„Bez Polski Europa nie zbuduje własnego bezpieczeństwa” [Jean-Sylvestre MONGRENIER]
Polska przestaje być państwem, które jedynie zabiega o miejsce przy europejskim stole. Wojna prowadzona przez Rosję, rosnące zainteresowanie Stanów Zjednoczonych Azją oraz słabość dotychczasowego modelu bezpieczeństwa sprawiają, że Warszawa staje się jednym z krajów niezbędnych do ułożenia nowego porządku na kontynencie. Pytanie brzmi już nie tylko, kto zagwarantuje bezpieczeństwo Polsce, lecz także jaką część odpowiedzialności za Europę Polska jest gotowa przejąć.
Warszawa przestała być peryferią
Jeszcze niedawno najważniejsze rozmowy dotyczące przyszłości kontynentu prowadzono w trójkącie Paryż, Berlin i Londyn, a po brexicie często już tylko między Francją a Niemcami. Europa Środkowa występowała w tych debatach przede wszystkim jako obszar, którego bezpieczeństwo należało zapewnić, rzadziej jako miejsce, z którego powinny wychodzić strategiczne decyzje. Rosyjska agresja przeciwko Ukrainie podważyła ten układ, ponieważ pokazała, że geograficzny środek europejskiej polityki bezpieczeństwa znajduje się dziś znacznie bliżej Warszawy niż Brukseli czy Paryża.
Polska ma znaczenie nie dlatego, że należy jej się symboliczne uznanie za historyczne doświadczenia, lecz dlatego, że posiada zasoby, których Europa coraz bardziej potrzebuje. Jest dużym państwem wschodniej flanki NATO, rozbudowuje siły zbrojne, zna sposób działania Rosji, utrzymuje szczególne relacje ze Stanami Zjednoczonymi i odgrywa kluczową rolę w systemie pomocy dla Ukrainy. Jeżeli europejska architektura bezpieczeństwa ma odpowiadać na realne zagrożenia, a nie na przyzwyczajenia dyplomatycznych kancelarii, Polska musi uczestniczyć w jej projektowaniu od początku.
Właśnie dlatego szczególnie interesująco brzmi propozycja przedstawiona przez Jean-Sylvestre’a Mongreniera w rozmowie z francuskim dziennikiem „Le Figaro”. Francuski geopolityk postuluje powołanie europejskiej grupy pięciu, w której znalazłyby się Francja, Wielka Brytania, Niemcy, Polska i Włochy. Nie byłaby to kolejna ceremonialna formuła spotkań, lecz polityczny ośrodek zdolny łączyć potencjał Unii Europejskiej z wojskowymi strukturami NATO, a zależnie od sytuacji zapraszać do współpracy także inne państwa.
Amerykańskie gwarancje nie są wieczne
Najłatwiej byłoby uznać, że polskie bezpieczeństwo można nadal opierać niemal wyłącznie na wyjątkowo bliskich stosunkach prezydenta Karola Nawrockiego z prezydentem Donaldem Trumpem. Zdnaniem Mongreniera byłoby to jednak założenie ryzykowne, nawet gdyby kolejni amerykańscy prezydenci potwierdzali zobowiązania wobec NATO. Stany Zjednoczone muszą jednocześnie utrzymywać pozycję w Europie, reagować na konflikty bliskowschodnie oraz przygotowywać się do możliwej konfrontacji z Chinami na zachodnim Pacyfiku, a żadna potęga nie dysponuje niewyczerpanymi zapasami uzbrojenia, amunicji i politycznej uwagi.
Mongrenier przypomina na łamach „Le Figaro”, że Ameryka nigdy nie była bezinteresownym strażnikiem całego świata. Nawet w okresie największej przewagi ostrożnie wybierała interwencje, a wieloletnia wojna z terroryzmem rozpoczęta po zamachach z 11 września 2001 roku tylko wzmocniła społeczną nieufność wobec kosztownych operacji zagranicznych. Dziś Waszyngton coraz wyraźniej porządkuje swoje zobowiązania według znaczenia, jakie mają one dla rywalizacji z Pekinem.
Dla Polski Karola Nawrockiego nie wynika z tego rzecz jasna konieczność dystansowania się od Stanów Zjednoczonych. Przeciwnie, obecność amerykańskich wojsk oraz wiarygodność NATO pozostają podstawowymi elementami odstraszania Rosji, których nie zastąpi w najbliższych latach żaden czysto europejski projekt. Warszawa powinna jednak równocześnie umacniać więź transatlantycką i budować europejską zdolność działania, ponieważ w chwili kryzysu lojalność sojusznicza jest znacznie bardziej przekonująca, gdy idą za nią własne wojska, magazyny, logistyka oraz przemysł. To zadanie zarówno prezydenta Karola Nawrockiego, jego otoczenia, jak i ugrupowań, które mają szansę rządzić po wyborach parlamentarnych w 2027 roku.
Donald Trump nie jest jedyną przyczyną zmiany
Powrót Donalda Trumpa do Białego Domu przyspieszył europejskie obawy, ale nie stworzył problemu, z którym mierzy się dziś kontynent. Amerykański zwrot ku Indo-Pacyfikowi trwa dłużej niż polityczna kariera Trumpa i będzie postępował także pod rządami prezydentów posługujących się łagodniejszym językiem. Różnica polega na tym, że obecny przywódca Stanów Zjednoczonych mówi o sojuszach jak o kontraktach, w których każda korzyść powinna mieć natychmiast dającą się obliczyć cenę.
Zdaniem Mongreniera niechęć Trumpa do Unii Europejskiej wynika w znacznej mierze z jego osobistego sposobu widzenia świata, a nie ze spójnie przemyślanej strategii. W otoczeniu prezydenta istnieje przekonanie, że instytucje europejskie są ideowo bliskie amerykańskim demokratom, natomiast stosunki gospodarcze z UE bywają przedstawiane przede wszystkim jako rachunek strat, ceł i deficytów. Taka perspektywa przesłania fakt, że sprawniejsza wojskowo Europa odciążyłaby Amerykę i ułatwiła jej skoncentrowanie większych sił na zagrożeniu chińskim.
Polska Karola Nawrockiego i większości, jaka wyłoni się po najbliższych wyborach, nie powinna odpowiadać na tę sytuację wyborem między Waszyngtonem a europejskimi stolicami. Pokusa zbudowania szczególnej relacji z administracją Trumpa kosztem solidarności europejskiej może przynieść krótkotrwałe korzyści, lecz osłabienie całego kontynentu ostatecznie zwiększyłoby także polską zależność od decyzji podejmowanych za oceanem. Najkorzystniejszy dla Warszawy jest układ, w którym Stany Zjednoczone pozostają obecne w Europie, a europejscy sojusznicy potrafią przejąć większą część odpowiedzialności za własne sąsiedztwo.
Grupa pięciu z Polską przy głównym stole
Każde z państw wskazanych przez Mongreniera wnosiłoby do takiego formatu inną przewagę. Francja i Wielka Brytania dysponują arsenałami nuklearnymi, doświadczeniem operacyjnym oraz miejscami stałych członków Rady Bezpieczeństwa ONZ, Niemcy pozostają największym zapleczem gospodarczym Unii, Włochy łączą Europę z wyzwaniami Morza Śródziemnego, natomiast Polska reprezentuje obszar, na którym rozstrzyga się obecnie wiarygodność europejskiego odstraszania. Dopiero zestawienie tych potencjałów tworzy konstrukcję obejmującą północ, południe, zachód i wschód kontynentu.
Udział Warszawy nie może być przy tym traktowany jako uprzejmość wobec nowych członków Unii ani sposób na poprawienie geograficznej równowagi. Polska wnosi znajomość rosyjskiej strategii, polityczne znaczenie w regionie, rozwijany potencjał militarny oraz szczególną odpowiedzialność za połączenie europejskiego zaplecza z Ukrainą. Bez tego wymiaru każda rada bezpieczeństwa tworzona w zachodniej części kontynentu będzie patrzyła na najważniejsze zagrożenie Europy z nadmiernego dystansu.
W dalszej perspektywie grupa pięciu mogłaby stać się zalążkiem szerszej paneuropejskiej rady z udziałem Ukrainy. Taki format nie zastępowałby NATO i nie powinien kopiować instytucji Unii, lecz służyłby szybkiemu uzgadnianiu decyzji między państwami posiadającymi największe znaczenie polityczne, wojskowe i gospodarcze. Dla Polski byłaby to szansa przełożenia rosnących wydatków obronnych na trwały wpływ instytucjonalny, bez którego nawet duża armia może pozostać jedynie wykonawcą strategii przygotowanych przez innych.
Polska może pomóc Zachodowi odzyskać pewność siebie
W rozmowie z „Le Figaro” Mongrenier wychodzi poza zagadnienia wojskowe i wskazuje na osłabienie cywilizacyjnej pewności Zachodu. Jego zdaniem europejska kultura samokrytycyzmu, przez stulecia stanowiąca źródło zdolności do naprawiania własnych błędów, przerodziła się w części elit w odruch odrzucania całego zachodniego dziedzictwa. Społeczeństwo, które nie potrafi powiedzieć, dlaczego jego ustrój, wolności i sposób życia zasługują na ochronę, może posiadać nowoczesną broń, a mimo to nie mieć woli jej użycia.
Polskie doświadczenie może wnieść do tej debaty ton odmienny zarówno od zachodniego znużenia, jak i od łatwego samozadowolenia. Dla narodu, który w XX wieku kilkakrotnie tracił możliwość samodzielnego decydowania o swoim losie, wolność polityczna, przynależność do Zachodu oraz prawo państw do suwerenności nie są pojęciami czysto akademickimi. Nie oznacza to, że Polska jest wolna od własnych historycznych sporów i błędów, lecz że lepiej rozumie cenę płaconą wtedy, gdy demokratyczne państwa zbyt późno rozpoznają zagrożenie.
Nowa pozycja Polski nie zostanie jednak przyznana automatycznie. Wymaga ona zdolności budowania koalicji, cierpliwej dyplomacji, stabilnego finansowania obronności i przedstawienia propozycji, które będą służyły nie tylko Warszawie, ale całemu kontynentowi. Państwo aspirujące do współkierowania Europą musi umieć łączyć własną ocenę zagrożeń z interesami partnerów, zamiast poprzestawać na przekonywaniu innych, że wcześniej nie mieli racji.
Europa nie jest dziś w stanie całkowicie zastąpić Stanów Zjednoczonych, a Polska nie zastąpi Francji, Niemiec ani Wielkiej Brytanii. Może jednak sprawić, że europejski filar Zachodu stanie się bardziej realistyczny, odporny i zakorzeniony w doświadczeniu państw położonych najbliżej Rosji. Jeśli Warszawa wykorzysta ten moment, przestanie być jedynie krajem chronionym przez zachodni system bezpieczeństwa i stanie się jednym z państw, które ten system współtworzą.
Arkadiusz Jordan
