Japońscy pacyfiści protestują. Sanae Takaichi chce uzbroić Japonie

Japoński rząd coraz bardziej oddala się od wieloletniej doktryny japońskiego pacyfizmu. Decyzje Sanae Takaichi wywołały protesty – japońscy pacyfiści sprzeciwiają się proponowanym zmianom w prawie.

Po klęsce w II wojnie światowej Japonia zbudowała swoją tożsamość polityczną wokół pacyfizmu. Konstytucja z 1947 roku, a zwłaszcza słynny artykuł 9, miała być symbolicznym zerwaniem z epoką militaryzmu: państwo wyrzekało się wojny jako narzędzia polityki, a użycie siły miało już nigdy nie stać się elementem narodowej strategii. Z czasem ten zapis był reinterpretowany, tak by dopuścić istnienie Sił Samoobrony, ale przez dziesięciolecia trzon japońskiej polityki bezpieczeństwa pozostawał ten sam: ostrożność, powściągliwość i niechęć do wszystkiego, co mogłoby wyglądać jak powrót do dawnej logiki mocarstwowej.

Ten porządek nie zaczął się kruszyć dopiero teraz. Już w ostatnich dekadach politycy związani z rządzącą Partią Liberalno-Demokratyczną coraz częściej przekonywali, że powojenne reguły nie odpowiadają nowym realiom. Najmocniej forsował to Shinzo Abe, który doprowadził w 2015 roku do uchwalenia kontrowersyjnych ustaw bezpieczeństwa, rozszerzających zakres działania japońskich sił zbrojnych i dopuszczających ograniczone korzystanie ze zbiorowej samoobrony. Innymi słowy: Japonia już wtedy zaczęła odchodzić od najwęższego rozumienia własnego pacyfizmu.

Dopiero rządy Sanei Takaichi nadały temu procesowi wyraźnie ostrzejszy i bardziej otwarty charakter. Takaichi, która objęła urząd premiera w październiku 2025 roku jako pierwsza kobieta na tym stanowisku, od początku sygnalizowała, że chce przesunąć Japonię w stronę twardszej polityki bezpieczeństwa. Reuters opisywał ją wtedy jako konserwatywną nacjonalistkę i polityczkę gotową do wyraźniejszego skrętu na prawo.

Najmocniejszym sygnałem tej zmiany była decyzja z 21 kwietnia 2026 roku, gdy jej gabinet formalnie zniósł wieloletni zakaz eksportu broni o śmiercionośnym przeznaczeniu. To największa zmiana w japońskich zasadach eksportu uzbrojenia od dekad. Reuters i AP podkreślały, że Tokio tłumaczy ją coraz trudniejszym środowiskiem bezpieczeństwa: rosnącą potęgą Chin, zagrożeniem ze strony Korei Północnej oraz presją, by Japonia odgrywała większą rolę w systemie sojuszy Indo-Pacyfiku.

To właśnie ten ruch wywołał falę protestów, jakiej Japonia nie widziała od lat. Kraj nie ma tradycji ulicznej polityki w takim stylu jak część państw europejskich. Publiczny sprzeciw zwykle przybiera tam bardziej powściągliwą formę, a kultura społeczna mocno premiuje spokój, dyscyplinę i niezakłócanie porządku. Dlatego gdy na ulice wychodzą dziesiątki tysięcy ludzi, to znak, że stawka jest dla wielu naprawdę poważna. Guardian opisywał majowe demonstracje jako największe od dawna wystąpienie w obronie pacyfistycznej konstytucji.

Na transparentach pojawiają się proste hasła: „Nie dla wojny”, „Brońcie konstytucji”, „Takaichi musi odejść”. W gruncie rzeczy nie chodzi jednak tylko o sam eksport broni. Chodzi o lęk, że Japonia krok po kroku przestaje być państwem, które po wojnie przyjęło samookreślenie jako kraj pokojowy, a zaczyna wracać do roli normalnego, w pełni uzbrojonego państwa zdolnego nie tylko do obrony, ale i do aktywnego udziału w konfliktach wokół siebie.

Zwolennicy zmian odpowiadają, że właśnie taka narracja jest dziś oderwana od rzeczywistości. Ich zdaniem Japonia żyje w coraz bardziej niebezpiecznym otoczeniu: Chiny są coraz bardziej asertywne, Korea Północna pozostaje nieprzewidywalna, Rosja wciąż jest czynnikiem destabilizującym w regionie, a Stany Zjednoczone od dawna oczekują, że Tokio weźmie na siebie większą część ciężaru bezpieczeństwa. W tym ujęciu artykuł 9 nie powinien być religią polityczną, tylko punktem odniesienia, który trzeba dostosować do świata mniej stabilnego niż w latach powojennych.

Przeciwnicy reform patrzą na to zupełnie inaczej. Dla nich artykuł 9 nie jest anachronicznym ograniczeniem, lecz moralnym fundamentem powojennej Japonii. To nie tylko przepis prawny, ale również symbol odpowiedzialności za własną historię i próbę wyciągnięcia wniosków z katastrofy, jaką był japoński militaryzm pierwszej połowy XX wieku. W tym sensie spór nie dotyczy wyłącznie prawa czy geopolityki. Dotyczy pytania o to, czym Japonia chce być jako państwo.

Sama Takaichi twierdzi, że obecne ramy bezpieczeństwa po prostu nie odpowiadają już realiom. Rząd używa języka konieczności i odstraszania, a nie rewizjonizmu. Mówi, że Japonia nie może być bierna, jeśli chce utrzymać bezpieczeństwo własne i sojuszników. Ale właśnie ten język najmocniej drażni część społeczeństwa, bo brzmi jak zapowiedź końca czegoś, co przez dziesięciolecia wydawało się nienaruszalne.

Dlatego obecne protesty są czymś więcej niż reakcją na jedną decyzję gabinetu. To spór o japońską pamięć, tożsamość i kierunek, w którym kraj ma pójść w najbliższych latach. Po jednej stronie stoi przekonanie, że bez mocniejszej armii i większej swobody działania Japonia będzie bezbronna wobec coraz ostrzejszego świata. Po drugiej – obawa, że kolejne „małe korekty” w końcu wydrążą pacyfizm od środka i zostawią po nim tylko symbol bez treści.

Wojciech T. Madeja

SUBSKRYBUJ „GAZETĘ NA NIEDZIELĘ” Oferta ograniczona: subskrypcja bezpłatna do 31.07.2026.

Strona wykorzystuje pliki cookie w celach użytkowych oraz do monitorowania ruchu. Przeczytaj regulamin serwisu.

Zgadzam się