Pete Hegseth zapewnia, że Stany Zjednoczone nie wycofują się z Azji
Dynamicznie zmieniająca się sytuacja międzynarodowa i amerykański skręt w stronę izolacjonizmu sprawiają, że wiele krajów zastanawia się nad swoją pozycją na liście priorytetów Waszyngtonu.
Amerykanie przyjechali do Singapuru z wyraźnym problemem do rozwiązania. W Azji narosły wątpliwości, czy Waszyngton naprawdę potrafi utrzymać wiarygodność w Indo-Pacyfiku, skoro jednocześnie prowadzi wojnę z Iranem, przesuwa zasoby na Bliski Wschód i wstrzymuje część dostaw uzbrojenia dla Tajwanu. Tego typu nastroje miał uspokoić Pete Hegseth, amerykański sekretarz wojny. Czy wysłannik Donalda Trumpa spełnił swoje zadanie?
Sekretarz obrony USA powiedział wprost, że Stany Zjednoczone nie „odwracają się plecami” do Azji tylko dlatego, że mają zobowiązania w innych częściach świata. Podkreślał, że Waszyngton potrafi robić dwie rzeczy jednocześnie: pilnować własnych interesów w rejonie Pacyfiku i równocześnie angażować się tam, gdzie uznaje to za konieczne – choćby po to, by Iran nie zdobył broni nuklearnej.
W samym założeniu ten przekaz miał być uspokajający. Deklaracje sekretarza wojny miały pokazać, że Azja nie schodzi w amerykańskiej hierarchii na dalszy plan.
Pete Hegseth nie bronił jednak tylko trwałości amerykańskiego zaangażowania, ale jednocześnie domagał się od partnerów więcej pieniędzy na obronę. Ponownie wskazał 3,5 proc. PKB jako właściwy poziom wydatków i chwalił tych, którzy już idą w tę stronę – jak Japonia, Korea Południowa, Australia czy Filipiny. Tych, którzy nie spełniają oczekiwań, określał znacznie mniej uprzejmie.
Waszyngton chce tym samym przypomnieć, że Stany Zjednoczone chcą pozostać gwarantem bezpieczeństwa, ale coraz wyraźniej nie chcą już być jedynym państwem, które ponosi za to koszt. Sojusznicy mają być bardziej samodzielni, lepiej uzbrojeni i mniej zależni od amerykańskiej obecności w codziennym wymiarze.
Pete Hegseth przyjechał do Azji z obietnicą, że Ameryka nie wycofuje się z Azji. Ale przywiózł też z sobą bardzo jasne oczekiwanie: jeśli sojusznicy chcą tej amerykańskiej obecności, to muszą sami robić więcej, wydawać więcej i brać na siebie większe ryzyko.
Wojciech T. Madeja
