Odejście od węgla może spowolnić zieloną transformację
Odejście od węgla może spowolnić zieloną transformację z powodu ograniczeń OZE, które na ten moment są droższe od gazu i węgla.
Dla wielu krajów podpisanie Porozumienia Paryskiego w 2015 roku było symbolicznym krokiem w kierunku pożegnania się z najbrudniejszym źródłem energii, którym jest węgiel. Dziś, prawie dekadę później, w statystykach widać zmiany w mixie. Triumf ma drugą, znacznie mniej zieloną stronę. Nowe badania pokazują, że wiele państw wpadło w coś, co autorzy nazywają „pułapką gazową”.
Profesor Bård Harstad i dr Katinka Holtsmark w swoim artykule udowadniają, że masowe przechodzenie z węgla na gaz ziemny, który jest postrzegany jako paliwo „przejściowe” może paradoksalnie zablokować rozwój prawdziwie czystych źródeł energii, takich jak wiatr czy fotowoltaika. Może to wynikać z powodu, że tania energia z gazu obniża opłacalność inwestowania w drogie i wymagające czasu projekty OZE. Skutkiem tego są emisje, które w długiej perspektywie są wyższe, niż gdyby kraje od razu postawiły na odnawialne źródła.
Mechanizm działa jak samospełniająca się przepowiednia. Im bardziej państwo stara się odchodzić od węgla, tym mocniej inwestuje w produkcję taniego gazu, by wyprzeć czarne paliwo z rynku. Jednak nadpodaż gazu hamuje inwestycje w wiatraki i panele, które tracą na konkurencyjności przy niskich cenach energii z gazu.
Badacze wzięli na warsztat Norwegię, europejskiego giganta w eksporcie gazu. Model pokazuje, że tania energia z norweskiego gazu skutecznie tłumi bodźce dla zagranicznych inwestorów, by budować farmy wiatrowe czy instalacje fotowoltaiczne. I chociaż Norwegia jest jednym z krajów najbardziej zaawansowanych w zielonej transformacji, sama przyczynia się do blokowania tej zmiany u innych.
Podobny problem sygnalizuje Międzynarodowa Agencja Energetyczna. W swoich raportach IEA od lat podkreśla, że choć gaz ma znaczenie jako paliwo przejściowe, jego rola powinna być ograniczana równolegle z rozwojem OZE. Tymczasem według danych BP Statistical Review of World Energy światowe zużycie gazu wciąż rośnie.
Harstad i Holtsmark proponują kilka rozwiązań, które mogą pomóc uniknąć tej ślepej uliczki. Sugerują, że producenci gazu powinni sami ograniczać wydobycie lub przynajmniej wysyłać jasne sygnały, że nie będą stale zwiększać produkcji. Wtedy inwestorzy będą bardziej skłonni inwestować w droższe, ale przyszłościowe źródła energii.
Drugim pomysłem jest nałożenie podatków na poszukiwania i rozwój nowych złóż gazu, co wydłuży proces uruchamiania nowych pól i ustabilizuje ceny energii. USA częściowo testowała podobne podejście. Administracja Bidena ograniczyła budowę nowych terminali eksportowych LNG, jednak obecny prezydent Trump ma do tego inne podejście i nie chce zamykać się na “brudniejsze” źródła energii.
Trzecim rozwiązaniem mogłaby być „kartelizacja”, czyli stworzenie porozumienia eksportowego na wzór OPEC, które regulowałoby produkcję gazu. Choć to politycznie trudne, autorzy podkreślają, że połączenie interesu klimatycznego z interesem finansowym (wyższe ceny = wyższe zyski z eksportu) może zachęcić niektóre państwa do współpracy.
„Gas trap” nie jest losem zapisanym w kamieniu – zauważa Harstad. W miarę jak technologia OZE stanie się tańsza i bardziej elastyczna, sama zacznie wypierać gaz z rynku. Raport BloombergNEF z 2024 roku prognozuje, że w ciągu dekady koszt energii z OZE w większości krajów świata będzie niższy niż koszt energii z gazu. W Azji, gdzie nadal powstają nowe kopalnie węgla. Problem pułapki gazowej dopiero zaczyna się zarysowywać.
Dla Polski, która z jednej strony powoli redukuje węgiel, a z drugiej stawia na import LNG i gaz z Norwegii, wnioski są czytelne. Gaz może pomóc ograniczyć emisje tu i teraz, ale bez inwestycji w wiatr i słońce staniemy się zakładnikiem kolejnej zależności.
Polacy są gotowi na zmiany związane z produkcją energii. Pokazuje to ilość instalacji fotowoltaicznych na dachach polskich domów. Mamy podejście pragmatyczne i staramy się wykorzystać możliwości transformacji za pomocą dotacji.
Szymon Ślubowski
