Obywatelskie nieposłuszeństwo po zwycięstwie Marine Le Pen coraz mocniej dzieli Francję
Część francuskiej lewicy przygotowuje się już na możliwość zwycięstwa Marine Le Pen. Marine Tondelier zapowiada udział w obywatelskim nieposłuszeństwie, Mathilde Panot mówi o wszystkich koniecznych formach oporu, Rokhaya Diallo dopuszcza ukrywanie nielegalnych migrantów, a Sophie Binet porównuje pierwszeństwo narodowe do apartheidu. Spór przed wyborami prezydenckimi dotyczy już nie tylko tego, kto zdobędzie Pałac Elizejski, lecz także granic protestu wobec demokratycznie wybranej władzy.
Francuzi nie wybrali jeszcze następcy Emmanuela Macrona, lecz część sceny politycznej już zastanawia się, czy należy podporządkować się decyzjom podejmowanym po ewentualnym zwycięstwie Marine Le Pen. W ciągu zaledwie kilku dni przedstawiciele Zielonych, Francji Nieujarzmionej i centrali związkowej CGT oraz działaczka Rokhaya Diallo sięgnęli po pojęcia obywatelskiego nieposłuszeństwa, oporu, prawnego zamachu, a nawet apartheidu. Zwykła rywalizacja wyborcza zaczyna w ten sposób przekształcać się w spór o legitymizację przyszłej władzy.
Nie wszystkie wypowiedzi miały jednak ten sam charakter. Jedni mówili o pokojowych demonstracjach i strajkach, inni dopuszczali świadome naruszanie przyszłych przepisów, a Sophie Binet porównała program Zjednoczenia Narodowego do najciemniejszych doświadczeń XX wieku. Łączy je przekonanie, że dojście RN do Pałacu Elizejskiego nie byłoby zwyczajną zmianą polityczną.
Spór rozpoczął się jeszcze przed rozstrzygnięciem wyborów
Marine Le Pen zamierza oprzeć znaczną część swojej przyszłej prezydentury na referendach. Największe emocje wywołują projekty dotyczące migracji oraz zasady pierwszeństwa narodowego, zgodnie z którą obywatele Francji mieliby być uprzywilejowani przy przyznawaniu niektórych świadczeń, mieszkań socjalnych i miejsc pracy.
Zwolennicy tego rozwiązania przedstawiają je jako odzyskanie przez państwo prawa do ochrony własnych obywateli. Przeciwnicy odpowiadają, że kryterium narodowości może naruszać konstytucyjną zasadę równości oraz zobowiązania wynikające z prawa europejskiego i umów międzynarodowych. Ewentualna próba wpisania pierwszeństwa narodowego do konstytucji uruchomiłaby więc wielki konflikt prawny, zanim nowe regulacje zaczęłyby rzeczywiście obowiązywać.
Samo zwycięstwo w wyborach prezydenckich nie dawałoby Marine Le Pen pełnej swobody działania. Prezydent Francji potrzebuje większości w Zgromadzeniu Narodowym, aby móc realizować cały program za pośrednictwem rządu. Nie zmienia to faktu, że wybór kandydatki RN miałby potężne znaczenie symboliczne i instytucjonalne, a referendum mogłoby stać się narzędziem pozwalającym jej ominąć część oporu parlamentarnego.
Właśnie możliwość odwołania się bezpośrednio do obywateli nie uspokaja przeciwników Marine Le Pen. Przeciwnie, obawiają się oni, że powszechne głosowanie mogłoby nadać najbardziej kontrowersyjnym projektom RN szczególnie silny mandat demokratyczny.
Zieloni nie chcą traktować RN jak zwyczajnej alternatywy
Pierwszą głośną deklarację złożyła Marine Tondelier. Przewodnicząca francuskich Zielonych została 22 sierpnia zapytana w LCI, czy po zwycięstwie Zjednoczenia Narodowego oczekiwałaby obywatelskiego nieposłuszeństwa. Odpowiedziała twierdząco i nie wykluczyła osobistego udziału w podobnych działaniach.
Tondelier przewidywała jednocześnie, że skala protestu mogłaby okazać się niewielka. Sednem jej wypowiedzi nie była jednak liczba przyszłych demonstrantów, ale odmowa uznania rządów RN za kolejną zwyczajną alternację między prawicą a lewicą. W jej ocenie przejęcie władzy przez obóz Marine Le Pen oznaczałoby wejście Francji w zupełnie nową rzeczywistość.
Przewodnicząca Zielonych odwołała się także do belgijskiego „kordonu sanitarnego”, który ogranicza obecność przedstawicieli skrajnej prawicy w części mediów francuskojęzycznych. Nie jest to prawny zakaz działalności partii, lecz system politycznej i medialnej izolacji. Przywołanie tego modelu pokazuje, że Tondelier chce nie tylko pokonać RN w wyborach, ale również utrzymać przekonanie, iż ugrupowanie to nie powinno być traktowane tak samo jak pozostałe siły republikańskie.
Taka strategia przez lata działała we Francji. W drugich turach wyborów wyborcy lewicy, centrum i tradycyjnej prawicy potrafili poprzeć jednego kandydata wyłącznie po to, aby zablokować przedstawiciela rodziny Le Pen. Rosnące notowania RN oraz poszerzanie się jego elektoratu wskazują jednak, że dawny front republikański coraz trudniej będzie odtworzyć.
Mathilde Panot mówi o wszystkich koniecznych formach oporu
Do dyskusji włączyła się następnie Mathilde Panot, przewodnicząca klubu parlamentarnego Francji Nieujarzmionej. Zapewniła, że jej środowisko uzna rezultat głosowania, ale równocześnie zapowiedziała sprzeciw wobec przyszłej polityki RN przy użyciu wszystkich potrzebnych metod.
Panot wymieniała strajki, mobilizacje ekologiczne, działania podejmowane w obronie okupowanych terenów oraz historyczne protesty sufrażystek. Obywatelskie nieposłuszeństwo określiła jako jedną z dopuszczalnych postaci demokratycznego uczestnictwa. Przypomniała również, że podobne akcje są popierane przez LFI już pod rządami Emmanuela Macrona, a nie dopiero w związku z możliwością przejęcia władzy przez narodową prawicę.
Jej stanowisko zawiera wyraźne napięcie. Z jednej strony Francja Nieujarzmiona deklaruje respektowanie werdyktu wyborców, z drugiej pozostawia sobie szeroki katalog pozainstytucjonalnych środków nacisku. Granica między legalnym protestem, strajkiem, blokadą i celowym naruszeniem prawa nie została przy tym precyzyjnie określona.
We francuskiej tradycji politycznej uliczna mobilizacja nie jest zjawiskiem nadzwyczajnym. Strajki generalne, blokady transportu i masowe manifestacje wielokrotnie powstrzymywały lub opóźniały reformy proponowane przez demokratycznie wybrane władze. Nowością pozostaje zapowiedź podobnego scenariusza na wiele miesięcy przed głosowaniem i przed poznaniem treści ewentualnych ustaw.
Rokhaya Diallo dopuszcza ukrywanie nielegalnych migrantów
Jeszcze bardziej konkretny przykład przedstawiła Rokhaya Diallo. Występując 28 sierpnia w BFM TV, uznała, że sprzeciw wobec rozwiązań ograniczających prawa części mieszkańców Francji mógłby przyjąć formę obywatelskiego nieposłuszeństwa. Odnosiła się przede wszystkim do polityki migracyjnej i dostępu cudzoziemców do pomocy społecznej.
Diallo porównała możliwe działania administracji Marine Le Pen do operacji amerykańskiej służby imigracyjnej ICE. W razie rozpoczęcia szeroko zakrojonych deportacji byłaby gotowa poprzeć ukrywanie osób niemających prawa pobytu. Argumentowała, że obecny kształt Republiki jest także rezultatem działań ludzi, którzy w przeszłości odmawiali podporządkowania się niesprawiedliwym przepisom.
Takie stanowisko nadaje wcześniejszym deklaracjom bardziej praktyczny wymiar. Dyskusja przestaje dotyczyć wyłącznie manifestowania poglądów, ponieważ pojawia się możliwość aktywnego utrudniania wykonania decyzji wydawanych przez organy państwa. Nadal nie oznacza to wezwania do przemocy, ale wyraźnie wykracza poza zwykłą krytykę rządu.
„Journal du Dimanche” zwrócił uwagę, że słowo „nieposłuszeństwo” pozostaje w tej debacie niedookreślone. Może obejmować pokojowy protest przeciwko konkretnej ustawie, lecz może też służyć jako pojemna formuła usprawiedliwiająca systematyczne utrudnianie działalności władz.
Sophie Binet przywołuje apartheid i Francję roku 1938
Najbardziej dramatycznego języka użyła Sophie Binet, sekretarz generalna CGT. Po debacie siedmiorga kandydatów na prezydenta zorganizowanej przez Medef oskarżyła część francuskich środowisk gospodarczych o pomaganie narodowej prawicy w uzyskaniu statusu normalnej partii zdolnej do sprawowania władzy.
W rozmowie z „Le Monde” Binet stwierdziła, że atmosfera przypomina jej pogrążoną w letargu Francję z 1938 r. Za historyczny błąd moralny uznała wypowiedź przewodniczącego Medef Patricka Martina, który nie przesądził jednoznacznie, czy Marine Le Pen należy zaliczać do skrajnej prawicy. Według szefowej CGT organizacja pracodawców oceniała głównie gospodarcze propozycje RN, pomijając zagrożenia, jakie ona sama dostrzega w pozostałych częściach programu.
Binet twierdziła również, że uczestnicy spotkania byli bardziej wymagający wobec Jean-Luka Mélenchona, szczególnie w sprawach podwyżek wynagrodzeń i długu publicznego, niż wobec Marine Le Pen. Jej zdaniem wielki biznes pomaga RN w zdobyciu społecznej akceptacji, ponieważ nad ocenę ideologii przedkłada ochronę własnych interesów ekonomicznych.
Najostrzejszy zarzut dotyczył planowanej reformy konstytucyjnej. Sekretarz generalna CGT nazwała próbę wprowadzenia pierwszeństwa narodowego prawnym wymuszeniem, a przewidywany skutek określiła słowem „apartheid”. Ostrzegała także przed możliwymi konsekwencjami dla cudzoziemców, kobiet, osób LGBT, niezależności sądów oraz polityki klimatycznej.
Porównanie z apartheidem ma ogromny ciężar historyczny i wykracza daleko poza opis mechanizmu różnicującego dostęp do części uprawnień na podstawie obywatelstwa. W wielu europejskich państwach prawo do określonych świadczeń zależy od narodowości, legalności pobytu, okresu zatrudnienia albo czasu opłacania składek. Nie usuwa to wątpliwości konstytucyjnych związanych z projektem RN, lecz pokazuje, że termin użyty przez Sophie Binet jest przede wszystkim narzędziem mobilizacji politycznej.
Szefowa CGT przywołała także pamięć związkowców deportowanych, torturowanych i zabitych podczas okupacji. Przesłanie było jednoznaczne: jej centrala nie zamierza uznawać RN za partię, z którą można prowadzić zwyczajny dialog społeczny. W ten sposób spór wyborczy został połączony z pamięcią o faszyzmie i II wojnie światowej.
Czym obywatelskie nieposłuszeństwo różni się od odrzucenia wyborów
W klasycznym rozumieniu obywatelskie nieposłuszeństwo jest świadomym, publicznym i pokojowym naruszeniem konkretnej normy uznanej za rażąco niesprawiedliwą. Osoby podejmujące takie działanie nie ukrywają swojej odpowiedzialności i godzą się na przewidziane prawem konsekwencje. Celem jest doprowadzenie do zmiany przepisu, a nie unieważnienie całego porządku demokratycznego.
Problem francuskiej debaty polega na jej wyprzedzającym charakterze. Nie istnieją jeszcze akty prawne, przeciwko którym miałaby zostać skierowana odmowa posłuszeństwa, nie wiadomo również, czy Marine Le Pen dysponowałaby większością parlamentarną pozwalającą na realizację całego programu. Przedmiot sprzeciwu jest więc dopiero hipotetyczny, natomiast zapowiedź oporu już stała się rzeczywista.
Tondelier, Panot i Diallo podkreślają, że protest może pozostawać częścią demokracji również po wyborach. RN odpowiada, że przygotowywanie nieposłuszeństwa przed głosowaniem dowodzi braku gotowości do zaakceptowania jego konsekwencji. Obie strony odwołują się zatem do zasad republikańskich, ale każda rozumie je inaczej.
Dla lewicy sama większość wyborcza nie może usprawiedliwić przepisów naruszających podstawowe prawa. Dla narodowej prawicy odmowa wykonania decyzji zatwierdzonych przez obywateli jest próbą odebrania im realnego wpływu na państwo. Ten konflikt może stać się jednym z najważniejszych sporów kampanii.
Jordan Bardella odwraca oskarżenia przeciwko lewicy
Zjednoczenie Narodowe szybko dostrzegło polityczną użyteczność wypowiedzi swoich przeciwników. Jordan Bardella podczas wizyty w Châlons-en-Champagne zarzucił lewicy podważanie państwa prawa, zasad wyborczych oraz pokoju społecznego. Według niego zapowiedzi oporu świadczą o słabości obozu, który spodziewa się porażki.
Bardella próbuje w ten sposób odwrócić tradycyjny podział ról. Przez lata to RN oskarżano o zagrożenie dla instytucji Republiki. Teraz przewodniczący partii przedstawia własne ugrupowanie jako obrońcę werdyktu wyborców, natomiast przeciwników jako ludzi gotowych zaakceptować demokrację wyłącznie pod warunkiem uzyskania odpowiadającego im rezultatu.
Podobną linię przyjęła deputowana RN Edwige Diaz. Uznała, że wezwania do nieposłuszeństwa stawiają ich autorów poza granicami republikańskiego porządku. Dla sztabu Marine Le Pen podobne reakcje stanowią okazję do wzmocnienia wizerunku kandydatki spokojnej, przewidywalnej i przygotowanej do przejęcia odpowiedzialności za państwo.
Alarmistyczny język może pomagać Marine Le Pen
Im częściej przeciwnicy RN porównują perspektywę jego zwycięstwa z faszyzmem, okupacją lub apartheidem, tym łatwiej Marine Le Pen przekonywać, że jest atakowana przez establishment niezdolny do zaakceptowania zmieniających się poglądów społeczeństwa. Dramatyczne ostrzeżenia mobilizują najbardziej zdecydowanych wyborców lewicy, ale mogą być mniej skuteczne wobec osób, które nie postrzegają już RN jako ugrupowania znajdującego się poza demokratycznym systemem.
Udział Marine Le Pen w debacie Medef dobrze pokazuje skalę tej zmiany. Kandydatka została zaproszona obok najważniejszych rywali, odpowiadała na pytania dotyczące gospodarki i była oceniana według podobnych kryteriów jak pozostali uczestnicy. Dla Sophie Binet był to dowód niebezpiecznego oswajania narodowej prawicy, dla RN natomiast potwierdzenie osiągnięcia pełnej politycznej wiarygodności.
Francuska lewica staje przed trudnym wyborem. Może przedstawiać Marine Le Pen jako zagrożenie wyjątkowe, ryzykując, że powtarzane od lat ostrzeżenia stracą siłę, albo traktować ją jak zwyczajnego przeciwnika i tym samym przyspieszyć proces normalizacji RN. Żadne z tych rozwiązań nie gwarantuje zatrzymania jej drogi do Pałacu Elizejskiego.
Najbardziej znaczący jest fakt, że dyskusja coraz rzadziej dotyczy samej możliwości zwycięstwa Marine Le Pen. Francuscy politycy, działacze i związkowcy zaczynają planować swoje zachowanie po ogłoszeniu wyniku. Kampania prezydencka wchodzi tym samym w etap, w którym pytanie o przyszły porządek społeczny może okazać się równie ważne jak programy kandydatów.
Arkadiusz Jordan
