Ostatni Amigo
Nie ma wątpliwości, że to stary Graham, a nie ortodoksyjny Vance czy inni pryncypialni wyznawcy MAGA wywarł w drugiej kadencji Trumpa decydujący wpływ na amerykańską politykę. Ameryka zabrała się do zbrojnych porządków z komunistami w Ameryce, posłała rakiety na prześladowców chrześcijan w Afryce, znów zwiększyła wsparcie dla Ukrainy, zaplanowała nowe bazy w Polsce i w końcu uderzyła na totalitarnych mułłów z Teheranu – pisze Jan ROKITA
Nagle i nieoczekiwanie zmarł senator Lindsey Graham. Miał 71 lat, mało, jak na standardy dzisiejszej amerykańskiej polityki. Zmarł na atak serca, kilka godzin po tym, jak wrócił z kolejnej podróży przez Polskę na Ukrainę, gdzie uzgadniał z prezydentem Zełenskim, jak amerykański senat ma wesprzeć nowe projekty zbrojeniowe dla armii ukraińskiej. Po powrocie do Waszyngtonu rozmawiał jeszcze przez telefon z Donaldem Trumpem, któremu mówił, że czuje się nieźle, ale jest bardzo zmęczony podróżą.
Te okoliczności śmierci senatora z Karoliny Południowej nabrały teraz nadzwyczajnego waloru symbolicznego. Graham bowiem za swoją polityczną misję życia uważał otwartą walkę z wrogami Ameryki i wrogami wolności, co oznaczało również jego nieustanne zabiegi o militarne wsparcie Ameryki dla jej sojuszników i przyjaciół wolności. Był imperialistą amerykańskim w najlepszym tego słowa znaczeniu. To znaczy kimś, kogo nienawidzili tyrani, budujący ciągle na nowo antyamerykańskie „osie zła”, i na kogo jak na Zawiszę mogli liczyć sojusznicy Ameryki, pewni absolutnie tego, że w opresji nie zostaną porzuceni.
Lindsey Graham słynął ze swoich politycznych podróży wszędzie tam, gdzie Ameryka podejmowała militarne interwencje. Jego podróże miały w gruncie rzeczy podobne cele: zbierał informacje i argumenty, mogące posłużyć w staraniach o wzmocnienie sił USA na całym świecie i przeforsowanie większych wydatków na armię i wspieranie sojuszników Ameryki.
Przez długie lata jego przyjaciółmi i towarzyszami w tych podróżach i staraniach byli dwaj inni wybitni senatorowie: John McCain z Arizony i Joe Lieberman z Connecticut. Kiedy za którymś razem we trójkę lądowali w bazie amerykańskiej w Iraku, gen. David Petraeus – ówczesny dowódca sił USA, zażartował do dziennikarzy słowami: „Oho! Znów lecą do nas Tres Amigos”.
Celny żart nawiązywał do znanej Amerykanom komedii westernowej pod takim tytułem, opowiadającej o losach trzech trochę ekscentrycznych rewolwerowcach, którzy trzymają się razem i razem pakują się w najbardziej niebezpieczne sytuacje w jakichś odległych miejscach. Od tamtego czasu amerykańskie media mówiły o „trzech amigos”, nie wymieniając ich nawet z nazwisk, bo wszyscy wiedzieli o kogo chodzi. Podobno każdy z nich marzył o prezydenturze; najbliżej tego celu był McCain, który przegrał wybory prezydenckie z Obamą. McCain umarł w 2018 roku, a Lieberman w 2024. Graham publicznie pożegnał go słowami: „Do zobaczenia, mój amigo… od Ostatniego Amigo”.
Ta niesłychanie wpływowa paczka „trzech amigos” uosabiała nie tylko wiarę w potęgę i globalne przywództwo Ameryki, ale także świetny styl polityczny, który nie tylko w Ameryce odchodzi niestety do historii. McCain i Graham byli konserwatywnymi republikanami, a Lieberman postępowym demokratą, ale to nie tylko nie przeszkadzało im działać razem, ale przeciwnie – dawało na Kapitolu potężną, ponadpartyjną siłę oddziaływania.
Z tej trójki Graham był chyba w największym stopniu politykiem parlamentarnym tout court. Z jednej strony potrafił jednoosobowo odwrócić bieg zdarzeń w Senacie, jak np. wtedy, gdy słynną emocjonalną mową sparaliżował karygodną kampanię senatorów demokratycznych, dążących do skompromitowania sędziego Bretta Kavanaugha – kandydata Donalda Trumpa do Sądu Najwyższego. A z drugiej – był niezrównanym konstruktorem ponadpartyjnych kompromisów w Senacie, czyli parlamentarzystą starej daty. Jeden z jego istotnych sukcesów na tym polu to ustawa o kontroli broni, którą przeforsował, budując koalicję centrystów w obu zwaśnionych partiach i udaremniając w ten sposób szantaż ekstremistycznych wyznawców hasła „Molon Labe!” we własnej partii. Oddał wtedy dużą przysługę swemu zaprzysięgłemu przeciwnikowi – prezydentowi Bidenowi – ale naprawdę oddał przysługę Ameryce. Ani w USA, ani w Europie, ani w Polsce nie ma już takiego szlachetnego parlamentaryzmu.
Ale chyba najbardziej wyrazistym przejawem postawy i stylu politycznego Grahama jest jego przygoda z Donaldem Trumpem. Tak jak wszyscy konserwatyści starej daty, wraz z McCainem zwalczał zaciekle kandydaturę Trumpa, gdy ten po raz pierwszy ubiegał się o republikańską nominację do prezydentury. Nic w tym dziwnego. Komuś takiemu jak Graham, wierzącemu w artyzm i finezję sztuki politycznej, wizja przejęcia starej Partii Republikańskiej przez popkulturowego miliardera uprawiającego politykę na Twitterze, musiała się wydawać prawdziwym armagedonem. Ale gdy Donald Trump objął prezydenturę, Graham dostrzegł w nim bratnią duszę ideowego konserwatysty, a przede wszystkim imperialisty amerykańskiego, tyle że pod kompletnie inną, nową i obcą, popkulturową twarzą. Senator nie tylko zatem zmienił front, ale dzięki swojemu talentowi politycznemu potrafił stać się przyjacielem, powiernikiem i partnerem do golfa prezydenta. Niektórzy mówili nawet, iż jest perfekcyjny, gdy idzie o „zarządzanie Trumpem”. Pod koniec życia, w ścisłym sojuszu z prezydentem, zyskał taki wpływ na politykę zagraniczną USA, jakiego nie miał nigdy wcześniej.
Paradoks Grahama jest w jakimś sensie odwrotnością paradoksu Trumpa. O ile Trump dla interesu Ameryki musiał wejść w zwadę ze swoim zapleczem, to Graham musiał porzucić swe tradycjonalne nawyki i nienawidzących Trumpa konserwatywnych „neokonów”. Senator docenił w prezydencie przede wszystkim gotowość i odwagę przeciwstawienia się nastrojom ekstremistów z MAGA, żądających, aby Ameryka totalnie zamknęła się na świat zewnętrzny i stała się jakimś mitycznym Nowym Jeruzalem na tej ziemi. Dlatego Graham otworzył się na coś, co kulturowo było mu obce, ale zarazem odpowiadało jego nadrzędnym celom i ideałom.
Nie ma wątpliwości, że to stary Graham, a nie ortodoksyjny Vance czy inni pryncypialni wyznawcy MAGA wywarł w drugiej kadencji Trumpa decydujący wpływ na amerykańską politykę. Ameryka zabrała się do zbrojnych porządków z komunistami w Ameryce, posłała rakiety na prześladowców chrześcijan w Afryce, znów zwiększyła wsparcie dla Ukrainy, zaplanowała nowe bazy w Polsce i w końcu uderzyła na totalitarnych mułłów z Teheranu.
Ostatni Amigo mógł więc umierać w przekonaniu, że zarówno cała jego droga polityczna, jak i droga jego dwóch zmarłych przed nim amigos zyskała na nowo jakiś sens.
Tekst pierwotnie ukazał się na łamach „Wszystko co Najważniejsze”. Przedruk za zgodą redakcji.
Jan ROKITA
Filozof polityki. Absolwent prawa UJ. Działacz opozycji solidarnościowej, poseł na Sejm w latach 1989-2007, były przewodniczący Klubu Parlamentarnego Platformy Obywatelskiej. Wykładowca akademicki. Autor felietonów "Luksus własnego zdania", które ukazują się w każdą sobotę we "Wszystko co Najważniejsze".
