„Ktoś całkiem obcy”. Film ważniejszy niż dobry
„Ktoś całkiem obcy” jest jednym z tych filmów, o których trudno powiedzieć po prostu, że są dobre albo złe bo jego temat jest zbyt poważny, by sprowadzać go do zwykłej oceny warsztatowej, a jednocześnie sama waga opowiadanej historii nie wystarcza, by stworzyć wielkie kino. Film Brandta Andersena momentami porusza, w kilku scenach rzeczywiście wstrząsa, ale jako całość pozostawia poczucie pewnego niedosytu. Ratuje go przede wszystkim Omar Sy, znany aktor, którego nie da się nazwać inaczej, niż wybitnie utalentowanym.
Francuski aktor bowiem po raz kolejny pokazuje, że należy do najciekawszych postaci swojego pokolenia. Ma niezwykłą umiejętność budowania postaci bez przesady, bez demonstracyjnego aktorstwa i bez potrzeby tłumaczenia widzowi każdej emocji. Wystarczy spojrzenie, kilka sekund milczenia, sposób poruszania się czy ton głosu. Sy dobrze wie, co robi przed kamerą. W „Ktoś całkiem obcy” jego obecność sprawia, że nawet tam, gdzie scenariusz staje się zbyt przewidywalny, a czasem nawet nazbyt intensywny, albo zbyt mocno chce prowadzić widza ku określonym emocjom, film odzyskuje wiarygodność. I właśnie ta wiarygodność jest tutaj najważniejsza. Bo historia opowiadana przez Andersena jest czymś więcej niż kolejnym filmem „o migracji”. To dramat ludzi żyjących po obu stronach Morza Śródziemnego; ludzi, którzy często nie wybierają pomiędzy dobrym i złym rozwiązaniem, lecz pomiędzy różnymi odmianami nieszczęścia.
Łatwo jest bowiem mówić o kryzysie migracyjnym językiem statystyk. Liczbą przybywających, zatrzymanych, zawróconych, uratowanych albo tych, którzy zginęli na morzu. Polityka przecież potrzebuje takich kategorii. Państwa muszą myśleć o granicach, bezpieczeństwie i konsekwencjach własnych decyzji. Problem zaczyna się jednak wtedy, kiedy za tym językiem całkowicie znika człowiek. „Ktoś całkiem obcy” próbuje przywrócić mu twarz. Pokazuje świat, w którym decyzja o pozostawieniu domu nie jest przygodą ani nawet naprawdę decyzją. Czasami wszystko, co człowiek posiadał — miejsce, rodzinę, pracę, poczucie bezpieczeństwa, dotychczasową przyszłość — rozpada się wcześniej. Pozostaje jedynie wybór następnego kroku. I bardzo często jest to wybór pomiędzy pozostaniem w miejscu, w którym nie można już żyć, a podróżą, której można nie przeżyć.
Morze Śródziemne staje się w tym filmie czymś więcej niż przestrzenią geograficzną. Jest granicą pomiędzy światami, ale również przestrzenią moralną. Po jednej stronie znajduje się nadzieja, po drugiej strach. Pomiędzy nimi zaś ludzie, którzy próbują wykorzystać sytuację, ludzie, którzy próbują pomagać, ci, którzy wykonują rozkazy, oraz ci, którzy po prostu usiłują uratować siebie i swoich najbliższych. Najlepsze momenty filmu pojawiają się właśnie wtedy, kiedy twórcy przestają cokolwiek wyjaśniać. Kiedy zamiast opowiadać o dramacie, pozwalają go zobaczyć. Kilka scen ma w sobie siłę, której nie sposób łatwo zapomnieć, przede wszystkim dlatego, że dotykają sytuacji granicznych: momentów, w których człowiek musi poświęcić coś, czego nigdy nie powinien być zmuszony poświęcać. Gorzej jest wtedy, gdy „Ktoś całkiem obcy” zbyt mocno chce być filmem ważnym. Waga tematu zaczyna chwilami ciążyć samej opowieści. Nie wszystkie postaci zostają rozwinięte równie przekonująco, nie wszystkie historie mają tę samą temperaturę, a emocje bywają prowadzone zbyt jednoznacznie. Film miejscami zamiast pozwolić widzowi dojść do własnych wniosków, podpowiada mu, co powinien czuć i jak widzieć rzeczywistość. I dlatego trudno uznać go za film wielki, ale można uznać go za film potrzebny. To istotne rozróżnienie.
Kino nie zawsze musi zachwycać, aby pozostawiać po sobie ważne pytania. „Ktoś całkiem obcy” przypomina, że za jednym z największych sporów politycznych współczesnej Europy znajdują się historie pojedynczych ludzi. Można spierać się o migrację, granice, odpowiedzialność państw czy politykę azylową — i trzeba to robić. Nie można jednak przy tym zapomnieć, że po drugiej stronie tych debat znajduje się człowiek, czasem zaś człowiek, który rzeczywiście nie ma już dobrego wyboru. Omar Sy sprawia, że o tym człowieku pamiętamy także wtedy, kiedy sam film nie zawsze potrafi udźwignąć ciężar historii, którą chce opowiedzieć. I być może właśnie dlatego warto „Kogoś całkiem obcego” zobaczyć. Nie dlatego, że jest to film bezbłędny. Przeciwnie. Jest nierówny, chwilami zbyt oczywisty i zapewne nie pozostanie w historii kina jako wielkie dzieło. Pozostają jednak po nim obrazy. Pozostają ludzie. Pozostaje Morze Śródziemne, ten wielki błękit który rozciąga się na horyzoncie a czasem potrafi rozbujać się tak, że trudno znaleźć w nim jakiekolwiek ukojenie; morze, które dla jednych oznacza wakacje, światło i błękit wody, a dla innych jest drogą pomiędzy życiem a śmiercią. I pozostaje pytanie o to, jak łatwo ktoś, kogo nazywamy „obcym”, przestaje być obcy, kiedy tylko poznamy jego historię. I może to jest najważniejsza wartość tego filmu, że przywraca bliskość i patrzenie na drugiego człowieka.
Michał Kłosowski
