Krzysztof Kieślowski

Nowa Fala spotyka życie

Wczesne filmy, których autorem był Krzysztof Kieślowski, rzadko trafiają dziś do obiegu międzynarodowych rozmów o kinie lat sześćdziesiątych. A szkoda, bo właśnie tam — w krótkich, surowych formach realizowanych jeszcze w cieniu dokumentu — kryje się jedna z najciekawszych odpowiedzi Europy Wschodniej na mit bohatera Nowej Fali.

Młody Krzysztof Kieślowski — tak, ten znany na świecie dzięki cyklowi Dekalog, trylogii Trzy kolory czy genialnej produkcji Podwójne życie Weroniki — tworzył znacznie ciekawsze (tak, ciekawsze niż wspomniane arcydzieła) rzeczy we wczesnym okresie swojej twórczości, gdy był zainspirowany kinem dokumentalnym i próbował wyłuskać egzystencjalny sens poprzez obserwację codzienności w komunistycznym kraju.

Docierały do niego, podobnie jak do wszystkich ambitnych twórców na świecie, filmy Nowej Fali. Z pewnością je oglądał i choć oficjalnie nieczęsto o tym mówił, my — z zachodniej perspektywy — możemy w tych wczesnych pracach Kieślowskiego znaleźć ciekawe tropy do lepszej eksploracji bohaterów kina Nowej Fali.

Biorę dziś na warsztat jego etiudę szkolną z 1967 roku, zrealizowaną na przedostatnim roku studiów w szkole filmowej – „Koncert życzeń”. Kto interesuje się polskim kinem tamtego czasu, znajdzie tu liczne odniesienia do klasyki polskiego dokumentu oraz filmów fabularnych Andrzeja Munka i Andrzeja Wajdy. Ja dziś oglądam ten film w kontekście Godarda i „Do utraty tchu”, aby lepiej zrozumieć bohatera tamtej epoki i jego konfrontację z tłumem. Na szczęście film można zobaczyć w wolnym dostępie online i z napisami angielskimi.

Oto nad rzeką, w zaroślach, zaparkował autobus z wycieczką – hałaśliwą i alkoholową, grubiańską i przaśną. Z głośników autobusowego radia dobywają się popularne wówczas przeboje, polska odmiana big beatu, powiew zachodniego rytmu, który został przyswojony także przez ludowe masy w tym komunistycznym kraju. W tej wycieczce od razu zwracamy uwagę na młodego człowieka, który swoją samotnością, milczeniem i abstynencją odstaje od wulgarnych kolegów.

Zamiast słuchać głośnej muzyki i pić alkohol, podgląda zakochaną parę w zaroślach. Nie, nie robią nic szczególnego. Czeszą się nawzajem — to szczyt pieszczoty w tym filmie — a potem chłopak zabiera się za naprawę motocykla, by mogli pojechać dalej. I nie, nie jest to słodziak, żaden zakochany kundel. To facet, który motocyklowi poświęca więcej uwagi niż swojej dziewczynie, trochę obcesowy, ale najwyraźniej jej się to podoba. Być może marzyła o takim chłopaku z motocyklem.

A potem ruszają. I autobus, i motocykl. Jadą przez wiejskie polskie szosy, a on wygląda jak bohater amerykańskich filmów drogi albo nawet Belmondo. Choć z dziewczyną, jest samotnikiem w swoim świecie, w swoich myślach — tak bardzo innym od hedonistów z autobusu. Choć nie jest przystojny ani charyzmatyczny jak wspomniany Belmondo czy Dean, lubimy go w tym oderwaniu od bezmyślnej masy.

Nie jest — jak w klasykach buntu — gangsterem ani rewolucjonistą. Mieszka w kraju, który dopiero co rewolucja zrujnowała. Ma swoją codzienność, dziewczynę i ukochany motocykl. Jest jakoś od tamtych prawdziwszy, bliższy życiu, a jego odrębność wydaje mi się tym bardziej pociągająca.

I wtedy właśnie mamy zwrot akcji. Para na motocyklu orientuje się, że oderwała się część ich bagażu i spadła na drogę. Dziewczyna nalega, by wrócili i odzyskali namiot, który był tam przyczepiony. Chłopak, niechętny, zawraca. Okazuje się, że zagubiony namiot jest teraz w rękach wulgarnej wycieczki. Domagają się pieniędzy, a widząc, że motocyklowa para nie ma grosza przy duszy, proponują, że dziewczyna może pojechać z nimi.

Ona beznamiętnie patrzy na swojego chłopaka, zła już zapewne, że jest jakimś zaledwie dodatkiem do motocykla, i mówi: dobrze. Wsiada.

To powoduje reakcję chłopaka. Oddaje namiot i odbiera dziewczynę z rąk wycieczkowiczów. Ona osiągnęła swoje, zainteresowanie chłopaka.

Ta historia jest tak prosta i oszczędna, rozpięta na piętnastu minutach, a ma niemal wszystkie elementy tak istotne w opowieściach tamtego czasu: mężczyznę na motorze, kobietę u jego boku, bezmyślny tłum. A jednak jest inna od nich wszystkich. Inaczej niż u Godarda nasz bohater wychodzi poza swój świat, poza swój kodeks, i dokonuje wyboru, jakiego nigdy nie dokonał bohater „Do utraty tchu”. On faktycznie wychodzi poza swój męski narcyzm i bierze dziewczynę za rękę. Ona z kolei nie jest jak bohaterka Agnès Vardy i dzięki prostemu blefowi osiąga to, czego Cléo z filmu „Cléo de 5 à 7” nie osiągnęła.

Po to kino warto sięgać, bo znalazło ono prawdę, która w Nowej Fali nie zawsze mogła się przebić przez ideologiczny i polityczny sztafaż.

Bo ci bohaterowie już przeszli rewolucję. Teraz próbują odnaleźć się w życiu.

Być może więc prawdziwy przełom nie polega na tym, że bohater buntuje się przeciw światu, lecz na tym, że potrafi z niego wyjść — choćby na chwilę — bez ironii i bez pozy. Bohater Kieślowskiego nie demaskuje społeczeństwa, nie flirtuje z nihilizmem, nie celebruje własnej wolności. Robi coś znacznie trudniejszego: bierze odpowiedzialność za drugiego człowieka. Tam, gdzie kino Nowej Fali uczyniło z rewolucji styl życia, on pokazuje jej konsekwencje.

Tekst pierwotnie został opublikowany na łamach „Wszystko co Najważniejsze” [LINK]. Przedruk za zgodą redakcji.

Zdjęcie autora: Margot ROUSSEAU

Margot ROUSSEAU

Filozof i historyk kina. Żyje między Paryżem a Aix-en-Provance. Swoje przemyślenia publikuje na Instagramie, tworząc unikalny esej wizualny. Autorka Cinema Margot.

SUBSKRYBUJ „GAZETĘ NA NIEDZIELĘ” Oferta ograniczona: subskrypcja bezpłatna do 31.03.2026.

Strona wykorzystuje pliki cookie w celach użytkowych oraz do monitorowania ruchu. Przeczytaj regulamin serwisu.

Zgadzam się