Dlaczego Zachód traci zaufanie do swoich elit?
Coraz więcej obywateli Zachodu ma poczucie, że elity polityczne, gospodarcze i kulturowe przestały reprezentować ich interesy. To właśnie ten proces, a nie sam populizm, jest według amerykańskiego stratega Andrew Michty najgłębszą przyczyną obecnego kryzysu demokracji. W opublikowanym na łamach „Le Figaro” eseju autor przekonuje, że Zachód nie cierpi dziś na brak bogactwa, technologii czy talentów, lecz na kryzys odpowiedzialności ludzi sprawujących władzę.
Od kilku lat niemal każda debata dotycząca polityki zachodnich demokracji obraca się wokół tego samego pytania: dlaczego partie określane mianem populistycznych zdobywają coraz większe poparcie? W wielu komentarzach sam populizm przedstawiany jest jako źródło niestabilności politycznej i zagrożenie dla liberalnej demokracji. Andrew Michta proponuje jednak odwrócenie tej perspektywy. W jego ocenie populizm nie jest przyczyną obecnego kryzysu, lecz jego konsekwencją. Najpierw pojawiła się utrata zaufania do elit, a dopiero później wyborcy zaczęli poszukiwać nowych reprezentantów.
To rozróżnienie ma zasadnicze znaczenie. Jeśli źródłem problemu nie są sami wyborcy, lecz sposób funkcjonowania elit, wówczas pytanie o przyszłość demokracji staje się przede wszystkim pytaniem o odpowiedzialność ludzi sprawujących władzę.
Elity jako służba, a nie przywilej
Jednym z głównych wątków eseju Andrew Michty jest przemiana samego rozumienia przywództwa. Autor przypomina, że przez większą część historii nowoczesnych demokracji urząd publiczny postrzegano przede wszystkim jako zobowiązanie wobec wspólnoty politycznej. Funkcja państwowa nie była nagrodą ani własnością polityka, lecz powierzonym obowiązkiem.
Przywołując postacie George’a Washingtona, Abrahama Lincolna czy Harry’ego Trumana, Michta wskazuje, że mimo ogromnych różnic między nimi łączyło ich przekonanie o pierwszeństwie dobra wspólnego nad osobistym interesem. Przywództwo oznaczało odpowiedzialność za państwo i obywateli, a nie jedynie sprawowanie władzy.
Według autora właśnie to rozumienie służby publicznej zaczęło w ostatnich dekadach stopniowo zanikać. Coraz częściej elity polityczne, gospodarcze czy kulturowe funkcjonują jako odrębna warstwa społeczna, kierująca się własnymi interesami i własnym sposobem postrzegania rzeczywistości. Powoduje to narastające poczucie oddalenia pomiędzy obywatelami a tymi, którzy podejmują decyzje w ich imieniu.
Nie jest to zresztą problem nowy. Alexis de Tocqueville już w XIX wieku zwracał uwagę, że trwałość demokracji zależy nie tylko od instytucji, ale również od jakości elit oraz ich zdolności do zachowania więzi ze społeczeństwem. Demokracja nie może opierać się wyłącznie na procedurach wyborczych. Potrzebuje także kultury odpowiedzialności.
Zachód po zakończeniu zimnej wojny
Szczególnie interesująca jest analiza okresu po 1989 roku. Zdaniem Andrew Michty koniec zimnej wojny przyniósł Zachodowi bezprecedensowy wzrost bezpieczeństwa, dobrobytu i wpływów międzynarodowych. Jednocześnie właśnie wtedy zaczęło utrwalać się przekonanie, że rozwój gospodarczy, globalizacja oraz postęp technologiczny mogą zastąpić tradycyjne mechanizmy odpowiedzialnego rządzenia.
Coraz więcej decyzji uzasadniano nie poprzez ich wpływ na życie konkretnych społeczeństw, lecz odwołaniem do abstrakcyjnych modeli i uniwersalnych założeń. Korzyści płynące z globalizacji były niewątpliwe, jednak ich koszty rozkładały się nierównomiernie. Restrukturyzacja przemysłu, likwidacja miejsc pracy, osłabienie lokalnych wspólnot oraz gwałtowne przemiany społeczne dotknęły przede wszystkim regiony oddalone od centrów politycznych i finansowych.
Według autora właśnie wtedy zaczął powstawać rozdźwięk pomiędzy elitami a znaczną częścią obywateli. Ludzie, którzy ponosili społeczne koszty przemian, coraz częściej odnosili wrażenie, że ich doświadczenia nie znajdują odzwierciedlenia w debacie publicznej.
Europa i Stany Zjednoczone wobec podobnego wyzwania
Andrew Michta zauważa, że choć historia Europy i Stanów Zjednoczonych różni się zasadniczo, to współczesne problemy obu stron Atlantyku stają się coraz bardziej podobne.
W odniesieniu do Europy autor zwraca uwagę na rosnącą rolę instytucji ponadnarodowych oraz coraz silniejsze przekonanie części elit, że mogą one wyznaczać kierunki rozwoju niezależnie od zmieniających się oczekiwań społeczeństw państw członkowskich. W eseju pojawia się teza, iż taki model prowadzenia polityki sprzyja narastaniu poczucia oddalenia obywateli od procesu decyzyjnego.
W przypadku Stanów Zjednoczonych problem ma odmienny charakter. Tam, zdaniem Michty, nastąpiło odejście od republikańskiej tradycji, w której urząd publiczny oznaczał przede wszystkim obowiązek wobec narodu. Coraz większa polaryzacja polityczna dodatkowo utrudnia odbudowę zaufania pomiędzy społeczeństwem a instytucjami państwa.
Autor nie twierdzi przy tym, że wszystkie zachodnie demokracje znajdują się w identycznej sytuacji. Wskazuje jednak na wspólne zjawisko – rosnące przekonanie obywateli, iż najważniejsze decyzje podejmowane są przez ludzi, którzy nie ponoszą bezpośredniej odpowiedzialności za ich skutki.
Populizm jako skutek utraty zaufania
Jedną z najważniejszych tez eseju jest odrzucenie prostego przeciwstawienia liberalnej demokracji i populizmu. Andrew Michta przekonuje, że ruchów populistycznych nie można zrozumieć bez wcześniejszej analizy procesu utraty zaufania do elit.
Jeżeli obywatele dochodzą do przekonania, że instytucje państwa nie reprezentują ich interesów, naturalnie zaczynają szukać alternatywy. W takim ujęciu sukces ugrupowań określanych jako populistyczne staje się przede wszystkim sygnałem ostrzegawczym dla istniejącego systemu politycznego, a nie jego pierwotną przyczyną.
Niezależnie od tego, jak ocenia się tę diagnozę, trudno odmówić jej znaczenia dla współczesnej debaty publicznej. Przesuwa ona bowiem punkt ciężkości z oceny wyborców na analizę jakości przywództwa oraz sposobu funkcjonowania instytucji.
„Liderzy jedzą jako ostatni”
Szczególną rolę w eseju odgrywa zasada znana z amerykańskiej tradycji wojskowej: „leaders eat last” – „liderzy jedzą jako ostatni”. Nie jest to jedynie wojskowy zwyczaj. W interpretacji Andrew Michty stanowi on symbol właściwie rozumianego przywództwa.
Dowódca powinien najpierw zadbać o ludzi, za których odpowiada, a dopiero później o własny komfort. Ta prosta zasada staje się metaforą funkcjonowania całego państwa. Jeżeli elity przestają postrzegać siebie jako służbę wobec wspólnoty politycznej, zaufanie obywateli zaczyna stopniowo zanikać.
Właśnie dlatego autor uważa, że największym problemem współczesnego Zachodu nie jest brak potencjału gospodarczego ani technologicznego. Kryzys ma przede wszystkim charakter moralny i instytucjonalny. Dotyczy sposobu rozumienia odpowiedzialności przez tych, którzy podejmują decyzje w imieniu społeczeństw.
Kryzys odpowiedzialności
Esej Andrew Michty nie proponuje prostych recept na przezwyciężenie obecnych napięć. Zawiera jednak wyraźne ostrzeżenie. Demokracje liberalne nie utrzymają społecznego zaufania wyłącznie dzięki procedurom, wzrostowi gospodarczemu czy rozwojowi nowych technologii. Trwałość instytucji zależy również od przekonania obywateli, że osoby sprawujące władzę rzeczywiście działają w interesie wspólnoty.
Historia Zachodu wielokrotnie pokazywała, że nawet najgłębsze kryzysy mogą stać się początkiem odnowy. Warunkiem pozostaje jednak odbudowa etosu służby publicznej, odpowiedzialności oraz gotowości do stawiania dobra wspólnego ponad interesem własnym. To właśnie tę zasadę Andrew Michta uznaje za fundament trwałości zachodnich demokracji i najważniejsze wyzwanie stojące dziś przed ich elitami.
Oprac. Arkadiusz Jordan
Paryż
