport zapisuje te oskarżenia jako społeczne wyobrażenia, a nie jako potwierdzone ustalenia dotyczące funkcjonowania całej grupy zawodowej.
Czy podział na prawicę i lewicę nadal organizuje myślenie wyborców?
Ideologiczne etykiety pojawiają się w rozmowach rzadko. Uczestnicy nie budują szczegółowych portretów socjalisty, liberała, konserwatysty czy narodowca. Ważniejsze staje się to, czy dana decyzja przyniosła widoczną zmianę oraz czy polityk spełnił zapowiedź złożoną przed wyborami.
Podstawową kategorią oceny jest sprawczość. Dobra polityka ma prowadzić do poprawy bezpieczeństwa, łatwiejszego dostępu do usług, uproszczenia przepisów, wzrostu dochodów albo rozwiązania konkretnego problemu. Zła polityka to taka, która produkuje kolejne konflikty i obietnice, lecz nie wpływa na warunki życia.
Nie oznacza to, że wszystkie grupy interesują się dokładnie tym samym. W Wilanowie częściej pojawia się kwestia podniesienia progu podatkowego dla osób osiągających wyższe dochody. W Ełku i Chełmie większe znaczenie mają propozycje dotyczące płacy minimalnej. Mężczyźni z Warszawy poświęcają więcej uwagi Donaldowi Trumpowi, relacjom rosyjsko-ukraińskim oraz konfliktowi Stanów Zjednoczonych z Iranem, podczas gdy uczestnicy z pozostałych lokalizacji skupiają się przede wszystkim na sprawach krajowych.
Różnice te nie przywracają jednak klasycznego sporu ideowego. Zarówno wyborca metropolitalny, jak i mieszkaniec średniego miasta filtruje informacje przez własną sytuację. Polityka staje się interesująca dopiero wtedy, gdy dotyka wynagrodzenia, podatku, bezpieczeństwa, zdrowia albo przyszłości rodziny.
Dlaczego świadczenia są jednocześnie krytykowane i bronione?
Program 800+ ma w wypowiedziach znaczenie materialne i symboliczne. Pomaga gospodarstwom domowym, ale również potwierdza, że państwo potrafi przekazać obywatelowi coś konkretnego. Nawet rozmówcy krytykujący skutki rozbudowanych transferów zauważają zmianę w relacji z instytucjami publicznymi: państwo nie tylko pobiera, ale czasem również wspiera.
Jednocześnie świadczenie jest łączone z inflacją, biernością zawodową i ryzykiem utrwalania niepożądanych zachowań. Nie prowadzi to jednak do powszechnego postulatu likwidacji pomocy. Badani opowiadają się za wspieraniem dzieci, osób starszych, chorych i rodzin znajdujących się w trudnym położeniu.
Spór dotyczy przede wszystkim granic wspólnoty uprawnionej do solidarności. Pomoc dla polskiej rodziny może być uznawana za właściwą nawet przez osoby krytyczne wobec „rozdawnictwa”. To samo świadczenie wypłacane rodzinie ukraińskiej jest natomiast przedstawiane jako niesprawiedliwe uszczuplenie zasobów należących do obywateli Polski.
Oczekiwania badanych nie wpisują się zatem w prostą alternatywę między dużym a małym państwem. Chcą oni instytucji aktywnej, zdolnej do finansowania usług i transferów, lecz zarazem ustanawiającej wyraźną kolejność dostępu do pomocy. Najpierw mają korzystać obywatele, a dopiero później osoby przybyłe z innych państw.
Co oznacza żądanie pierwszeństwa dla Polaków?
Autorzy raportu opisują ten mechanizm terminem welfare chauvinism, czyli szowinizmem socjalnym. Jest to poparcie dla państwa opiekuńczego połączone z przekonaniem, że jego świadczenia powinny być ograniczone przede wszystkim do rodzimej wspólnoty. Solidarność nie znika, ale traci charakter powszechny.
W polskich warunkach głównym punktem odniesienia stali się obywatele Ukrainy. Część badanych uważa, że otrzymują oni zbyt łatwy dostęp do 800+, mieszkań, usług medycznych i innej pomocy. Jednocześnie raport przywołuje informację, że świadczenie wychowawcze obejmuje mniej niż połowę ukraińskich dzieci przebywających w Polsce. Rzeczywisty zasięg programu jest więc mniejszy, niż sugeruje część społecznych wyobrażeń.
Negatywne nastawienie nie jest zbudowane wyłącznie na danych o wydatkach. Znacznie większą rolę odgrywają osobiste historie, doświadczenia odmowy oraz zasłyszane relacje o cudzoziemcach, którym miało być łatwiej. Obywatel nieskutecznie ubiegający się o mieszkanie lub długo czekający na specjalistę jest gotowy uwierzyć, że przyczyną jego sytuacji stało się przyznanie pierwszeństwa komuś innemu.
Powstaje symboliczny podział na gospodarzy i gości. Polacy są przedstawiani jako osoby przez lata finansujące państwo, przestrzegające procedur i oczekujące na pomoc, podczas gdy Ukraińcy mają rzekomo korzystać z szybszej ścieżki. W tym obrazie nie chodzi wyłącznie o pieniądze. Najważniejsze jest przeświadczenie, że własne państwo okazuje większe uznanie przybyszowi niż obywatelowi.
Raport nie dostarcza dowodu, że ukraińscy pacjenci posiadają systemowe pierwszeństwo przed polskimi ani że obywatele Ukrainy automatycznie otrzymują mieszkania komunalne. Pokazuje natomiast, że takie przekonanie występuje w społecznym obiegu i może mieć realne konsekwencje polityczne. Partia ignorująca tę emocję ryzykuje utratę części wyborców, ale ugrupowanie bezkrytycznie powtarzające niezweryfikowane historie może jeszcze bardziej pogłębić nieufność oraz konflikt narodowościowy.
Dlaczego mieszkanie stało się miarą sprawiedliwości?
Jedna z uczestniczek z Ełku opowiadała, że trzy razy bez powodzenia składała wniosek o lokal. Powodem odmowy miało być przekroczenie obowiązującego kryterium powierzchni o 5 metrów. Ostatecznie zrezygnowała z kolejnych prób i kupiła mieszkanie, ale doświadczenie biurokratycznej odmowy pozostało w jej pamięci.
Na drugim biegunie umieszczana jest opowieść o obywatelu Ukrainy, który po przyjeździe ma szybko otrzymywać lokal i dodatkowe wsparcie. Inny uczestnik twierdził, że polska rodzina może oczekiwać na mieszkanie socjalne przez 10 lat. Nawet jeśli zestawiane historie nie zostały zweryfikowane, razem tworzą przekonującą narrację o nierównym traktowaniu.
Mieszkanie nie jest postrzegane wyłącznie jako dobro rynkowe. Stanowi podstawę samodzielności, stabilnego związku, decyzji o dziecku i budowania majątku rodziny. Brak dostępnego lokalu blokuje kolejne etapy życia, natomiast wieloletni kredyt zwiększa podatność gospodarstwa domowego na zmianę stóp procentowych i kryzysy gospodarcze.
Z tego powodu badani oczekują większego zaangażowania państwa w tworzenie mieszkań na wynajem, lokali komunalnych i zasobu socjalnego. Sam transfer pieniężny nie rozwiązuje problemu, jeżeli ograniczona podaż nadal podnosi ceny. Polityka rodzinna powinna więc obejmować nie tylko świadczenie wypłacane po urodzeniu dziecka, lecz również warunki umożliwiające wcześniejsze podjęcie decyzji o założeniu rodziny.
W jaki sposób rata kredytu wpływa na dzietność?
Rozmówcy z Chełma przedstawili dwa szczególnie sugestywne przykłady. W jednym gospodarstwie rata miała wzrosnąć z około 1700 zł do 3500 zł, w innym zaś miesięczne obciążenie podniosło się z 1500 zł do tego samego poziomu. Pierwsza zmiana oznacza wzrost o prawie 106 proc., druga o około 133 proc.
Tak duże podwyżki są szczególnie dotkliwe w regionie, gdzie wiele osób uzyskuje dochody zbliżone do płacy minimalnej. Dodatkowe 1800 albo 2000 zł miesięcznie może pochłonąć całą nadwyżkę finansową rodziny. W takiej sytuacji odkładana jest decyzja o dziecku, ogranicza się inne wydatki, rezygnuje z oszczędzania i zaczyna obawiać utraty zdolności do regularnej spłaty zobowiązania.
Uczestnicy łączą wzrost rat ze zmiennym oprocentowaniem oraz WIBOR-em. Nie posługują się językiem analiz banku centralnego, lecz bardzo precyzyjnie opisują społeczny kanał oddziaływania polityki pieniężnej. Wyższe stopy prowadzą do droższego kredytu, droższy kredyt ogranicza bezpieczeństwo, a brak bezpieczeństwa wpływa na plany rodzinne i demografię.
Dodatkowym problemem jest perspektywa zadłużenia na 35 lat. Kredyt staje się zobowiązaniem obejmującym większą część dorosłego życia, podczas gdy jego miesięczny koszt pozostaje trudny do przewidzenia. Z punktu widzenia badanych państwo powinno stworzyć bardziej stabilne warunki finansowania albo rozwinąć alternatywę w postaci przystępnych cenowo mieszkań na wynajem.
Dlaczego ochrona zdrowia jest najważniejszym testem skuteczności państwa?
Kolejka medyczna łączy niemal wszystkie źródła społecznego niezadowolenia. Pokazuje różnicę między obywatelami zamożnymi i ubogimi, między osobami posiadającymi znajomości i zdanymi na oficjalną procedurę, a także między publicznymi nakładami a odczuwalną jakością usług.
Jeden z mężczyzn uczestniczących w spotkaniu w Chełmie mówił, że zapłacił 2000 zł za leczenie kolana córki, ponieważ w publicznym systemie miałby oczekiwać 1,5 roku. Kobiety z tej samej miejscowości wspominały o terminach sięgających 3 lat. Pojawiła się również historia skierowania „na cito”, przy którym wizytę wyznaczono dopiero na lipiec kolejnego roku.
Szczególne emocje wzbudza psychiatria i psychologia dziecięca. Jeden z uczestników przywołał informację o zapisach do psychologa dziecięcego na 2034 r., co w momencie rozmowy oznaczałoby 8 lat czekania. Raport nie potwierdza prawdziwości tego konkretnego terminu, ale jego obecność w dyskusji mówi wiele o tym, jak obywatele postrzegają możliwości systemu.
W tej samej wypowiedzi pojawia się szacunek około 200 mld zł rocznych nakładów na ochronę zdrowia. Nie jest to liczba zmierzona w ramach badania, lecz wartość zapamiętana przez rozmówcę. Zestawienie ogromnej kwoty z niemożnością uzyskania wizyty prowadzi do przekonania, że środki są marnowane, źle rozliczane albo przechwytywane przez uprzywilejowane grupy.
Ochrona zdrowia jest więc czymś więcej niż jedną z polityk sektorowych. Staje się dowodem na to, czy państwo wywiązuje się ze społecznej umowy. Jeżeli osoba płacąca składki przez lata musi dodatkowo sfinansować prywatne leczenie, może uznać, że instytucje pobierają od niej pieniądze, nie zapewniając w zamian podstawowego bezpieczeństwa.
Dlaczego Andrzej Lepper nadal pojawia się w rozmowach o dobrym polityku?
W Ełku i Chełmie były lider Samoobrony funkcjonuje jako symbol reprezentanta ludzi pozostających poza głównym nurtem modernizacji. Badani pamiętają go jako obrońcę rolników, pracowników fizycznych, mieszkańców dawnych terenów popegeerowskich oraz osób wykonujących słabo wynagradzane zawody.
Nie jest to szczegółowy bilans działalności Andrzeja Leppera ani ocena wszystkich podejmowanych przez niego decyzji. W społecznej pamięci pozostaje przede wszystkim jego bliskość wobec grup, które nie czuły się reprezentowane przez wielkomiejskie elity. Dawny lider Samoobrony staje się figurą polityka, który nie patrzył na swoich wyborców z góry.
W chwili przeprowadzania badania od jego śmierci upływało niemal 15 lat. Niektórzy uczestnicy mogli być bardzo młodzi w okresie największych sukcesów Samoobrony, co oznacza, że obraz Leppera jest podtrzymywany również przez rodzinne opowieści i pamięć lokalnych wspólnot. Z czasem historyczna postać została przekształcona w archetyp ludowego trybuna.
Obecność Leppera ujawnia niezaspokojone zapotrzebowanie na polityczną reprezentację niższych warstw społecznych. Partie mogą przedstawiać rozbudowane programy dla rolnictwa, małych miast i pracowników, ale badani nie wskazują współczesnej postaci, której autentyczność byłaby równie silnie zakorzeniona w ich świadomości.
Czy autentyczność stała się ważniejsza od kompetencji?
Rozmówcy cenią polityków, którzy zachowują skromność, spontaniczność i zdolność do zwykłego kontaktu z ludźmi. Lider powinien okazywać emocje, rozumieć codzienne trudności i nie sprawiać wrażenia osoby całkowicie chronionej przez pieniądze, urząd oraz sieć znajomości.
Można to nazwać politycznym odgrywaniem zwyczajności, ale nie zawsze musi ono oznaczać sztuczną kreację. Chodzi o publiczne pokazywanie, że polityk nie zapomniał środowiska, z którego pochodzi, i nadal rozumie życie poza parlamentem. Zwyczajność staje się potwierdzeniem, że po objęciu funkcji nie dołączył do zamkniętej warstwy uprzywilejowanych.
Ekspercka wiedza pozostaje potrzebna, ale przestaje być wystarczającym źródłem zaufania. Technokrata może przedstawić poprawny program naprawczy, lecz nie zostanie zaakceptowany, jeżeli wyborca nie uwierzy, że rozumie jego problemy. Kompetencja musi zostać połączona z responsywnością, a więc zdolnością odpowiadania na społeczne potrzeby.
Uczestnicy proponują częstsze ankiety, konsultacje i sondaże, za pomocą których politycy poznawaliby opinie obywateli również pomiędzy wyborami. Oczekiwanie to wynika z przekonania, że obecnie kontakt ma charakter jednostronny. Przed głosowaniem kandydat prosi o poparcie, po zdobyciu mandatu obywatel traci możliwość wpływu na jego działania.
Czy strach przestaje mobilizować wyborców?
Duża część współczesnej komunikacji politycznej opiera się na przekonywaniu, że zwycięstwo przeciwnika doprowadzi do katastrofy. Partie mobilizują swoich zwolenników przez lęk przed utratą bezpieczeństwa, świadczeń, praw, suwerenności albo dotychczasowego stylu życia. Metoda ta może być skuteczna w krótkiej kampanii, ale stosowana bez przerwy prowadzi do emocjonalnego wyczerpania.
Raport pokazuje, że odpowiedzią na nadmiar alarmistycznych komunikatów nie zawsze jest jeszcze silniejsze zaangażowanie. Część obywateli wyłącza wiadomości, ogranicza rozmowy o polityce i rezygnuje z udziału w wyborach. Inni przenoszą się do alternatywnego obiegu, w którym łatwiej rozwijają się spiskowe interpretacje wydarzeń.
Partia chcąca dotrzeć do zmęczonego wyborcy musiałaby zaoferować nie tylko nowego przeciwnika, ale poczucie odzyskania kontroli nad codziennym życiem. Krótszy termin do lekarza, stabilna rata, mieszkanie dostępne dla młodej rodziny i uczciwe zasady świadczeń mogą okazać się skuteczniejszym przekazem niż kolejna kampania zbudowana wokół zagrożenia.
Czy przed wyborami w 2027 roku istnieje przestrzeń dla nowej formacji?
Fokusy nie pozwalają policzyć potencjalnego elektoratu takiego ugrupowania. Można jednak wskazać zestaw oczekiwań, który nie mieści się łatwo w istniejących podziałach. To połączenie społecznego interwencjonizmu, gospodarczego pragmatyzmu, narodowego pierwszeństwa, nieufności wobec elit i zapotrzebowania na przywódcę wywodzącego się ze świata zwykłych ludzi.
Najbardziej podatni na taką ofertę mogą być obywatele zainteresowani sprawami publicznymi, ale nieuczestniczący regularnie w wyborach. Nie są całkowicie obojętni. Przeciwnie, posiadają wyraźne opinie, jednak nie wierzą, że głosowanie doprowadzi do zmiany ich sytuacji. Nowa partia musiałaby najpierw przekonać ich, że polityka może przynieść konkretny rezultat.
Samo używanie antyelitarnego języka nie wystarczy. Formacja ograniczająca się do gniewnych wystąpień szybko zostałaby uznana za kolejną część tego samego spektaklu. Potrzebny byłby wiarygodny plan naprawy ochrony zdrowia, rozwoju mieszkalnictwa i poprawy bezpieczeństwa finansowego, a także przekonujące wyjaśnienie, komu przysługuje pomoc państwa i według jakich zasad jest przyznawana.
Największe ryzyko wiąże się z próbą wykorzystania konfliktu wokół Ukraińców bez rozwiązywania źródłowych problemów. Jeżeli kolejki do lekarzy, brak mieszkań i wysokie koszty kredytów pozostaną bez zmian, samo ograniczenie świadczeń dla cudzoziemców nie odbuduje sprawności państwa. Może natomiast chwilowo przekierować społeczną frustrację na łatwo rozpoznawalną grupę.
Najważniejsza luka na polskiej scenie politycznej nie dotyczy zatem wyłącznie programu. Jest luką reprezentacji i wiarygodności. Obywatele opisani w badaniu nie czują, że ich doświadczenie ma swojego rzecznika, a politycy potrafią spojrzeć na państwo z perspektywy człowieka czekającego na wizytę, spłacającego kredyt i próbującego zapewnić rodzinie mieszkanie.
Jeżeli przed wyborami parlamentarnymi w 2027 r. pojawi się lider zdolny połączyć sprawność instytucji, politykę społeczną, narodową solidarność i przekonującą bliskość wobec wyborców, może zagospodarować część tego niezadowolenia. Raport CBOS nie dowodzi, że taka partia wygrałaby wybory. Wyjaśnia jednak, dlaczego zapotrzebowanie na ugrupowanie „ludzi takich jak my” może stać się jednym z istotnych zjawisk nadchodzącej kampanii.
Sebastian Nizio
