Internet. Więcej przyjaciół i mniej wspólnego świata
Największa obietnica internetu głosiła, że zwielokrotnienie kontaktów osłabi uprzedzenia, poszerzy horyzonty i uczyni debatę bardziej otwartą. Austriaccy badacze systemów złożonych przedstawiają odwrotny scenariusz: po osiągnięciu odpowiedniej gęstości sieć relacji zaczyna segregować uczestników, a polityczne różnice zamieniają się w granice między obozami. W wywiadzie udzielonym Atlantico Markus Hofer i prof. Stefan Thurner tłumaczą, dlaczego społeczeństwo może rozpaść się właśnie wtedy, gdy technicznie nigdy nie było ze sobą tak mocno związane.
Eksperyment przeprowadzony na modelu społeczeństwa
Nie jest to kolejna diagnoza oparta wyłącznie na obserwacji ostrych sporów w internecie. Hofer, doktorant Uniwersytetu Medycznego w Wiedniu i badacz Complexity Science Hub, specjalizuje się w statystycznym opisie układów złożonych oraz procesach zachodzących poza stanem równowagi, wcześniej analizował między innymi przemiany fazowe w modelach ekosystemów. Thurner, prezes tego samego centrum, profesor wiedeńskiej uczelni medycznej i wykładowca zewnętrzny Santa Fe Institute, łączy fizykę teoretyczną z ekonomią, a teorię sieci wykorzystuje do badania finansów, ochrony zdrowia, łańcuchów dostaw i zachowań zbiorowych.
Ich artykuł, przygotowany razem z Janem Korbelem i opublikowany w czasopiśmie „Proceedings of the National Academy of Sciences”, zestawia wieloletnie szeregi danych z modelem matematycznym. Pomiar zmian poglądów został oparty na ponad 27 tys. ankiet Pew Research Center, natomiast informacje o bliskich znajomościach pochodzą z trzydziestu badań przeprowadzonych wśród przeszło 57 tys. mieszkańców Europy i Stanów Zjednoczonych. Dzięki temu autorzy nie ograniczają się do stwierdzenia, że podziały wzrosły, ale proponują regułę, która może tłumaczyć tempo i moment tej zmiany.
W danych następują po sobie dwa skoki. Przeciętna liczba osób uznawanych za bliskie wzrosła w długim okresie z mniej więcej dwóch do ponad czterech, a między 2008 i 2010 rokiem jednocześnie wyraźnie przyspieszyła polaryzacja polityczna. Był to czas, w którym telefon z dostępem do sieci przestał być luksusem, Facebook otworzył się na masową publiczność, a cyfrowe platformy stały się codziennym pośrednikiem w podtrzymywaniu znajomości.
Możliwość wymiany człowieka zmniejsza cenę nietolerancji
Model nie zakłada, że użytkownik internetu staje się radykałem po przeczytaniu pojedynczego wpisu. Przyjmuje znacznie prostszą regułę: przyjazne stosunki są łatwiejsze, gdy poglądy pozostają podobne, natomiast relacje antagonistyczne nie wymagają ideowej zgodności. Uczestnicy mogą korygować zarówno własne stanowisko, jak i znak więzi łączącej ich z innymi, dlatego wraz ze wzrostem liczby możliwych kontaktów łatwiej rezygnują z relacji powodujących napięcie.
„Jeżeli wszyscy tak postępują, społeczeństwo reorganizuje się i dzieli na bańki, na obozy przeciwstawiające się sobie nawzajem. Więcej połączeń oznacza paradoksalnie wyraźniejsze podziały” — stwierdzają Hofer i Thurner na łamach Atlantico. W tej perspektywie obfitość znajomości zachowuje się podobnie jak rozbudowany rynek: większy wybór nie zobowiązuje do trudnego kompromisu, lecz pozwala szybko znaleźć środowisko lepiej odpowiadające własnym przekonaniom.
Kiedy podobna selekcja obejmuje całą populację, lokalne decyzje tworzą makroskopowy rezultat, którego nikt nie musiał wcześniej zaplanować. Pozostaje mniej dużych bloków, ich członkowie silniej zgadzają się między sobą, natomiast więzi prowadzące na zewnątrz stają się rzadkie, chłodne albo otwarcie nieprzyjazne. To odróżnia fragmentację od zwykłego pluralizmu, w którym istnieją odmienne stanowiska, lecz zachowane zostają kanały wymiany argumentów i wspólne reguły rozstrzygania konfliktów.
Radykalny margines może stać się rusztowaniem debaty
Autorzy sprawdzili również, jak sieć reaguje na pojawienie się niewielkiej grupy aktorów, którzy nie aktualizują przekonań bez względu na otrzymywane sygnały. W symulacji wystarczył dwuprocentowy udział takich skrajnych i „zamrożonych” stanowisk, aby przebieg polaryzacji uległ fundamentalnej zmianie. Nieustępliwi uczestnicy zachowują się jak centra kondensacji, wokół których osoby bardziej podatne na wpływ układają się w ideologiczne skupiska.
„Milcząca większość podąża za zwykłą dynamiką społeczną, lecz skoordynowani ekstremiści narzucają opowieść” — oceniają badacze w odpowiedzi udzielonej francuskiemu portalowi. Liczby 2 proc. nie należy traktować jako sondażowego opisu którejkolwiek partii czy państwa, ponieważ jest parametrem określonego modelu, ujawnia jednak istotną asymetrię między większością gotową negocjować a mniejszością, dla której niezmienność stanowiska stanowi strategię.
Do tego mechanizmu platformy mogą dołożyć premię za widoczność. Choć rekomendacje algorytmiczne nie są osobną zmienną w przedstawionym równaniu, promowanie przekazów wywołujących silne reakcje powiększa zasięg skrajnych aktorów, a podsuwanie treści popularnych w kręgu znajomych pomaga domykać granice grup. Regulacja nastawiona wyłącznie na kasowanie pojedynczych komunikatów może zatem ominąć problem, jeśli nie zmieni zasad przydzielania uwagi i tworzenia nowych połączeń.
Dlaczego cyfrowy detoks nie przywróci politycznego centrum
Socjologiczny sens przemiany fazowej ujawnia się dopiero po przekroczeniu wartości krytycznej. Tak jak woda nie staje się po trochu lodem wraz z każdym minimalnym ochłodzeniem, tak rosnąca sieć przez pewien czas absorbuje kolejne więzi bez widocznej katastrofy, po czym jej organizacja szybko przybiera odmienną postać. Z obliczeń autorów wynika, że w przypadku bliskich znajomości graniczny obszar może przypadać na przedział między trzema i czterema osobami, chociaż dokładne położenie progu wymaga dalszych badań.
Jeszcze trudniejsza jest droga powrotna, ponieważ w modelu występuje histereza. Ograniczenie łączności do wartości, przy której pierwotnie pojawił się podział, nie usuwa ukształtowanych już obozów, trzeba zejść dużo niżej, aby odtworzyć wcześniejszy poziom spójności. Indywidualne wyłączenie aplikacji daje szansę na odpoczynek psychiczny, lecz bez masowej zmiany nie narusza struktury otoczenia, do którego użytkownik po przerwie wraca.
„Polaryzacja jest zjawiskiem zbiorowym. Doświadczenie jednej osoby może stać się lepsze, ale nie ma ono szans rozmontować podziału, który zdążył się utrwalić” — podkreślają rozmówcy Atlantico. Z ich analizy wynika pierwszeństwo zapobiegania: koszt niedopuszczenia do przekroczenia kolejnego punktu krytycznego jest mniejszy niż cena późniejszej przebudowy sieci społecznej.
Technologia wyznacza warunki, lecz nie unieważnia odpowiedzialności
Autorzy wymieniają dwa kierunki działania, wzrost tolerancji oraz spadek społecznej łączności, po czym przyznają, że szybkie zrealizowanie któregokolwiek z nich jest mało prawdopodobne. Bardziej praktyczne może być wzmacnianie pośredników utrzymujących kontakt między ideologicznymi środowiskami, rozwijanie edukacji przygotowującej do znoszenia różnicy i projektowanie systemów rekomendacji z uwzględnieniem spójności wspólnoty. Chodziłoby nie o wyciszenie niepopularnych głosów, ale o ochronę mostów, bez których spór demokratyczny przeobraża się w równoległe monologi.
Rozmowa dla Atlantico nie rozstrzyga, czy smartfon był główną przyczyną politycznego przełomu, a przedstawione korelacje nie wyłączają wpływu recesji, nierówności, migracji, kryzysu zaufania ani strategii partyjnych. Complexity Science Hub przedstawia technologię jako możliwy czynnik, który zmienił sposób organizowania relacji, nie jako jedyne źródło sporów istniejących długo przed internetem. Najważniejsze odkrycie dotyczy więc nie winy urządzenia, ale kruchości układu, który po nieznacznym przesunięciu jednego parametru może nagle utracić zdolność do rozmowy.
Sebastian Nizio
