G.R.R. Martin czy J.R.R Tolkien? Kto jest moralnym kompasem współczesnych fanów literatury fantasy?

W gronie osób zainteresowanych fantastyką od lat trwa dyskusja, która ostatnimi czasy znowu nabrała rozpędu z powodu premiery nowego serialu ze świata Gry o Tron. Chodzi o to, kogo należy uważać za “moralnego ojca” tego gatunku. Czy jest nim G.R.R. Martin, czy może ten tytuł powinien przypaść J.R.R. Tolkienowi?

Wiele fanów uważa, że to autor Władcy Pierścieni, John Ronald Reul Tolkien pisał powieści najbardziej zanurzone w świecie głębokich wartości. Nie bez przyczyny uważane za fundament całego gatunku, Hobbit, Silmarillion i trylogia Władcy Pierścieni, są faktycznie w dużej mierze opowieścią o odwadze, poświęceniu, miłości które potrafią zmienić bieg dziejów. Dużym uproszczeniem jest jednak obiegowa opinia niektórych fanów (niezależnie od stanowiska w tym “konflikcie”), jakoby Tolkienowski świat był prostą przypowieścią, opartą na czarno-białych kontrastach dobra i zła. 

Nic bardziej mylnego. Nawet jeżeli autor Władca Pierścieni nigdy nie traci z oczu wyraźnego kompasu moralnego, opartego na głęboko chrześcijańskiej, katolickiej wrażliwości, to na kartach jego książek nie brak dylematów moralnych i postaci szarganych wątpliwościami. Wartości są poddawane (dosłownym i przenośnym) próbom ognia, a prawdziwe oblicze bohaterów ujawnia się zawsze. Wielu jest w stanie podołać próbie, ale wielu ugina się pod ciężarem, zdradza lub traci rozum.

Ugrzeczniona, prosta interpretacja twórczości J.R.R Tolkiena jest niestety wynikową nieustannej wojny kulturowej, której uczestnicy sięgając po kultowe teksty kultury, mogące udowodnić ich racje, często odnoszą się właśnie do Władcy Pierścieni czy Silmarillionu. Tolkien staje się twarzą na sztandarach tych, którzy uważają całość współczesnej kultury za zgniłą i obdartą z wartości. Rzekoma, czarno-biała moralność na kartach jego powieści, pozbawiona niuansów postaci takich jak Boromir, Thorin Dębowa Tarcza czy Fëanor, ma być antytezą dla zgniłej, postmodernistycznej fantastyki XX wieku. 

Twarzą tej twórczości, rzekomo pozbawionej wartości jest George R.R. Martin, który na płaszczyźnie osobistej faktycznie może być uważany za przeciwieństwo Tolkiena: 

Martin – agnostyk, ateista lub “zachwiany były katolik”

Tolkien – gorliwy katolik

Martin – amerykanin z New Jersey, syn dokera

Tolkien – przedstawiciel brytyjskiej elity społeczno-intelektualnej

Martin – lewicujący były hipis, wychowany w duchu społecznej rewolucji

Tolkien – tradycjonalista z krwi i kości 

Różnice między obydwoma pisarzami można mnożyć, ale jedno jest pewne. Tych sławnych pisarzy dzieli wieli. Ale czy Pieśń Lodu i Ognia jest faktycznie manifestem nihilistycznej, nowoczesnej literatury fantasy? Czy George R.R. Martin zasłużył na reputacje pisarza brudu, krwi i zepsucia? 

Prawda wydaje się wyglądać nieco inaczej. Przede wszystkim należy oddzielić bowiem świat literatury od świata serialu. Gra o Tron w wydaniu HBO jest bowiem w wielu miejscach skrajnie różna od twórczości Martina, ale z racji swojej popularności reputacja słynnego serialu jest często przenoszona także na książki z serii Pieśń Lodu i Ognia. I choć saga Martina nie stroni od przemocy i wątków seksualnych, to są one celowymi zabiegami, występującymi po to żeby opowiedzieć coś o świecie i postaciach, a nie tylko szokować. 

A co z wartościami? Co z nihilizmem Westeros? Nie sposób zaprzeczyć, że kwestie dobra i zła są przedstawiane tam inaczej. Postacie o czystym sercu nie mają łatwej drogi do zwycięstwa, ponoszą porażki, znacznie częściej za swoje wartości są zmuszone oddać życie, a pozbawieni kręgosłupa moralnego antagoniści wydają się triumfować. 

Mimo to, świat George’a R.R. Martina jest kreowany w taki sposób celowo. W mroku najlepiej widać bowiem promienie światła, a nieliczne (żywe) postacie, które reprezentują dobro i czystość serca (realistyczną, niepozbawioną wad czy ludzkich dziwności) są wyraźnym kompasem moralnym całej powieści. Często są też odwróceniem motywów pojawiających się często na kartach literatury fantasy. Tak więc ideałem nieskażonego rycerstwa jest kobieta, która mimo szyderstw otoczenia jest zdeterminowana żeby z bronią w ręku walczyć za słabszych, a głosem rozsądku i moralnym doradcą jednego z królów jest plebejusz, wyniesiony do roli szlachcica z powodu swoich czynów, nie urodzenia. 

Plejada chciwych, zdegenerowanych, okrutnych lub cynicznych anty-bohaterów służy więc nie tylko pesymistycznych rozmyślań nad złem do którego jest w stanie dopuścić się człowiek. Czarne charaktery są lustrem, w której wartości Georga R.R. Martina są jeszcze bardziej widoczne. 

Obydwaj pisarze nie stronili także od jednoznacznych komentarzy społeczno-politycznych ukrytych w tekście w subtelny, ale wyraźny sposób. Tolkien krytykował wpływ rewolucji przemysłowej na ukochaną, zieloną angielską prowincję i zaznaczał wartość silnego przywódcy świadomego swoich obowiązków. Martin krytykuje gloryfikację wojen, które zawsze najbardziej dotykają biednych i młodych, zmuszonych umierać za bogatych i bezpiecznych (echo lęków jego pokolenia i wojny w Wietnamie), pochyla się nad losem kobiet w patriarchalnym, feudalnym społeczeństwie i wpływem religii na politykę. 

Czemu więc stawiać tych pisarzy po dwóch stronach barykady, skoro odkrywanie twórczości obydwu klasyków literatury fantasy bez uproszczonych wyobrażeń odnośnie moralności autora jest znacznie bardziej rozwijające?

Maciej Bzura

SUBSKRYBUJ „GAZETĘ NA NIEDZIELĘ” Oferta ograniczona: subskrypcja bezpłatna do 31.03.2026.

Strona wykorzystuje pliki cookie w celach użytkowych oraz do monitorowania ruchu. Przeczytaj regulamin serwisu.

Zgadzam się