Rozwój Plus Morawieckiego
Fot. Jacek SZYDŁOWSKI / Forum

DudaBus Mateusza Morawieckiego. Kampania 2027 właśnie się rozpoczęła

No i po co to było? Po co to wszystko? Takie pytania było słychać w Małej Warszawie i dookoła w piątkowy wieczór, 31 lipca. Łatwo byłoby przecież napisać, że Mateusz Morawiecki zaprosił swoich gości na letniego grilla. Takie ujęcie byłoby jednak mylące, bo tenże grill był jedynie formą.

Prawdziwym wydarzeniem, i być może odpowiedzią na te pytania, było coś znacznie ważniejszego: pierwsze publiczne policzenie środowiska skupionego wokół nowej inicjatywy Rozwój Plus. W środku wakacji, gdy polska polityka zwykle zwalnia, były premier zgromadził w Warszawie polityków, samorządowców, przedsiębiorców, ekspertów, dziennikarzy i ludzi świata idei, wysyłając sygnał, którego trudno nie odczytać jednoznacznie. Kampania parlamentarna, która zakończy się jesienią 2027 roku, właśnie się rozpoczęła. A ten, kto ją rozpoczął, będzie też rozdawać jej główne karty i ustawiać całą scenę.

No bo przecież bądźmy szczerzy – większość wydarzeń rozgrywających się na polskiej scenie politycznej można odczytywać jako ustawianie figur na szachownicy przed najważniejszą rozgrywką najbliższych kilkunastu miesięcy, a być może i ostatnich lat. Partie szukają nowych języków, nowych twarzy, nowych tematów i nowych sposobów mobilizacji własnych środowisk. Rozwój Plus jest jedną z pierwszych inicjatyw, która nie tylko pokazuje, jak może wyglądać ta szachownica, ale próbuje współtworzyć jej układ. I to nie tylko dlatego, że jednym z głównych gości Mateusza Morawieckiego był Garri Kasparow.

Patrząc na to spotkanie, trudno jednak było oprzeć się skojarzeniu z początkiem kampanii prezydenckiej Andrzeja Dudy sprzed ponad dekady. Nie chodzi oczywiście o dosłowne podobieństwa ani o sam autobus, który stał się jednym z symboli tamtej kampanii. DudaBus był przede wszystkim metodą budowania energii politycznej, jeszcze bowiem zanim rozpoczęła się właściwa walka o głosy, budowano wspólnotę ludzi przekonanych, że uczestniczą w projekcie zmiany. Najpierw tworzono środowisko, dopiero później rozpoczynano kampanię. Odnoszę wrażenie, że właśnie taki mechanizm próbuje uruchomić Mateusz Morawiecki.

Osławiony grill Morawieckiego to nie była przecież konwencja partyjna w klasycznym znaczeniu tego słowa. Mimo obecności polityków, także starszej daty, nie wpisywało się to spotkanie w logikę jakiegoś konwentyklu. Nie padły wielkie deklaracje programowe, nie przedstawiono gotowej listy postulatów ani nowego projektu politycznego, trudno jednak było nie zauważyć, że uczestniczyliśmy w wydarzeniu, którego głównym celem było sprawdzenie, ilu ludzi gotowych jest odpowiedzieć na zaproszenie do budowania nowego środowiska, którego postulatem ma być „wiara w Polskę”, a nie jakiś konkretny zbiór reform czy dezyderatów.

Oczywiście, obecni byli parlamentarzyści i politycy związani z Prawem i Sprawiedliwością; byli samorządowcy, eksperci, przedsiębiorcy, dziennikarze oraz przedstawiciele środowisk intelektualnych. Byli także ludzie, których trudno przypisać do jednej partyjnej szuflady, a których łączyło raczej przekonanie, że na polskiej prawicy istnieje przestrzeń dla języka bardziej modernizacyjnego, bardziej aspiracyjnego i bardziej skoncentrowanego na rozwoju niż na nieustannym prowadzeniu wojny kulturowej czy odpiłowywaniu przybyszów ze Wschodu albo obsłudze najniższych emocji bądź historycznych traum.

Od kilku lat bowiem polska debata publiczna coraz bardziej zamyka się w komunikacyjnym korkociągu. Kolejne spory sprowadzane są do prostych opozycji, radykalnych emocji i coraz ostrzejszych haseł, a w takim języku niezwykle trudno mówić o rozwoju państwa, inwestycjach, technologii, przedsiębiorczości czy długofalowej strategii. Można sądzić, że Mateusz Morawiecki zakłada, że przeciwnie jednak do dotychczasowych trendów istnieje grupa wyborców, która oczekuje właśnie takiej zmiany akcentów. Zdaniem byłego premiera nie ma to jednak oznaczać odrzucenia konserwatyzmu ani prawicowej tożsamości, raczej próbę przesunięcia środka ciężkości – z polityki permanentnego konfliktu ku polityce aspiracji, budowanej na „wierze w Polskę”, niemalże romantycznej i quasireligijnej idei organizującej całość i nadającą jej energię.

To zresztą nie jest przypadek. Ostatnia dekada zmieniła Polskę głębiej, niż często chcemy przyznać. Znaczna część społeczeństwa uwierzyła, że rozwój nie jest jedynie hasłem, lecz realnym doświadczeniem. W wielu miejscach kraju pojawiło się też przekonanie, że Polska nie musi już jedynie gonić Zachodu, ale może stać się jego pełnoprawną częścią, a dla wielu ludzi to właśnie doświadczenie awansu społecznego, gospodarczego i cywilizacyjnego stało się jednym z najważniejszych elementów ich współczesnej tożsamości. I może dlatego najbardziej zaskoczyło mnie coś jeszcze: to wydarzenie było zadziwiająco niewarszawskie.

Choć odbywało się w stolicy, nie dominowała atmosfera politycznego salonu – znacznie silniejsze było poczucie spotkania ludzi przyjeżdżających z różnych części Polski: samorządowców, lokalnych liderów, przedsiębiorców, ekspertów, osób zainteresowanych tym, jak będzie wyglądała prawica po roku 2027. Warszawa była jedynie miejscem spotkania, jednak energia tego wydarzenia, choć mocno rozproszona, wydawała się pochodzić z zupełnie innych miejsc – z miast średnich, z regionów, od ludzi, którzy przez ostatnie lata stali się beneficjentami polskiego rozwoju i nie chcą rezygnować z ambicji dalszego awansu, ale także od tych, których nazwałbym sierotami po transformacji, którzy do tego modelu po prostu chcą doskoczyć.

Kluczowe pytanie nie brzmi jednak wcale: „Czy im się to uda?”, ale: „Czy Rozwój Plus stanie się czymś więcej niż środowiskiem dyskusji?”. Tego jeszcze nie wiadomo i długo wiadomo nie będzie, bo może jego celem jest budowanie zaplecza programowego dla całej prawicy, co musi wykuwać się w debatach i rozmowach. Być może chodzi o stworzenie nowej przestrzeni intelektualnej wokół Mateusza Morawieckiego, a być może jest to początek znacznie większego procesu politycznego. Debaty pozostawiały pewien niedosyt, podobnie jak brak wyraźniejszego wskazania kierunku, w którym całe przedsięwzięcie ma zmierzać.

Poza wszystkim jasne stało się jedno: Mateusz Morawiecki nie zorganizował letniego grilla, tylko pierwsze wydarzenie kampanii parlamentarnej 2027. I niezależnie od tego, jaki będzie jej ostateczny wynik, warto ten moment zapamiętać jako chwilę, w której rozpoczęła się walka nie tylko o przyszły układ polityczny, ale przede wszystkim o język, jakim polska prawica będzie próbowała opowiadać o Polsce w najbliższych latach. Przyznać trzeba, że wiele pracy jeszcze musi zostać wykonane, bo poza wyborczą kiełbasą na piątkowym grillu wiele nie było strawy intelektualnej, ale być może nie o to chodziło. To będzie brutalna kampania, a za granicą wojna. Najpierw szable, potem pióra?

Michał Kłosowski
Tekst ukazał się pierwotnie we „Wszystko co Najważniejsze” [LINK]. Przedruk za zgodą redakcji.

SUBSKRYBUJ „GAZETĘ NA NIEDZIELĘ” Oferta ograniczona: subskrypcja bezpłatna do 31.12.2026.

Strona wykorzystuje pliki cookie w celach użytkowych oraz do monitorowania ruchu. Przeczytaj regulamin serwisu.

Zgadzam się