Malarz, który nie chciał być nowoczesny. Kim był Balthasar Klossowski?
W historii sztuki XX wieku niewielu jest artystów tak konsekwentnie idących pod prąd jak Balthasar Klossowski de Rola, znany światu jako Balthus. Urodzony 29 lutego 1908 roku w Paryżu, zmarły 18 lutego 2001 roku w szwajcarskim Rossinière, był figurą kulturowego oporu wobec nowoczesności, artystą „niewygodnym”, niepokojącym, niejednoznacznym i przez to właśnie tak istotnym a może i właśnie dlatego, tak mało poza Francją znanym.
Kim był Balthasar Klossowski?
Bo przecież w epoce awangard, manifestów, rewolucji formalnych i ideologicznych deklaracji Balthus zachowywał się jak ktoś, kto pomylił stulecia, niemalże jak jedna z postaci filmu Wodnego Allena’a „O Północy w Paryżu”. Gdy sztuka uciekała w abstrakcję, konceptualizm, dekonstrukcję formy i sensu, on malował figuratywnie, a kiedy modernizm niszczył tradycję, on ją afirmował tak, jakby żył w lustrzanym odbiciu otaczającego go świata. Ktoś powie przecież, że przez wieki artyści budowali swoją tożsamość na buncie, a on wybrał budowanie jej na ciągłości.
Nie był jednak klasycystą w naiwnym sensie; to nie Zbigniew Herbert. Kiedy spojrzy się na jego malarstwo widać jasno, że nie jest bezpieczną rekonstrukcją dawnych form. To świat napięcia: między niewinnością a erotyzmem, sacrum a profanum, dzieciństwem a dorosłością, spokojem a niepokojem, wczoraj a dziś-juto. Jego najsłynniejsze obrazy, te wszystkie przedstawienia dziewcząt, młodych kobiet, scen domowych, są oczywiście oskarżane o prowokację, estetyzację niedojrzałości, przekraczanie granic etycznych. I nie bez powodu wywołują kontrowersje. Taki był ich zamysł.
Ale Balthus nie jest malarzem skandalu — jest malarzem tajemnicy.
Krytyka ma łatwo w obecnym świecie. Wszystko da się zdekonstruować, czy zepchnąć do jednego mianownika, być „za” albo „przeciw”. A tu przed nami staje artysta, który nie daje się łatwo zamknąć w języku tej współczesnej krytyki. Nie mieści się w kategoriach „ofensywny” – „postępowy” – „reakcyjny”. Nie chce też być „interpretowany społecznie”, tak jak by żył w swoim własnym świecie, który to świat nie jest manifestem, lecz ikoną. Obrazem, który nie tłumaczy się do końca, milczy bardziej, niż mówi. I w tym tkwi jego piękno, jego siłą.
Balthus nie malował problemów politycznych, nie opowiadał o systemach, nie tworzył narracji ideologicznych a malował stan istnienia takim, jakim on jest. Ciszę wnętrz. Zatrzymanie czasu. Cielesność bez wulgarności, zmysłowość bez pornografii, erotykę bez dosłowności. Jego świat jest gęsty metafizycznie tak znowu, jakby wszystko działo się „przed słowem” i „po słowie”. Ale zawsze z centralną jego rolą.
Biografia artysty, o polsko-brzmiącym nazwisku „Klossowski” to znowu, osobna opowieść. Ta biografia tylko pogłębia twórczą niejednoznaczność: polsko-niemiecko-żydowskie korzenie, arystokratyczny styl życia, przyjaźnie z gigantami kultury XX wieku, dyplomatyczna funkcja w Rzymie jako dyrektor Akademii Francuskiej w słynnej Villa Medici, a jednocześnie życie na uboczu, w szwajcarskiej wiosce Rossinière, w wielkim, niemal klasztornym domu. Artysta jak z innej epoki, osobny, własny a mimo to światowy i dumny z tego wszystkiego, czym był.
Balthus świadomie jednak budował swój mit, inny jednak niż mit celebryty. To był raczej mit strażnika granicy: między nowoczesnością a tradycją, obrazem a ikoną, sztuką a sacrum, życiem w świecie a życiem dla świata. Sam mówił wprost, że nowoczesność go nie interesuje, a sztuka nie musi „iść do przodu”, tylko iść w głąb. Bardzo to było katolickie, przy całym jego niejednoznacznym pochodzeniu, takoż zaskakujące.
W świecie, w którym sztuka często bywa komentarzem do rzeczywistości, Balthus może być zaś przypomnieniem, że to wszystko, co mieści się pod słowem art może być także kontemplacją bytu. Nie diagnozą, lecz obecnością, analizą i tajemnicą jednocześnie.
I może dlatego malarz ten jest obecnie tak niewygodny. Bo nie daje się łatwo „odwołać” i nie pasuje do logiki cancel culture ani do prostych moralnych klasyfikacji, wojującej tej czy innej strony wojen kulturowych. Jego obrazy nie chcą być ani obroną, ani prowokacją; chcą być widzeniem. A może — po prostu chcą być?
Balthus więc, nawet po swojej śmierci pozostaje artystą granicznym: między światami, epokami, językami, tradycjami, kulturami… Artystą pogranicza i międzyświata, jakby skrojonym pod nasz XXI wiek. Polsko-niemiecko-żydowski z pochodzenia, francuski kulturowo, rzymsko-europejski duchowo. Nieprzynależny, osobny, samotny. Konsekwentny w byciu. I znów — może właśnie dlatego w XXI wieku jest coraz bardziej aktualny.
W epoce nadmiaru narracji, interpretacji i ideologii, Balthasar Klossowski de Rola przypomina coś fundamentalnego: że obraz nie musi krzyczeć, by być radykalny bo cisza może być formą sprzeciwu. Tradycja zaś – aktem odwagi. I może tej odwagi codzienności, opartej głęboko w kulturze starej, dobrej Europy warto szukać w jego obrazach.
Michał Kłosowski
