Polityka zagraniczna USA
Fot. Carlos Barria / Reuters / Forum

Klątwa na Trumpa

Polityka zagraniczna USA spowodowała teraz gwałtowne zaostrzenie potępień ze strony trzech biskupów, choć ich zawzięta wrogość wobec Donalda Trumpa, jego prawicowego obozu politycznego i całej polityki uosabianej przez obecnego prezydenta USA jest rzeczą znaną nie od dziś – pisze Jan ROKITA

Klątwy rzucane na władców przez Rzym były niegdyś (jak każdy wie) stałym narzędziem papieskiej polityki. Ale do historii przeszły też klątwy lokalnych biskupów, którzy w ten sposób próbowali zmusić władców do zmiany prowadzonej przez nich polityki. Często u ich podłoża leżały spory, typowe zwłaszcza dla wieków średnich, o „dwa miecze”, czyli podział władzy pomiędzy biskupami i książętami. Ale czasami bywało tak, że przyczyną biskupiej klątwy była po prostu czysta polityka, a nawet polityka zagraniczna kraju, którą ten czy ów biskup chciał za wszelką cenę podważyć.

Precedensowy w tej mierze jest oczywiście przypadek upokorzenia Teodozjusza Wielkiego przez biskupa Mediolanu Ambrożego, po tym, jak cesarz wyjątkowo okrutnie ukarał miasto Tesaloniki za podniesiony tam bunt przeciw cesarskiej armii. Przez kilka miesięcy cesarz nie nosił szat i insygniów władcy, ale za to każdego dnia leżał krzyżem w przedsionku stołecznej katedry, lejąc łzy i błagając o Boskie (ale i biskupie) przebaczenie.

W polskich dziejach bodaj najciekawszy tego rodzaju przypadek (pomijając niejasną sprawę św. Stanisława) – to ściśle polityczna klątwa rzucona na Łokietka przez biskupa krakowskiego Jana Muskatę, który koniecznie chciał oddać Kraków nie księciu piastowskiemu, ale królom czeskim. Jednak Muskata nie miał siły ani autorytetu Ambrożego, więc dochrapał się tylko pojmania i deportacji przez zwycięskiego Łokietka.

Wspominam te przypadki z odległej przeszłości, poszukując jakichś porównań i odniesień dla akcji, jaką podejmują trzej wybitni katoliccy hierarchowie amerykańscy przeciw Donaldowi Trumpowi, próbując wymusić zmianę kierunku amerykańskiej polityki zagranicznej. By być tu precyzyjnym: polityka zagraniczna USA spowodowała teraz gwałtowne zaostrzenie potępień ze strony tych trzech biskupów, choć ich zawzięta wrogość wobec Trumpa, jego prawicowego obozu politycznego i całej polityki uosabianej przez obecnego prezydenta USA jest rzeczą znaną nie od dziś.

Ci trzej hierarchowie – to biskup Chicago Blase Cupich, biskup Waszyngtonu Robert McElroy oraz biskup Newark Joseph Tobin – wszyscy zawdzięczający oczywiście swe kariery i kapelusze kardynalskie papieżowi Franciszkowi, a poza tym, kto wie, czy obok paru biskupów niemieckich nie są to najbardziej „postępowi” hierarchowie w dziejach rzymskiego Kościoła. Cupich jest od dawna swoistym kapelanem Partii Demokratycznej, przemawia na zjazdach tej partii, a z innymi biskupami swego czasu skłócił się, gdy ci nie chcieli okazać dostatecznego entuzjazmu z powodu objęcia władzy przez Bidena. McElroy słynie ze swych postulatów „zlikwidowania” (jakkolwiek by to śmiesznie brzmiało) idei grzechu ciężkiego i „modernizacji moralności”. Z kolei Tobina wszyscy znają głównie z powodu celebrowania specjalnych mszy dla gejów oraz nocnego miłosnego tweeta, jaki pomyłkowo puścił w świat, zamiast posłać go ukochanej czy ukochanemu (spekulowano, że adresatem był ponoć pewien polski ksiądz, rychło potem ewakuowany z USA do Polski). Ta trójka – to jak każdy widzi – postaci, które mogły zrobić swe bajeczne kariery biskupie tylko w czasach panującego w Kościele zamętu, z którego szybkiego wyjścia nie widać. No ale to całkiem inna sprawa.

Rzecz w tym, że właśnie teraz Cupich, McElroy i Tobin zebrali się, aby wspólnie wystąpić z pisemnym potępieniem polityki zagranicznej Donalda Trumpa. Ich „klątwa” nie wymienia wprawdzie z nazwiska prezydenta USA, co ją różni od tradycyjnej klątwy mediolańskiego Ambrożego czy krakowskiego Muskaty. Ale trzeba przyznać, że sformułowana jest z polityczną perfidią.

Trzej biskupi najpierw bowiem lojalnie i czołobitnie – jak przystało wobec papieża – rozwijają ideę Leona XIV o moralnej niedopuszczalności wojny. Po czym biorą na tapetę dla zobrazowania myśli papieskich trzy konkretne przypadki, argumentując, iż „wydarzenia w Wenezueli, na Ukrainie i na Grenlandii postawiły podstawowe pytania dotyczące użycia siły militarnej i sensu pokoju”. Na pierwszy rzut oka widać myślowe i moralne nadużycie oraz polityczną intencję takiego zestawienia. „Wydarzenia w Wenezueli” – to perfekcyjna akcja obalenia i uprowadzenia okrutnego tyrana, będącego na dodatek namiestnikiem Moskwy i Pekinu, odpowiedzialnego za przerzut narkotyków i dywersję wobec ojczyzny Cupicha, McElroya i Tobina. „Wydarzenia na Ukrainie” – to z kolei wielka moskiewska inwazja, w której zginęły setki tysięcy ludzi, a której celem jest zniszczenie nie tylko państwowości ukraińskiej, ale również (co Putin głosi otwarcie) likwidacja narodu ukraińskiego, który ma zostać przerobiony na Moskali. No a „wydarzenia na Grenlandii” – to jak do tej pory najwyżej neokolonialny dyplomatyczny konflikt pomiędzy Europą i Ameryką o to, kto ma lepsze prawa do kontroli nad tą ważną militarnie i bogatą w surowce wyspą.

Ani pod względem moralnym, ani politycznym te trzy zjawiska nie mają ze sobą nic wspólnego. Ale Cupich, McElroy i Tobin potrzebują takiego właśnie zestawienia dla swej „klątwy”, gdyż chcą postawić moralny znak równości pomiędzy putinowską próbą krwawej zagłady Ukrainy a usunięciem przez Donalda Trumpa tyrana z Caracas (ku radości Wenezuelczyków) i presją, jaką Ameryka wywiera dla przejęcia Grenlandii. Każdy rozumie, że trzem kardynałom idzie o potępienie Trumpa, a Putin służy tu tylko jako przewrotny, ale krwawy argument.

Nie ma co kryć, że ta trójka amerykańskich biskupów nie od dziś swoimi poczynaniami budzi moją abominację, więc też w ocenie ich akcji politycznych nie jestem zapewne bezstronny. Jako członek Kościoła z niejakim trudem przyjmuję do wiadomości, że tego rodzaju figury robią dziś wielkie kościelne kariery; no ale cóż, taka jest chyba natura czasu wielkiej dekadencji, obejmującej także Kościół rzymski. Tutaj idzie mi jednak tylko o kwestię stricte polityczną. O postawienie pytania, na ile kwestia wojny może być dzisiaj pretekstem dla faktycznej klątwy, jaką biskupi obkładają demokratycznie wybranego przywódcę państwa.

Cupich, McElroy i Tobin w złej wierze posługują się argumentem o „wojnie”, której nie ma na Grenlandii, a w Wenezueli była, owszem, przez jakieś pół godziny, a celem ich „klątwy” jest podważenie w opinii publicznej polityki zagranicznej Ameryki i wsparcie zmiany władzy w USA, tak by rządy objął preferowany przez tych biskupów obóz lewicy.

W XIV wieku Łokietek miał jasność, co należy zrobić z biskupem krakowskim, używającym klątwy jako narzędzia zmiany monarchy panującego na Wawelu, z Piasta na Przemyślidę czy Luksemburga. Donald Trump jest pod tym względem w gorszej sytuacji; może co najwyżej wdać się w słowny spór z hierarchami, którzy biskupiej „klątwy” cynicznie używają jako narzędzia walki o polityczną władzę dla swoich lewicowych pupili.

Tekst pierwotnie ukazał się na łamach „Wszystko co Najważniejsze”. Przedruk za zgodą redakcji.

Zdjęcie autora: Jan ROKITA

Jan ROKITA

Filozof polityki. Absolwent prawa UJ. Działacz opozycji solidarnościowej, poseł na Sejm w latach 1989-2007, były przewodniczący Klubu Parlamentarnego Platformy Obywatelskiej. Wykładowca akademicki. Autor felietonów "Luksus własnego zdania", które ukazują się w każdą sobotę we "Wszystko co Najważniejsze".

SUBSKRYBUJ „GAZETĘ NA NIEDZIELĘ” Oferta ograniczona: subskrypcja bezpłatna do 31.03.2026.

Strona wykorzystuje pliki cookie w celach użytkowych oraz do monitorowania ruchu. Przeczytaj regulamin serwisu.

Zgadzam się