Michel Onfray wszedł na pokład francuskiej potęgi
Michel Onfray obserwował na Morzu Egejskim nocne starty myśliwców Rafale i rozmawiał z kontradmirałem na pokładzie atomowego lotniskowca Charles de Gaulle. Swoją wizytę opisał dla „Journal du Dimanche” jako spotkanie z Francją zdolną do wspólnego działania, odpowiedzialności i obrony własnej suwerenności. Historia jednego rejsu mówi zarazem wiele o autorze, który przeszedł drogę od libertariańskiej lewicy do gaullistowskiego patriotyzmu, oraz o francuskich mediach, w których prawica przestała zajmować miejsce na marginesie.
We Francji wejście na pokład atomowego lotniskowca nie jest zwyczajnym punktem programu dla gościa zainteresowanego wojskiem. Charles de Gaulle pozostaje jednym z najważniejszych instrumentów francuskiej niezależności strategicznej, a zarazem ruchomym obrazem państwa, które nadal chce należeć do mocarstw. Kto otrzymuje możliwość przyjrzenia się jego działaniu z bliska, styka się nie tylko z marynarką wojenną, lecz także z najpilniej strzeżoną częścią republikańskiego imaginarium.
Tym razem na okręcie znalazł się Michel Onfray. Francuski filozof obserwował na Morzu Egejskim nocne lądowania i katapultowe starty myśliwców Rafale, zajrzał do wnętrza potężnej jednostki, spotkał się z oficerami i rozmawiał z kontradmirałem o wojnie, odpowiedzialności oraz Clausewitzu. Swoje wrażenia opisał 12 sierpnia 2026 roku specjalnie dla „Journal du Dimanche”. Powstał tekst niezwykły, bardziej przypominający poemat filozoficzny niż klasyczną korespondencję z pokładu okrętu.
Onfray widzi maszyny, płomienie z dysz, wzburzoną wodę i niemal całkowitą ciemność, ale naprawdę interesuje go coś innego. Pyta, co dzieje się z człowiekiem stojącym wobec sił tak wielkich, że jego jednostkowe istnienie wydaje się nagle nikłe. Dlatego sięga do kategorii wzniosłości, znanej od Pseudo-Longinosa i Kanta, oraz do „uczucia oceanicznego” Romaina Rollanda. Na pokładzie nowoczesnego okrętu doświadczenie dawniej wywoływane przez burzę, wodospad albo górską przepaść rodzi się pod wpływem techniki stworzonej przez ludzi.
Reportaż dla JDD kończy się czymś więcej niż zachwytem nad potęgą silników. Autor odkrywa na okręcie model wspólnoty, w której zadanie piekarza, lekarza, mechanika, pilota i dowódcy składa się na jedną całość. Widzi porządek, kompetencję, hierarchię i odpowiedzialność, których brakuje mu w życiu politycznym współczesnej Francji. Charles de Gaulle staje się w jego opowieści republiką działającą zgodnie z przeznaczeniem, a nie administracją zajętą wytwarzaniem procedur.
Właśnie dlatego ta historia wykracza poza osobiste przeżycie zaproszonego pisarza. Jeszcze niedawno obecność autora o tak wyrazistych poglądach na flagowym okręcie francuskiej floty wywołałaby zapewne więcej zdumienia niż dziś. Onfray, którego publiczne diagnozy spotykają się obecnie z życzliwym przyjęciem wśród konserwatystów i suwerenistów, został potraktowany z honorami należnymi ważnemu uczestnikowi francuskiego życia intelektualnego. Jest to jeden z obrazów pokazujących, że granice głównego nurtu we Francji przesunęły się w ostatnich latach bardzo wyraźnie.
Filozof który zaczynał po lewej stronie
Nazywanie Michela Onfraya po prostu „filozofem prawicy” jest wygodne, lecz prowadzi do zafałszowania jego biografii. Urodził się 1 stycznia 1959 roku w Argentan w Normandii, w rodzinie dalekiej od paryskiego świata akademickiego. Jego ojciec pracował na roli, matka była sprzątaczką. Część dzieciństwa spędził w katolickiej szkole z internatem prowadzonej przez salezjanów, którą po latach opisywał jako miejsce cierpienia i źródło swojego głębokiego antyklerykalizmu.
Studiował filozofię na Uniwersytecie w Caen, a następnie przez blisko dwie dekady uczył jej w szkole technicznej. Ten etap jest ważny dla zrozumienia jego późniejszej twórczości. Onfray nie budował pozycji jako profesor zajmujący się wąską specjalnością i przemawiający przede wszystkim do innych profesorów. Od początku próbował przekładać historię idei na język życia ludzi, którzy nie otrzymali zaproszenia do świata elit.
W 2002 roku odszedł z systemu edukacji i utworzył Uniwersytet Ludowy w Caen. Zajęcia były bezpłatne, otwarte i nie kończyły się uzyskaniem dyplomu. Chodziło o udostępnienie filozofii osobom pozostającym poza akademią oraz o przedstawienie innego rodowodu zachodniej myśli niż ten zdominowany przez Platona, chrześcijaństwo i idealizm. Wieloletnie wykłady Onfraya, emitowane również przez France Culture, złożyły się na monumentalną „Kontrhistorię filozofii”.
Własnej tradycji poszukiwał w materializmie, epikureizmie, cynizmie, hedonizmie, Nietzschem, Proudhonie i libertariańskim socjalizmie. Atakował religię, komunizm, kapitalizm liberalny, psychoanalizę Freuda oraz instytucje przyznające sobie monopol na prawomocną wiedzę. Jego „Traktat ateologiczny” stał się bestsellerem, „Zmierzch bożyszcza” wywołał międzynarodową dyskusję o Freudzie, a wcześniejsza „Rzeźba siebie” przyniosła mu w 1993 roku Nagrodę Médicis w dziedzinie eseju. Już w 2019 roku ukazała się jego setna książka.
Ten dorobek nie pasuje do stereotypowego portretu konserwatywnego myśliciela. Onfray nie dokonał prostego przejścia z lewicy na prawicę, nie przyjął też w całości programu żadnej partii. Zmieniły się przede wszystkim sprawy, które uznaje za najpilniejsze. Dawna nieufność wobec władzy połączyła się u niego z obroną narodu, krytyką europejskiej technokracji, sprzeciwem wobec progresywnej inżynierii społecznej oraz przekonaniem, że cywilizacja zachodnia przestała cenić własne dziedzictwo.
Momentem przełomowym okazał się spór o suwerenność. Filozof coraz ostrzej oceniał traktat z Maastricht, sposób pominięcia rezultatu francuskiego referendum z 2005 roku i oddawanie kolejnych kompetencji instytucjom ponadnarodowym. W 2020 roku wraz ze Stéphane’em Simonem powołał pismo „Front Populaire”, które samo przedstawia się jako medium suwerenistyczne. Nazwa odwołuje się do lewicowego Frontu Ludowego z lat trzydziestych, ale redakcja skupia dziś autorów pochodzących z różnych tradycji, których łączy prymat narodu i nieufność wobec elit.
Onfray pozostaje więc postacią kłopotliwą dla prostych klasyfikacji. Lewica pamięta jego ataki na Kościół, kapitalizm i akademickie hierarchie, ale odrzuca znaczną część jego nowszych ocen dotyczących migracji, integracji europejskiej, kultury i tożsamości. Prawica chętnie powołuje się na jego obronę Francji, krytykę Emmanuela Macrona i gaullistowską suwerenność, choć nie może zapomnieć o jego ateizmie, libertarianizmie i społecznych sympatiach. To właśnie ta niejednoznaczność czyni jego głos wpływowym daleko poza jednym obozem.
Michel Onfray czytany po polsku
W Polsce nazwisko Onfraya kojarzone bywa głównie z książkami o ateizmie albo krytyką Freuda. Taki obraz zatrzymał się jednak na wcześniejszym etapie jego twórczości i niewiele mówi o tym, czym zajmuje się dzisiaj. Najważniejszym polskim miejscem regularnie udostępniającym jego autorskie teksty stało się „Wszystko co Najważniejsze”, gdzie można przeczytać eseje pozwalające prześledzić przemianę filozofa od buntownika przeciw instytucjom do obrońcy suwerenności i ciągłości cywilizacyjnej.
W tekście „Państwo totalne, cywilizacja totalna” Onfray analizuje cyfrową kontrolę, transhumanizm i biowładzę. Jedna z jego najbardziej zwięzłych formuł brzmi: „wytwarzam dane, więc jestem”. To charakterystyczny dla niego sposób pisania. Wielką teorię potrafi sprowadzić do zdania, które działa jak intelektualny wytrych i prowokuje do ponownego przemyślenia zjawisk traktowanych wcześniej jako neutralny postęp technologiczny.
W eseju „Dlaczego przestałem chodzić na wybory?” punktem wyjścia stają się referenda europejskie oraz przekonanie autora, że decyzje obywateli są respektowane tylko wówczas, gdy odpowiadają oczekiwaniom elit. Jego osobisty finał jest bezkompromisowy: „Od tamtego czasu nie chodzę na wybory”. Nie jest to zachęta do bierności, lecz akt oskarżenia wobec systemu, który zdaniem filozofa zachował demokratyczne ceremonie, ograniczając rzeczywisty wpływ narodu.
Jeszcze inny ton pojawia się w tekście o żółtych kamizelkach. Onfray broni tam mieszkańców francuskiej prowincji przed moralnym potępieniem ze strony klas uprzywilejowanych i pisze: „Hitler nie był wytworem ludu, ale tych, którzy nim gardzą”. Można odrzucać ostrość takiej analogii, nie sposób jednak przeoczyć stałego motywu jego publicystyki: społecznego gniewu nie da się zrozumieć, jeżeli wcześniej nie zauważy się pogardy okazywanej słabszym przez tych, którzy zarządzają językiem debaty.
Te trzy fragmenty pokazują, dlaczego Onfray jest istotny także dla czytelnika w Polsce. Jego tematem nie jest wyłącznie Francja. Bada nową relację między technologią a władzą, pyta o granice integracji ponadnarodowej, opisuje rozejście się elit z klasami ludowymi i zastanawia się, czy naród może odzyskać polityczną podmiotowość. W wielu państwach europejskich są to pytania równie aktualne jak nad Sekwaną.
Nie należy przy tym mylić znaczenia autora z koniecznością akceptowania każdej jego tezy. Onfray pisze gwałtownie, lubi sądy maksymalne i często świadomie doprowadza argument do punktu, w którym wywołuje on sprzeciw. Jego wartość polega również na zdolności odsłaniania tematów, których część świata medialnego wolałaby nie podejmować. Jest autorem ważnym nie dlatego, że zawsze ma rację, lecz dlatego, że zmusza przeciwników do udzielenia poważniejszej odpowiedzi.
Journal du Dimanche po wielkim sporze
Nieprzypadkowe jest medium, dla którego powstała relacja z pokładu Charles’a de Gaulle’a. „Journal du Dimanche” przez dziesięciolecia pełnił we Francji funkcję niedzielnej gazety establishmentu. Ministrowie, liderzy partii i kandydaci do Pałacu Elizejskiego wybierali jego łamy, kiedy chcieli nadać wypowiedzi polityczną wagę przed rozpoczęciem nowego tygodnia. Publikacja w JDD oznaczała wejście do rozmowy prowadzonej w samym centrum Republiki.
W 2023 roku ten tytuł stał się polem jednej z najostrzejszych batalii medialnych ostatnich lat. Nominacja Geoffroya Lejeune’a, wcześniej kierującego prawicowym tygodnikiem „Valeurs Actuelles”, doprowadziła do czterdziestodniowego strajku redakcji. Wielu dziennikarzy odeszło, przekonanych, że gazeta zostanie przestawiona na linię ideową bliską radykalnej prawicy. Nowe kierownictwo nie wycofało się, a JDD zaczął budować inną publiczność i inny zestaw autorytetów.
Proces ten przebiega równolegle w telewizji, radiu i na rynku książki. CNews, Europe 1, JDD oraz kolejne przedsięwzięcia wydawnicze tworzą rozpoznawalny ekosystem kojarzony z kapitałowym otoczeniem Vincenta Bollorégo. Programy, komentatorzy i tematy krążą pomiędzy antenami, gazetami oraz mediami cyfrowymi. W rezultacie powstał silny obieg zdolny nie tylko reagować na przekaz tradycyjnych redakcji, lecz także samodzielnie określać przedmiot ogólnokrajowej rozmowy.
Liczby potwierdzają, że nie jest to zjawisko marginalne. W całym 2025 roku CNews uzyskała średnio 3,4 proc. udziału w widowni i po raz pierwszy zakończyła rok jako najchętniej oglądana telewizja informacyjna we Francji, wyprzedzając BFMTV. Europe 1 w okresie od kwietnia do czerwca 2025 roku docierała codziennie do ponad 2,5 miliona słuchaczy, notując kolejny wzrost. Nawet jeśli poszczególne miesięczne wyniki później się zmieniają, trwała okazała się obecność prawicowego języka w masowym obiegu.
Sukcesowi towarzyszy narastający konflikt o standardy informacji. W czerwcu 2026 roku regulator Arcom wezwał CNews do przestrzegania wymogów pluralizmu po postępowaniu zapoczątkowanym przez Reporterów bez Granic. Stacja odrzuciła ocenę regulatora i zapowiedziała odwołanie, przedstawiając sprawę jako spór o niezależność redakcyjną. Jednocześnie Arcom upominał również Radio France za niedostateczną reprezentację Zjednoczenia Narodowego, co pokazuje, że problem równowagi nie ogranicza się do jednego sektora mediów.
Francuska scena nie przeszła zatem od monopolu lewicy do monopolu prawicy. Stała się bardziej konkurencyjna, ale również bardziej spolaryzowana. Dawne redakcje zachowały ogromny wpływ, media publiczne pozostają silne, a „Le Monde”, France Inter, France Télévisions, „Libération”, „Le Figaro” czy BFMTV nadal współtworzą porządek informacyjny kraju. Nowość polega na tym, że środowiska konserwatywne i suwerenistyczne nie proszą już o dostęp do tego porządku, lecz dysponują własnymi kanałami produkowania prestiżu.
Dlaczego obraz z lotniskowca ma znaczenie
Wizyta Onfraya nie stanowi dowodu, że francuskie siły zbrojne opowiedziały się po którejkolwiek stronie sporu politycznego. Armia zaprasza na swoje jednostki ludzi mediów, ekspertów i twórców, ponieważ potrzebuje społecznego zrozumienia dla kosztów obronności, służby wojskowej i odstraszania nuklearnego. Nie ma podstaw, by z serdecznego przyjęcia filozofa wyprowadzać wniosek o politycznej deklaracji marynarki wojennej.
Znaczenie symboliczne nie wymaga jednak istnienia partyjnej intencji. Obraz Michela Onfraya rozmawiającego z kontradmirałem pod rozgwieżdżonym niebem pokazuje, że autor kojarzony z krytyką progresywnego konsensusu nie pozostaje już zamknięty w kontrkulturowej niszy. Może opisywać instytucję reprezentującą samo jądro państwowości i robić to językiem, który nie wstydzi się patriotyzmu, hierarchii, siły ani narodowej pamięci.
Szczególnie znamienne jest jego odwołanie do generała de Gaulle’a. Dawny Onfray buntował się przede wszystkim przeciw władzy, religii i instytucjom. Dzisiejszy potrafi odróżnić państwo podporządkowujące obywatela od państwa broniącego jego politycznej wolności. Na lotniskowcu odnajduje nie aparat dominacji, lecz wspólnotę służby, w której rozkaz ma ciężar, ponieważ wiąże się z odpowiedzialnością za życie innych.
Także tu ujawnia się szersza przemiana francuskiej debaty. Jeszcze kilka lat temu słowa o narodzie, cywilizacji, granicach i strategicznej autonomii bywały spychane w stronę publicystyki podejrzewanej o nostalgię. Dzisiaj weszły do języka kandydatów na prezydenta, debat telewizyjnych, książek i tygodników. Wojna w Europie, kryzys migracyjny, spór o przyszłość Unii oraz osłabienie zaufania do instytucji przywróciły wagę pojęciom, które miały już odejść do historii.
Przed wyborami prezydenckimi w 2027 roku walka o Francję będzie więc także walką o prawo do przedstawiania jej symboli. Jedni zobaczą w lotniskowcu narzędzie europejskiej obrony i wkład Paryża w bezpieczeństwo sojuszników. Inni odczytają go jako ostatnią materialną gwarancję narodowej niezależności. Dla Onfraya jest on przede wszystkim dowodem, że istnieje jeszcze Francja zdolna działać wspólnie, dochowywać wierności własnej historii i brać odpowiedzialność za swój los.
Tekst napisany dla „Journal du Dimanche” nie przesądzi o wyniku wyborów ani nie odmieni samodzielnie francuskiej kultury politycznej. Pozostanie jednak znakiem epoki, w której postacie przez lata traktowane jako zbyt ostre, zbyt suwerenistyczne albo zbyt niepokorne odzyskały dostęp do centralnych symboli Republiki. Nie chodzi wyłącznie o to, że Michel Onfray wszedł na pokład Charles’a de Gaulle’a. Ważniejsze jest to, że jego sposób mówienia o Francji również wszedł na pokład debaty głównego nurtu.
Arkadiusz Jordan
