Dlaczego mielibyśmy się z wami liczyć?
Donald Trump mówi językiem zapomnianej klasycznej polityki. Takim językiem, jakim mogliby przemawiać królowie macedońscy – Filip czy Aleksander – do elit politycznych skłóconych ze sobą i upadających Aten, Teb, czy Sparty: Udowodnijcie w końcu, u licha, że w interesie imperium macedońskiego leży to, żebyśmy się musieli z wami naprawdę liczyć. Bo w przeciwnym razie, dlaczego mielibyśmy tak czynić? – pisze Jan ROKITA
Muszę przyznać, że transkrypt wywiadu, jaki Dasza Burns przeprowadziła dla „Politico” z Donaldem Trumpem, jest bodaj najbardziej pasjonującym tekstem o polityce, z jakim miałem okazję zetknąć się ostatnimi czasy. Przesłuchałem ów wywiad na YouTubie, ale to mi nie wystarczyło, więc dwukrotnie czytałem potem transkrypt i jeszcze powracałem do co mocniejszych fragmentów.
W jakiejś mierze to zasługa zdolnej, a pochodzącej z Ukrainy dziennikarki, która nie przypadkiem jest szefem teamu czołowej niemieckiej gazety internetowej, akredytowanego przy Białym Domu. Masza Burns wie zatem, iż dobry wywiad z Trumpem zrobi tylko wtedy, gdy pozwoli mu swobodnie mówić, skakać po problemach, przerywać zadawane pytania i ciągnąć własne skojarzenia. W zasadzie ogranicza się do podsuwania mu wątków, a Trump chętnie wchodzi w konwencję osobistej, szczerej opowieści na podsunięty przez nią temat.
Do Maszy Burns mam – prawdę mówiąc – tylko jedną pretensję, że podsunęła Trumpowi sposób na poprowadzenie opowieści o wojnie na wschodzie Europy z perspektywy pozycji Ukrainy. Trump został więc popchnięty w stronę oceniania polityki Zełenskiego, a nie dostaliśmy w zasadzie niczego na temat tyleż kluczowy, co ciągle niezbyt jasny: tego, co Trump sądzi o polityce Putina? A dla Polaka to byłoby najciekawsze.
Ale i tak z tego wywiadu rysuje się wyraźna wizja świata politycznego Donalda Trumpa i to właśnie ów tekst czyni mimo wszystko fascynującym, nawet jeśli większość wątków podnoszonych przez prezydenta USA nie jest nowa. Nie jest przypadkiem, że w Europie wszyscy skupili się na tym, co Trump mówi o naszym kontynencie, a to nie tylko z racji wpisanego w nasze geny „eurocentryzmu”, ale również dlatego, że na ten akurat temat Trump mówi w sposób najbardziej nowatorski, a zarazem spójny. I widać przy tym, że myślenie o Europie („Wiesz, moje korzenie są w Europie”) jest dla Trumpa kluczowym punktem odniesienia dla jego rozumieniu świata, a fakt kryzysu czy wręcz upadku Europy determinuje całą dalszą jego diagnozę.
Europejscy przywódcy „nie radzą sobie, mówią za dużo i nic nie produkują”. Ale najważniejsza jest tu prognoza, iż „to, co dzieje się z Europą, jest straszne” z powodów (tak je nazwijmy) kulturowo-demograficznych: masowej migracji i przekleństwa politycznej poprawności przywódców. Miast rozwiązywać realne problemy, patrzą oni bowiem na rzeczywistość przez pryzmat własnych ideologicznych przesądów i dlatego w efekcie „nie wiedzą, co robić”. Europa utraciła zdolność rozwiązywania problemów, które narosły na naszym kontynencie: nie wie, jak skończyć wojnę na wschodzie, nie wie, jak pozbyć się milionowych rzesz przybyszów z Azji i Afryki, nie wie, jak pogodzić wysiłek militarny z kryzysem finansów, a generalnie nie wie, jak powrócić do niegdysiejszego globalnego znaczenia. Z emocjonalnych zdań, jakie wypowiada prezydent, jedno wynika tu niezbicie: Trump nie ma już wiary w to, że Europa może odzyskać siłę i witalność. Mówi nawet, że jeśli nowa, nadchodząca w Europie prawicowa elita władzy zerwie z panującymi dziś poprawnościowymi przesądami („ludzie, którzy przychodzą, mają zupełnie inną ideologię”), to i tak, na skutek tego, co już się stało, oni też nie okażą się mocniejsi. Konkluzja Trumpa brzmi złowieszczo: „Wiele z tych krajów nie będzie już krajami zdolnymi do życia… Europa może być zupełnie innym miejscem”.

Sam podzielam długofalowy pesymizm Donalda Trumpa co do przyszłości Europy, ale nie idzie mi o to, by argumentować w tę, czy tamtą stronę w kwestii zasadności tego rodzaju pesymizmu. Rzecz bowiem nie w tym, czy pesymizm Trumpa jest w pełni, czy też tylko częściowo uzasadniony, ale w tym, że przywódca Ameryki jest o czymś takim właśnie przekonany i z tego przekonania wyciąga wnioski kształtujące amerykańską politykę.
Fascynujący jest ten fragment rozmowy, który zaczyna się od diagnozy Trumpa, iż Europa „dochodzi do punktu, w którym nie da się tego naprawić”. I tak oto dalej rozwija się ów dialog, prostymi słowami opisujący stan geopolitycznej niepewności całego Zachodu:
Trump: Będą w pewnym momencie, i to jest bardzo blisko tego punktu…
Burns: A co to będzie oznaczać?
Trump: To będzie oznaczać, że nie będą już silnymi państwami albo…
Burns: Czy to oznacza, że oni… nie będą już sojusznikami?
Trump: Albo będą… no cóż, to zależy. Wiesz, to zależy. Zmienią swoją ideologię, oczywiście, bo ludzie, którzy przychodzą, mają zupełnie inną ideologię. Ale… to ich znacznie osłabi. Będą o wiele… będą o wiele słabsi i będą kompletnie inni.
Będą sojusznikami albo nie będą. „Wiesz, to zależy”. W logice Donalda Trumpa czytelny jest powód owej niepewności – jest nim nieprzewidywalna w perspektywie kondycja Europy. Czy ta słabsza, ale zarazem kulturowo-demograficznie „inna Europa” będzie się mogła jeszcze do czegoś przydać Ameryce w jej walce o hegemonię nad światem?
To nie jest wcale nowe pytanie; w domyśle stawiał je już Europie choćby Obama, gdy próbował, choć bez sukcesu, przeprowadzić amerykański „asian pivot” albo sławetny „reset” z Putinem. Tylko że transatlantyckie konwenanse polityczne w tamtych latach były inne; ceniono bowiem wtedy nie tyle twarde i szczere słowa, ile raczej fałszywe uśmiechy i czcze obietnice. A za fasadą tamtych uśmiechów i obietnic Clinton, Bush, a potem Obama doprowadzali najpierw do całkowitego militarnego rozbrojenia Europy, skądinąd bez jej słowa sprzeciwu, a od 11 września skoncentrowali cały wysiłek Ameryki na „wojnie z terroryzmem”, czyli interwencjach w świecie muzułmańskim.
Donald Trump różni się od nich wszystkich tym, że mówi to samo, tylko językiem zapomnianej klasycznej polityki. Takim językiem, jakim w IV wieku przed Chrystusem mogliby przemawiać królowie macedońscy – Filip czy Aleksander – do elit politycznych skłóconych ze sobą i upadających Aten, Teb, czy Sparty: Udowodnijcie w końcu, u licha, że w interesie imperium macedońskiego leży to, żebyśmy się musieli z wami naprawdę liczyć. Bo w przeciwnym razie, dlaczego mielibyśmy tak czynić?
Tekst pierwotnie ukazał się na łamach „Wszystko co Najważniejsze”. Przedruk za zgodą redakcji.
Jan ROKITA
Filozof polityki. Absolwent prawa UJ. Działacz opozycji solidarnościowej, poseł na Sejm w latach 1989-2007, były przewodniczący Klubu Parlamentarnego Platformy Obywatelskiej. Wykładowca akademicki. Autor felietonów "Luksus własnego zdania", które ukazują się w każdą sobotę we "Wszystko co Najważniejsze".
