Artur Ruciński z kolejnym artystycznym wyzwaniem - jego udział w operze „Trubadur”  w Opéra de Monte-Carlo potwierdza, że należy dziś do ścisłej czołówki światowych barytonów. O emocjach, kulisach pracy nad jedną z najbardziej wymagających oper Verdiego oraz o tym, co dziś znaczy dla niego scena operowa, rozmawiamy tuż przed premierą spektaklu. 

„Monako czeka na Artura Rucińskiego”

Artur RUCIŃSKI z kolejnym artystycznym wyzwaniem – jego udział w operze „Trubadur”  w Opéra de Monte-Carlo potwierdza, że należy dziś do ścisłej czołówki światowych barytonów. O emocjach, kulisach pracy nad jedną z najbardziej wymagających oper Verdiego oraz o tym, co dziś znaczy dla niego scena operowa, rozmawiamy tuż przed premierą spektaklu. 

Laura WIECZOREK: Co takiego jest w operze, że chce się ją oglądać, słuchać śpiewaków i podziwiać dzieła, które mają nawet po kilkaset lat?

Artur RUCIŃSKI: Opera jest jedną z najbardziej kompletnych form sztuki. Łączy muzykę, teatr, literaturę i ogromne emocje. Kiedy słuchamy dzieł takich kompozytorów jak G. Verdi czy G. Puccini, odkrywamy, że mimo upływu setek lat opowiadają one o sprawach absolutnie uniwersalnych o miłości, zazdrości, władzy, zdradzie, nadziei.

To historie o człowieku. A człowiek właściwie się nie zmienia. Dlatego publiczność wciąż odnajduje w tych dziełach własne emocje. Do tego dochodzi jeszcze niezwykła siła ludzkiego głosu, który w operze jest instrumentem zdolnym przekazać uczucia w sposób bezpośredni, niemal fizyczny.

Czy to właśnie spowodowało, że postanowił Pan śpiewać? Jak się odkrywa w sobie talent śpiewaka operowego?

Artur Ruciński: Droga do opery rzadko jest prostą decyzją podjętą w jednym momencie. W moim przypadku najpierw była muzyka i śpiewanie z potrzeby serca. Moi rodzice byli artystami zespołu folklorystycznego Mazowsze. To za ich przyczyną muzyka otaczała mnie od wczesnego dzieciństwa .Od dziecka więc śpiewałem piosenki folklorystyczne , oraz z repertuaru zagranicznego, które ten zespół miał w swoim repertuarze. Uwielbiłem słuchać jak moja mama je śpiewała w domu. Miałem świetną pamięć muzyczną i ze słuchu uczyłem się tego repertuaru. Najpierw śpiewałem dla znajomych i rodziny . Potem za sprawą tego, że moi rodzice mieli swój zespół folklorystyczny, zacząłem,  będąc już starszym chłopakiem występować z nimi. Postanowiłem że pójdę do szkoły muzycznej,  krótko grałem na skrzypcach, chodziłem trzy lata do szkoły muzycznej na Krasińskiego w Warszawie. Potem miałem krótki epizod w szkole baletowej w Warszawie.  Niestety przyszła mutacja, w okresie dojrzewania i głos się niejako skończył. Na jakiś czas . 

Następnie  w liceum, na  Miodowej, uczyłem się gry na oboju, jednak czułem że to jeszcze nie jest to co chcę robić w życiu.  Pomyślałem że spróbuję wrócić do śpiewu, myślałem przez chwilę żeby zdać na wydział jazzu do szkoły na Bednarskiej. Na moje szczęście spotkałem na swojej drodze pedagoga, wspaniałą śpiewaczkę operową, Bożenę Betlej , która po przesłuchaniu mnie, powiedziała że powinienem pomyśleć o śpiewie operowym, bo mam mocny i czysty głos i że jest w szkole na Bednarskiej świetny pedagog, Jerzy Knetig do którego powinienem spróbować się dostać do klasy. I tak, po zdaniu egzaminów wstępnych udało mi się zrealizować ten cel i zacząłem naukę u Pana profesora Knetiga. Potem studiowałem u niego w klasie na uniwersytecie muzycznym w Warszawie. Pod koniec studiów uczyłem się prywatnie u Kałudi Kałudowa, bułgarskiego tenora, który przekazał mi bardzo wiele ze swojej wiedzy. Wykorzystując to czego się nauczyłem i rozbudowując już potem sam swoje umiejętności, stało się dla mnie jasne że to jest moja pasja i to właśnie chce robić do końca życia .

Talent śpiewaka operowego odkrywa się stopniowo. Najpierw ktoś musi zauważyć w młodym człowieku potencjał głosowy, potem przychodzi bardzo długa praca techniczna. Opera to nie tylko piękny głos to również ogromna dyscyplina, wytrzymałość i ciągłe rozwijanie warsztatu.

Śpiewa Pan na największych scenach operowych świata. Tym razem zawitał pan do Monte-Carlo, opera „Trubadur”. Jak wyglądają próby do spektaklu?

Artur Ruciński: Przygotowanie premiery operowej to proces, który trwa kilka tygodni i jest bardzo intensywny. Najpierw mamy próby muzyczne z dyrygentem i pianistą , tam pracujemy nad detalami partytury, Trubadura w tym przypadku. 

Potem zaczynają się próby sceniczne z reżyserem, gdzie budujemy relacje między postaciami i dramaturgię spektaklu. Na końcu dochodzą orkiestra, kostiumy, światła  i dopiero wtedy przedstawienie zaczyna żyć pełnią życia.

To zawsze jest praca zespołowa, dyrygent, reżyser, orkiestra, chór i soliści tworzą jeden organizm.

Tym razem wciela się pan w czarny charakter. Takie postaci dają większe pole do popisu dla artysty?

Artur Ruciński: Często tak bywa. Postaci o ciemniejszym charakterze są bardzo interesujące dramatycznie, bo mają w sobie wiele sprzeczności. W operze Verdiego hrabia Luna to człowiek targany ogromną namiętnością, zazdrością i obsesją.

Dla śpiewaka to wielka przyjemność, bo można pokazać bardzo szeroką paletę emocji. Publiczność lubi bohaterów niejednoznacznych takich, którzy mają w sobie zarówno siłę, jak i słabość.

Sala operowa w Monako jest mniejsza niż sceny w Nowym Jorku czy Mediolanie. To ma jakiś wpływ na Pana wykonanie?

Artur Ruciński: Każdy teatr ma swoją akustykę i atmosferę. W mniejszej sali, takiej jak w Opera de Monte Carlo, kontakt z publicznością jest bardzo bezpośredni.

Śpiewak musi oczywiście dostosować się do przestrzeni, ale technika operowa polega na tym, żeby głos był naturalny i swobodny niezależnie od wielkości teatru , czy to w Metropolitan Opera w NY czy w Covent Garden w Londynie czy też w Teatro Real w Madrycie..

Ostatnio jest głośno po słowach aktora Timothée Chalameta. Pan jest w świecie operowym od ponad 30 lat i śpiewa na całym globie. Czy operą nikt się już nie interesuje?

Artur Ruciński: Nie zgadzam się z takim stwierdzeniem. Opera oczywiście nie jest sztuką masową w takim sensie jak kino czy popkultura, ale ma swoją bardzo wierną publiczność na całym świecie.

Wystarczy spojrzeć na pełne sale w największych teatrach czy na transmisje spektakli do kin. To pokazuje, że ludzie wciąż potrzebują sztuki, która jest głęboka i prawdziwa. Opera przetrwała kilkaset lat, od czasów Monteverdiego aż do dziś i jestem przekonany, że będzie żyła dalej, bo opowiada o tym, co w człowieku najważniejsze.

Rozmawiała Laura Wieczorek

SUBSKRYBUJ „GAZETĘ NA NIEDZIELĘ” Oferta ograniczona: subskrypcja bezpłatna do 31.07.2026.

Strona wykorzystuje pliki cookie w celach użytkowych oraz do monitorowania ruchu. Przeczytaj regulamin serwisu.

Zgadzam się