e-riksze

Luka w tanich bateriach z Bluetoothem pozwala zdalnie wyłączać indyjskie e-riksze

Zdalne unieruchomienie e-rikszy w Indiach zaczyna się od jednego dotknięcia telefonu. Prawdziwym problemem nie są chińskie aplikacje, lecz tanie baterie z Bluetoothem, które trafiają do użytkownika bez hasła.

W piątek 3 lipca indyjskie ministerstwo elektroniki i technologii informacyjnych poinformowało o usunięciu z sklepów z aplikacjami programów, które według doniesień pozwalały zdalnie wyłączać e-riksze. Sekretarz resortu S. Krishnan potwierdził na szczycie cyberbezpieczeństwa, że „kilka aplikacji” zdjęto ze sklepów. Lokalne media wskazały co najmniej dwie o chińskim rodowodzie, BAT-BMS i Epoch Li-ion, a część źródeł wymienia też Lossigy. Sprawa wybuchła po tym, jak w sieci rozeszły się nagrania, na których ludzie podchodzą do e-rikszy na ruchliwej ulicy, łączą się z jej baterią przez Bluetooth i jednym przełącznikiem odcinają zasilanie silnika.

Nie aplikacja jest luką, lecz brak hasła

Sedno problemu leży głębiej niż w samych programach, i to jest najważniejsze, co trzeba w tej historii zrozumieć. Wiele tanich e-rikszy korzysta z chińskich systemów zarządzania baterią z Bluetooth, które nie mają zabezpieczeń. Bardzo często riksze nie posiadają hasła albo działają na fabrycznych, domyślnych danych logowania. Aplikacje takie jak BAT-BMS zaprojektowano do rzeczy niewinnej, do podglądania napięcia, temperatury i kondycji ogniw. Problem w tym, że mają też funkcję rozładowania, która natychmiast odcina prąd. Gdy bateria nie jest zabezpieczona hasłem, każdy w zasięgu baterii może się z nią połączyć i tę funkcję uruchomić. Usunięcie aplikacji jest więc gaszeniem objawu. Sama podatność, czyli niezabezpieczone baterie, zostaje w tysiącach pojazdów na ulicach.

Dotyczy to wyłącznie e-rikszy z bateriami litowo-jonowymi wyposażonymi w Bluetooth. Starsze pojazdy na akumulatorach kwasowo-ołowiowych, pozbawione łączności bezprzewodowej, są bezpieczne. Eksperci wskazują prostą pierwszą linię obrony, czyli zmianę domyślnego hasła baterii przy montażu. To zdanie brzmi banalnie, a oddaje istotę całej sprawy, bo tania elektronika masowa notorycznie trafia do użytkownika z zabezpieczeniami wyłączonymi lub ustawionymi fabrycznie, których nikt nigdy nie zmienia.

Żart, który grozi poważnym wypadkiem

To, co dla jednych jest internetowym żartem, dla innych jest utratą zarobku i realnym niebezpieczeństwem. Kierowca z Nowego Delhi opowiedział AFP, że po unieruchomieniu pojazdu musiał w upale pchać go samotnie przez sześć czy siedem kilometrów do serwisu, a pasażerowie odmówili zapłaty za kurs. W innych relacjach pojawia się motyw jeszcze groźniejszy: ktoś blokuje baterię przez aplikację i żąda pieniędzy za jej odblokowanie, co z żartu czyni wymuszenie. Najpoważniejsze jest jednak ryzyko fizyczne. Riksza, która gaśnie nagle na środku ruchliwej drogi, staje się przeszkodą, w którą z tyłu może wjechać rozpędzony pojazd.

Historia jest miniaturą znacznie większego problemu, który dopiero nadchodzi. Świat zapełnia się tanimi, połączonymi z siecią urządzeniami, w których wygoda zdalnej kontroli wyprzedziła elementarne bezpieczeństwo. E-riksza to dziś, jutro będzie to hulajnoga, zamek w drzwiach, licznik energii albo sprzęt medyczny. Wszędzie tam obowiązuje ta sama, niewygodna prawda. Funkcja, którą można zdalnie włączyć bez hasła, jest funkcją, którą ktoś obcy może zdalnie włączyć przeciw tobie. Indyjski rząd usunął aplikacje w kilka dni, i słusznie. Prawdziwym rozwiązaniem nie jest jednak ściganie kolejnych programów, a odpowiednie dostosowanie nowych urządzeń wchodzących na rynek z dostosowanymi odpowiednio ustawieniami fabrycznymi.

Szymon Ślubowski

SUBSKRYBUJ „GAZETĘ NA NIEDZIELĘ” Oferta ograniczona: subskrypcja bezpłatna do 31.12.2026.

Strona wykorzystuje pliki cookie w celach użytkowych oraz do monitorowania ruchu. Przeczytaj regulamin serwisu.

Zgadzam się