Najemnicy z Ameryki Południowej w służbie Rosji. W jaki sposób Moskwa rekrutuje kolejnych obcokrajowców
Rosyjska armia, zmagająca się z coraz większymi stratami, robi wszystko, żeby pozyskać nowych żołnierzy. Północno-koreańskie wojsko przyszło pierwsze, po nim pojawili się najemnicy z Afryki, a teraz niezależne media alarmują, że na froncie walczy coraz więcej ludzi z Ameryki Południowej. Wielu zostało oszukanych.
Według danych ukraińskiego wywiadu, na które powołują się autorzy raportu, w rosyjskich szeregach walczy dziś około 18 tysięcy cudzoziemców. Między wrześniem 2025 roku a lutym 2026 roku liczba zagranicznych rekrutów miała wzrosnąć o ponad 30 proc. To nie wygląda już na doraźne uzupełnianie braków. Raczej na świadomą próbę zbudowania szerszego zaplecza ludzkiego dla wojny, która miała być krótka, a dawno zamieniła się w długie wyniszczanie.
Moskwa od dłuższego czasu ułatwia drogę cudzoziemcom do własnej armii. Dla szatbu głównego ważne były szybkie formalności, łatwiejsza ścieżka do rosyjskiego obywatelstwa i przede wszystkim pieniądze. W grę wchodziły miesięczne wynagrodzenia od około 3 tysięcy euro i wysokie premie za podpisanie kontraktu. Dla wielu ludzi z biedniejszych krajów albo z miejsc, gdzie trudno o stabilną pracę, to była oferta trudna do odrzucenia. Mało kto wiedział zapewne, że za obietnicą zarobku często krył się najniebezpieczniejszy odcinek frontu.
Z raportu wynika, że po Azji Centralnej i Afryce, Rosja skupiła się na Ameryce Łacińskiej. W doniesieniach najczęściej pojawia się Kuba i Kolumbia, ale autorzy odnotowują też pojedyncze przypadki z Argentyny i Brazylii. Kuba ma być największym źródłem ludzi dla rosyjskiej armii w regionie. Ukraińskie szacunki mówią nawet o 20 tysiącach Kubańczyków, którzy podpisali kontrakty z rosyjskim wojskiem. Tych danych nie da się niezależnie potwierdzić, ale sam kierunek jest wyraźny: Kreml szuka nowych ludzi tam, gdzie łatwo sprzedać obietnicę wyjazdu i zarobku.
Te mechanizmy widać także na przykładzie Peru. Tamtejsza prokuratura wszczęła śledztwo w sprawie siatki, która miała werbować obywateli przez fałszywe oferty pracy w Rosji.
Ludziom obiecywano zajęcie w ochronie i pensje o wysokości 2–3 tys. dolarów miesięcznie. Na miejscu mieli jednak trafiać nie do pracy cywilnej, ale do rosyjskiej armii i na front w Ukrainie. Peruwiańscy śledczy badają to jako możliwy handel ludźmi. Według prawnika reprezentującego rodziny poszkodowanych od października w ten sposób mogło zostać zwerbowanych około 600 osób, a 13 Peruwiańczyków już zginęło. Co ważne, rosyjska ambasada w Limie sama przyznała, że obywatele Peru podpisywali kontrakty z rosyjskimi siłami zbrojnymi.
Wielu cudzoziemców trafia do oddziałów szturmowych, często bez porządnego przygotowania. Autorzy raportu piszą wprost o wysyłaniu ich do najbardziej ryzykownych zadań, gdzie mają po prostu zasypać braki kadrowe. Według przytoczonych w opracowaniu danych przeciętny kubański rekrut może przeżyć na froncie około 150 dni. W samym 2026 roku nawet jeden na pięciu zagranicznych bojowników miał zginąć, a niemal połowa tych śmierci przypadała na pierwsze cztery miesiące od wysłania na front.
Niestety, Ameryka Łacińska jest tylko częścią większej całości. Ukraińskie szacunki mówią również o ponad 1780 obywatelach z 36 krajów afrykańskich walczących po stronie Rosji. Do tego dochodzą żołnierze z Korei Północnej, których liczebność ocenia się na kilkanaście tysięcy. Rosyjska wojna coraz mniej przypomina konflikt toczony wyłącznie przez własne państwo i własne społeczeństwo. Coraz bardziej opiera się na zewnętrznym zasilaniu ludźmi.
Wojciech T. Madeja
