Gospodarka Chin znowu zagrożona deflacją

Jeszcze niedawno wydawało się, że Chiny wychodzą z okresu bardzo słabego wzrostu cen. Najnowsze dane znów jednak budzą wątpliwości. Problem nie sprowadza się przy tym do samej inflacji. Znacznie poważniejsze są słaby popyt, kryzys na rynku nieruchomości i ostrożność chińskich gospodarstw domowych.

Jeszcze w czerwcu ceny konsumenckie rosły w Chinach o 1 proc. rok do roku, ale w lipcu tempo spadło do 0,5 proc., najniższego poziomu od pół roku. Stało się to mimo wzrostu cen energii związanego z zakłóceniami w cieśninie Ormuz. Osłabła też dynamika cen producentów, z 4,1 proc. w czerwcu do 3,5 proc. w lipcu. Na pierwszy rzut oka niska inflacja może wydawać się dobrą wiadomością, ale problem zaczyna się wtedy, gdy ludzie i firmy zaczynają wierzyć, że ceny przez długi czas będą rosły bardzo wolno albo wręcz spadały. Wtedy konsumenci częściej odkładają zakupy, przedsiębiorstwa wstrzymują inwestycje, a gospodarka zaczyna tracić rozpęd.

Ekonomiści coraz częściej porównują obecną sytuację do doświadczeń Japonii po pęknięciu bańki nieruchomościowej na początku lat 90. Tam przez wiele lat utrzymywały się niski wzrost, słaba inflacja i bardzo ostrożne zachowania gospodarstw domowych. Nawet kiedy ceny znów zaczęły rosnąć, przekonanie, że lepiej oszczędzać niż wydawać, okazało się wyjątkowo trudne do przełamania. W Chinach podobny mechanizm może działać dziś głównie przez rynek nieruchomości. Ceny mieszkań spadają od kilku lat, a właśnie w nieruchomościach ulokowana jest ogromna część majątku chińskich rodzin. Według części szacunków chodzi nawet o około 70 proc. ich majątku.

To sprawia, że kryzys mieszkaniowy nie jest dla przeciętnego Chińczyka abstrakcyjnym problemem finansowym. Jeśli mieszkanie warte kiedyś równowartość miliona juanów jest dziś wyceniane znacznie niżej, właściciel zaczyna czuć się biedniejszy i ostrożniej podchodzi do wydatków. Dlatego słaba konsumpcja stała się jednym z najważniejszych problemów władz w Pekinie. Sprzedaż detaliczna pozostaje mało dynamiczna, popyt na kredyt jest ograniczony, a nawet jeśli bank centralny obniży stopy i ułatwi dostęp do pieniądza, nie ma gwarancji, że rodziny i firmy natychmiast ruszą z zakupami i inwestycjami.

W chińskiej gospodarce coraz wyraźniej widać też podział na dwie rzeczywistości. Z jednej strony szybko rozwijają się sektory związane z AI, półprzewodnikami, samochodami elektrycznymi i zaawansowaną produkcją. Z drugiej, tradycyjna gospodarka, nieruchomości, handel detaliczny i część usług nadal pozostają słabe. Pekin przez ostatnie lata mocno postawił na przemysł i nowe technologie, co wzmacnia pozycję Chin w eksporcie, ale nie rozwiązuje problemu słabej konsumpcji wewnętrznej.

Jeżeli kraj produkuje coraz więcej, a jego mieszkańcy nie kupują wystarczająco dużo, rośnie presja, by nadwyżkę sprzedać za granicą. Dlatego chińska deflacja nie jest wyłącznie problemem lokalnym. Może prowadzić do dalszego wzrostu eksportu i jeszcze większej nadwyżki handlowej, a to zaostrza napięcia z USA i Europą, które już dziś oskarżają Pekin o zalewanie ich rynków tanimi produktami wspieranymi przez państwo.

Dodatkowym problemem jest kurs juana. Bank centralny mógłby mocniej poluzować politykę pieniężną, ale zbyt głębokie obniżki stóp mogłyby osłabić walutę. Dla Pekinu byłoby to niewygodne z kilku powodów: słabszy juan zwiększałby koszty importu, mógłby pogorszyć sytuację części zadłużonych firm i zaostrzyć relacje z Waszyngtonem, gdzie każda większa dewaluacja jest odbierana bardzo podejrzliwie. Dlatego chińskie władze działają ostrożnie i rynek spodziewa się raczej niewielkich cięć stóp oraz punktowego wsparcia niż wielkiego programu stymulacyjnego.

Wzrost gospodarczy również wyhamowuje. Według części ekonomistów w drugim kwartale tempo wzrostu mogło spaść do około 4,4 proc. Słabsza konsumpcja i problemy sektora nieruchomości zostały tylko częściowo zrównoważone przez eksport i produkcję przemysłową. Najtrudniejsze zadanie nadal stoi przed rynkiem mieszkaniowym. Chiny od lat próbują uporządkować sektor po kryzysie wielkich deweloperów, ale dopóki ceny mieszkań się nie ustabilizują, gospodarstwa domowe mogą pozostawać ostrożne i niechętne zwiększaniu wydatków.

Do tego dochodzi słabsza sieć zabezpieczeń społecznych niż w wielu państwach zachodnich. Chińczycy oszczędzają dużo między innymi dlatego, że muszą samodzielnie zabezpieczać się na starość, leczenie czy edukację dzieci. Bez poprawy systemu emerytalnego i zdrowotnego Pekinowi będzie trudno przekonać obywateli do zwiększenia konsumpcji. Dlatego coraz więcej ekonomistów uważa, że samo obniżanie stóp procentowych nie wystarczy. Potrzebne są działania, które poprawią poczucie bezpieczeństwa rodzin, ustabilizują rynek mieszkaniowy i podniosą dochody gospodarstw domowych.

Na razie Chiny próbują jednocześnie utrzymywać wzrost, rozwijać nowe technologie i nie dopuścić do kolejnego kryzysu nieruchomościowego. Największym zagrożeniem nie jest dziś gwałtowne załamanie, lecz długi okres słabego popytu i gospodarki, która produkuje więcej, niż sama jest w stanie kupić. I właśnie tego najbardziej obawiają się ekonomiści patrzący na doświadczenia Japonii. Deflacja nie musi wyglądać jak spektakularny kryzys. Może działać znacznie wolniej, przez lata osłabiając inwestycje, płace, konsumpcję i zaufanie do przyszłości.

Maciej Bzura

SUBSKRYBUJ „GAZETĘ NA NIEDZIELĘ” Oferta ograniczona: subskrypcja bezpłatna do 31.12.2026.

Strona wykorzystuje pliki cookie w celach użytkowych oraz do monitorowania ruchu. Przeczytaj regulamin serwisu.

Zgadzam się