“Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej”, intrygujący koncept i rozczarowujące wykonanie

Reżyserskie debiuty nieczęsto trafiają do szerokiej publiczności w takim stopniu, jak udało się to filmowi “Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej”. Produkcja Emi Buchwald otrzymała nagrodę za reżyserie na festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni, a sprawnie zmontowane zapowiedzi i materiały fragmenty na platformach TikTok i Instragram wydawały się spełniać swoje zadanie. “Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej” trafił do większości kin w Polsce, ale czy jest to film warty obejrzenia?

Niewątpliwą zaletą tej produkcji jest jej szczerość i intymności. Filmowi Emi Buchwald nie da się rzucić pustego, sztucznego artyzmu wielu filmów z szeroko pojętego “kina niezależnego”. “Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej” jest dziełem szczerym, uważnym portretem młodych dorosłych w największym mieście Polski.

Mieszkania, wachające się między chaosem, minimalizmem i przytulnością, nieokreślone, przegadane albo za mało określone relacje romantczne i dorywcze prace w modnych kawiarniach – dla wielu młodych tak właśnie wygląda stołecznie życie. Reżyserka filmu “Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej” unika sztuczności, w którą wpada wielu reżyserów, którzy nieskutecznie próbują odtworzyć współeczesną młodość. Niezręczność przesadzonych dialogów, nierealistycznych stylów życia czy miejsc zamieszkania rzuca się w oczy przy tak wielu innych produkcjach, że realizm jest niewątpliwie ogromnym plusem debiutu Emi Buchwald. 

Bohaterowie jej filmu – czasem dysfunkcyjne, czasem czułe – rodzeństwo, mówią i zachowują się tak, jak osoby które każdy z nas mógłby spotkać na ulicach każdego z dużych polskich miast. W podobny sposób należy docenić sposób przedstawienia samego miasta w filmie “Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej”. Warszawa nie jest tu bezpłciowym, dziwnie zachodnim, ogólnie-europejskim bezimiennym miastem rodem z produkcji Netflixa, które gdyby nie parę obowiązkowych kadrów na Pałac Kultury i Nauki czy Wisłę, nie wygląda jak żadne konkretne miejsce. Nie, Warszawa jest w tym filmie zdecydowanie sobą, pełną remontów, mieszkań pamiętajacych początki Polski Ludowej czy idyllicznych lasów i wiosek wokół aglomeracji.

Niestety, mimo, że wiele aspektów tego filmów zasługuje na pochwałe, sama fabuła i scenariusz wydają się ciągnąć ten film do dołu. “Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej” jest opowieścią epizodyczną, składającą się z wielu drobniejszych scen, i ta epizodyczność jest w ocenie autora tego artykułu słabą stroną tego filmu. 

Początek historii, wprowadzający wątek tytułowych duchów w mieszkaniu oraz zapoznający widza z niepokojem dotyczącego (chwilowo) zaginionego brata jest naprawdę intrygujący. Niestety, ten reżyserki debiut bardzo szybko porzuca narracyjne haki mogące przyciągnąć widza na dłużej, przekształcając się w cykl mniejszych scen i wątków. Co gorsza, ich poziom jest zaskakująco nierówny.

Niektóre z nich poruszające i dobrze zagrane, są wyjątkowo umiejętnym spojrzeniem na relacje czwórki rodzeństwa i ich życia w metropolii drugiego dzięsieciolecia XXI wieku, podczas gdy w innych niezgrabna gra aktorska wytrąca widza z imersji, a momentami (niestety) wręcz bawi. 

Brak wyraźniejszej struktury nie musi być wadą, bo w końcu nie każdy film musi być przecież klasyczną opowieścią z dokładnie nakreśloną fabułą przez duże F, ale “Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej” zbyt często wydaje się być tylko przyjemnym dla oka i ucha nieładem. Nie pomaga także bardzo nierówna gra aktorska, bo niektóre role zapadają w pamięć (zwłaszcza fenomenalna Izabella Dudziak), podczas gdy inne momentami wytrącają z imersji. 

“Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej” wydaje się być rozczarowujący nie wykorzystaniem potencjału i talentu, zarówno aktorów jak i samej reżyser.

Maciej Bzura

SUBSKRYBUJ „GAZETĘ NA NIEDZIELĘ” Oferta ograniczona: subskrypcja bezpłatna do 31.07.2026.

Strona wykorzystuje pliki cookie w celach użytkowych oraz do monitorowania ruchu. Przeczytaj regulamin serwisu.

Zgadzam się