Polskie uczelnie poza pierwszą czterystką rankingu szanghajskiego 2026
Siedem polskich szkół wyższych znalazło się w opublikowanej części Academic Ranking of World Universities 2026, lecz żadna nie przekroczyła granicy pierwszych czterystu miejsc. Najlepszy rezultat ponownie należy do Uniwersytetu Warszawskiego, który trafił do przedziału 401–500. W kraju posiadającym niemal 38 milionów mieszkańców, aspirującym do grona najważniejszych gospodarek Europy, taki wynik trudno sprowadzić do niekorzystnej metodologii albo statystycznego przypadku. Lista szanghajska ujawnia bowiem nie niedostatek zdolnych badaczy, lecz słabość instytucji, które nie potrafią jeszcze gromadzić naukowego potencjału na skalę widoczną z perspektywy świata.
Wynik rankingu wywołuje co roku podobny spór. Jedni widzą w nim dowód wieloletniego niedofinansowania nauki, inni podważają sens porównywania uczelni według liczby cytowań, prestiżowych nagród i publikacji w wybranych czasopismach. Obie strony dotykają części prawdy, ale żadna nie powinna przesłaniać zasadniczego pytania: dlaczego przez kolejne lata ani jedna polska uczelnia nie zdołała zbliżyć się do pierwszej dwusetki globalnego zestawienia?
Polska siódemka w ARWU 2026
Na pozycji krajowego lidera pozostaje Uniwersytet Warszawski, przypisany do miejsc 401–500. Uniwersytet Jagiellońskizostał sklasyfikowany o jeden przedział niżej, między miejscem 501. a 600. Obie instytucje zachowały ubiegłoroczne kategorie, co oznacza stabilność, lecz trudno mówić o stabilności korzystnej, skoro dystans do europejskiej czołówki nadal pozostaje ogromny.
Najwyraźniejszy ruch wykonała Akademia Górniczo-Hutnicza, która przesunęła się z przedziału 801–900 do grupy 701–800. Jest to jedyna polska uczelnia, której tegoroczny rezultat przyniósł zmianę widoczną w klasyfikacji ogólnej. Awans AGH zasługuje na odnotowanie, chociaż nie zmienia położenia całego polskiego systemu akademickiego.
Pozostałe cztery szkoły wyższe zamykają opublikowaną część tabeli. Uniwersytet im. Adama Mickiewicza, Uniwersytet Mikołaja Kopernika, Politechnika Warszawska i Politechnika Wrocławska zostały umieszczone w przedziale 901–1000. Oznacza to, że zaledwie siedem polskich instytucji weszło do tysiąca uczelni wybranych spośród ponad 2500 ośrodków ocenianych przez autorów ARWU.
Krajowe rezultaty, zmiany wobec poprzedniej edycji i pełny wykaz siedmiu instytucji przedstawia opracowanie Polskie uczelnie w rankingu szanghajskim 2026. Warto posługiwać się właśnie przedziałami podawanymi przez twórców zestawienia, ponieważ poza ścisłą czołówką nie są ujawniane dokładne pozycje wszystkich uniwersytetów. Uniwersytet Warszawski nie jest więc automatycznie uczelnią numer 401, podobnie jak instytucje z ostatniej grupy nie zajmują wspólnie miejsca 901.
Polski bilans jest również węższy niż wskazywałaby na to liczba działających w kraju szkół wyższych i instytutów naukowych. Poza opublikowanym tysiącem pozostają uczelnie medyczne, kolejne uniwersytety oraz większość politechnik. Pojedyncze wydziały i zespoły mogą osiągać bardzo dobre wyniki w swoich dziedzinach, lecz nie tworzą one jeszcze dorobku wystarczającego do uzyskania wysokiej pozycji całej instytucji.
Mniejsze państwa potrafią budować silniejsze uniwersytety
Słabego wyniku Polski nie można wyjaśnić wyłącznie wielkością państwa, językiem ani położeniem poza głównymi centrami zachodniego świata akademickiego. Uniwersytet Helsiński znalazł się w przedziale 101–150, chociaż Finlandia liczy wielokrotnie mniej mieszkańców niż Polska. Uniwersytet Wiedeński osiągnął ten sam przedział, a Austria nie dysponuje demograficzną skalą porównywalną z największymi państwami Europy.
Jeszcze silniejszą pozycję zbudowała Dania. Uniwersytet Kopenhaski zajmuje 34. miejsce, natomiast Uniwersytet w Aarhus znalazł się na pozycji 81. Dwa duńskie uniwersytety mieszczą się więc w pierwszej setce, podczas gdy pierwsza polska instytucja pojawia się dopiero kilkaset pozycji niżej.
Pouczające jest także porównanie z Portugalią. Uniwersytet Lizboński i Uniwersytet w Porto znajdują się w grupie 301–400, czyli przed najlepszą uczelnią z Polski. Czechy nie uzyskały równie wyraźnej przewagi, ale Uniwersytet Karola został sklasyfikowany w tym samym przedziale co Uniwersytet Warszawski, mimo że potencjał demograficzny i gospodarczy Czech jest znacznie mniejszy.
Te przykłady nie dowodzą, że wystarczy skopiować rozwiązania jednego z wymienionych państw. Pokazują jednak, że brak uczelni w pierwszej czystej czy dwusetce nie jest nieuniknioną konsekwencją średniej wielkości kraju. Różnicę tworzą konsekwencja polityki naukowej, jakość zarządzania instytucjami, zdolność sprowadzania badaczy z zagranicy oraz gotowość do finansowania projektów, których rezultat może pojawić się dopiero po wielu latach.
Ranking zlicza osiągnięcia, których nie da się zadekretować
Twórcy oficjalnego zestawienia ARWU 2026 nie pytają rektorów, jak oceniają własne uczelnie, ani nie budują klasyfikacji na podstawie kampanii promocyjnych. Punktowane są osiągnięcia możliwe do przypisania konkretnym instytucjom. Dzięki temu wynik jest stosunkowo odporny na reklamę, choć równocześnie premiuje uniwersytety posiadające wielkie, rozwijane przez dziesięciolecia zaplecze badawcze.
Zgodnie z metodologią rankingu szanghajskiego dziesiątą część oceny daje liczba absolwentów uhonorowanych Nagrodą Nobla lub Medalem Fieldsa. Dwadzieścia procent zależy od laureatów tych wyróżnień zatrudnionych na uczelni, a kolejne 20 proc. od liczby naukowców zaliczonych przez Clarivate do grona najczęściej cytowanych badaczy. Następne dwie części, każda o wadze 20 proc., dotyczą artykułów zamieszczanych w „Nature” i „Science” oraz publikacji indeksowanych w dwóch głównych bazach Web of Science.
Ostatnie 10 proc. stanowi wskaźnik efektywności obliczany w odniesieniu do liczby pracowników akademickich. Tylko ten fragment oceny bezpośrednio koryguje przewagę wynikającą z wielkości instytucji. Pozostałe kryteria sprzyjają uniwersytetom zdolnym do zgromadzenia wielu znakomitych zespołów, rozwiniętej infrastruktury i dużej produkcji naukowej pod jednym szyldem.
ARWU nagradza zatem kapitał budowany przez pokolenia. Dawni absolwenci, współcześni laureaci, aktualna aktywność publikacyjna i rozpoznawalność badaczy zostają złożone w jeden rezultat. Uczelnia nie może znacząco poprawić swojej pozycji za pomocą krótkiego programu naprawczego, ponieważ część punktów wynika z dorobku, którego nie da się stworzyć w ciągu jednej kadencji władz ani jednego cyklu finansowania.
Ta cecha wyjaśnia niezwykłą trwałość pierwszych miejsc. W 2026 r. ponownie prowadzi Harvard University, za którym znalazły się Stanford University i Massachusetts Institute of Technology. Czwartą pozycję zajmuje University of Cambridge, natomiast piąta należy do University of California w Berkeley.
Kompletna kolejność instytucji, podział na państwa oraz obraz uczelni amerykańskich, europejskich i azjatyckich zostały przedstawione w materiale Ranking szanghajski 2026. Najlepsze uniwersytety świata. Światowa tabela pozwala zobaczyć nie tylko dominację Stanów Zjednoczonych, ale także coraz mocniejszą obecność Chin. Awans chińskich uniwersytetów dowodzi, że hierarchia nie jest zamknięta, jeżeli za ambicją stoją duże środki, międzynarodowa rekrutacja i długofalowa polityka państwa.
Polska nauka jest rozdzielona między zbyt wiele instytucji
Jedną z najważniejszych przyczyn polskiego wyniku jest organizacyjne rozproszenie badań. Uniwersytety, politechniki, uczelnie medyczne oraz instytuty Polskiej Akademii Nauk funkcjonują jako odrębne podmioty i osobno wykazują swój dorobek. Osiągnięcia, które w innym systemie wzmacniałyby jeden rozbudowany uniwersytet, w Polsce są przypisywane kilku lub kilkunastu niezależnym instytucjom.
Szczególnie dobrze widać to w medycynie. W wielu państwach szpitale kliniczne, wydziały lekarskie i laboratoria biomedyczne należą do wielkich uniwersytetów wielodziedzinowych. Publikacje lekarzy, biologów i specjalistów zdrowia publicznego wspólnie budują wówczas wynik jednej marki akademickiej. W Polsce odrębność uczelni medycznych sprawia, że ten dorobek nie zwiększa punktacji Uniwersytetu Warszawskiego, Jagiellońskiego ani innych uniwersytetów w takim stopniu, jak dzieje się to w systemach zintegrowanych.
Rozproszenia nie da się jednak naprawić przez mechaniczne połączenie kilku nazw i administracji. Federacja istniejąca wyłącznie na papierze nie stworzy lepszych publikacji ani nie sprowadzi wybitnych badaczy. Sens miałaby dopiero integracja obejmująca wspólne centra badawcze, szkoły doktorskie, laboratoria, zatrudnianie kadry, prowadzenie grantów oraz jednolitą afiliację najważniejszych projektów.
Barierę stanowi także słaba mobilność akademicka. Zbyt wielu młodych naukowców przechodzi całą drogę zawodową w jednostce, w której wcześniej studiowało i przygotowywało doktorat. Taki model utrudnia wymianę idei, zamyka środowiska i ogranicza presję na poszukiwanie najlepszych kandydatów poza własną uczelnią.
Uniwersytet aspirujący do światowej czołówki musi prowadzić nabór międzynarodowy. Powinien być zdolny zaoferować dobremu badaczowi nie tylko pensję, lecz również pieniądze na utworzenie zespołu, aparaturę, mieszkanie, obsługę administracyjną i kilkuletnią perspektywę pracy. Bez takich warunków polska uczelnia będzie przegrywała konkurencję o talenty nawet wtedy, gdy dysponuje ciekawym środowiskiem intelektualnym.
Krótkie finansowanie nie tworzy długiej przewagi
Największe odkrycia naukowe rzadko mieszczą się w kalendarzu pojedynczego konkursu grantowego. Zanim projekt doprowadzi do ważnej publikacji, może wymagać kilku lat eksperymentów, rozbudowy laboratorium, stworzenia zespołu oraz sprawdzenia rezultatów przez partnerów zagranicznych. System oparty na niepewnych, krótkotrwałych źródłach pieniędzy sprzyja rozdrabnianiu tematów i wybieraniu badań bezpieczniejszych, dających się szybko rozliczyć.
Polskie uczelnie muszą jednocześnie wykonywać rozbudowane zadania dydaktyczne. Naukowiec prowadzący wiele zajęć, przygotowujący dokumentację i samodzielnie obsługujący stronę organizacyjną projektu ma mniej czasu na pracę badawczą niż jego odpowiednik wspierany przez wyspecjalizowane biuro grantowe, techników laboratoryjnych i profesjonalnych administratorów. Różnica w warunkach pracy stopniowo zamienia się w różnicę liczby publikacji, cytowań i międzynarodowych projektów.
Nie wystarcza również samo zwiększanie liczby artykułów. ARWU szczególnie wysoko wycenia prace dostrzegane przez światowe środowisko naukowe, obecność badaczy o dużej cytowalności oraz publikacje w najbardziej wymagających czasopismach. Presja na produkowanie wielu przeciętnych tekstów może poprawiać krajowe statystyki, ale nie tworzy dorobku zdolnego istotnie przesunąć uczelnię w klasyfikacji międzynarodowej.
Potrzebne są zatem dwa rodzaje finansowania. Pierwszy powinien gwarantować instytucjom stabilność laboratoriów, zatrudnienia i infrastruktury. Drugi musi kierować szczególnie duże środki do zespołów zdolnych prowadzić ryzykowne badania na granicy obecnej wiedzy, ponieważ to z takich projektów powstają rezultaty zmieniające pozycję uczelni.
Odległe miejsce nie przekreśla jakości studiów
Klasyfikacji szanghajskiej nie należy traktować jako prostego poradnika dla maturzysty. Jej autorzy nie badają dostępności prowadzących, programu zajęć, jakości akademików, opinii studentów ani pozycji absolwentów na rynku pracy. Uczelnia ulokowana daleko w ARWU może bardzo dobrze uczyć na wybranym kierunku, podobnie jak uniwersytet ze światowej czołówki nie musi zapewniać każdemu studentowi równie bliskiego kontaktu z wybitnymi profesorami.
Znacznie więcej informacji o konkretnej specjalności dają rankingi dziedzinowe. Polski wydział może być ceniony w matematyce, fizyce, inżynierii materiałowej lub medycynie, choć zbiorczy rezultat całej instytucji pozostaje skromny. Dla doktoranta poszukującego promotora jakość konkretnego zespołu może mieć większe znaczenie niż miejsce całego uniwersytetu.
Nie wolno jednak z tego wyciągać wniosku, że ogólne zestawienie jest nieistotne. Silny uniwersytet oferuje środowisko, w którym przedstawiciele różnych dziedzin spotykają się w jednej instytucji, korzystają ze wspólnej infrastruktury i mogą szybko tworzyć zespoły interdyscyplinarne. Właśnie taka szerokość zaplecza pozwala podejmować problemy, których nie jest w stanie rozwiązać pojedynczy wydział.
Wysoka pozycja przynosi też skutki wykraczające poza prestiż. Ułatwia zdobywanie partnerów, przyciąga kandydatów na studia doktoranckie, zwiększa zainteresowanie fundatorów i daje większą swobodę w negocjowaniu międzynarodowych przedsięwzięć. Ranking nie tworzy jakości samodzielnie, ale może przyspieszać kumulowanie przewag przez instytucje, które już znalazły się wysoko.
Polsce potrzebny jest uniwersytet globalnej skali
Realistycznym celem nie powinno być umieszczenie wszystkich polskich szkół wyższych w pierwszej pięćsetce. System akademicki potrzebuje uczelni o różnych zadaniach, w tym instytucji regionalnych, zawodowych, artystycznych i wyspecjalizowanych. Próba narzucenia każdej z nich obowiązku prowadzenia badań na światowym poziomie doprowadziłaby raczej do mnożenia pozornej aktywności niż do wzrostu jakości.
Polska powinna natomiast stworzyć warunki, w których przynajmniej jeden lub dwa uniwersytety będą mogły realnie walczyć o wejście do pierwszej dwusetki. Wymagałoby to koncentracji części środków, ale również radykalnego otwarcia rekrutacji, umiędzynarodowienia kadry, profesjonalizacji zarządzania badaniami i oceny dokonywanej przez ekspertów spoza krajowego układu instytucjonalnego. Większe finansowanie musiałoby wiązać się z mierzalną odpowiedzialnością za sposób wykorzystania powierzonych zasobów.
Taka strategia nie może zmieniać się wraz z każdym ministrem i rektorem. Budowanie znaczącego uniwersytetu trwa dłużej niż kadencja parlamentu, a efekty decyzji podjętych dzisiaj mogą być widoczne dopiero w kolejnej dekadzie. Państwa obecne wysoko w ARWU osiągnęły tę pozycję dzięki ciągłości, której polskiej polityce naukowej wielokrotnie brakowało.
Tegoroczna lista nie mówi, że polscy naukowcy są niezdolni do dokonywania odkryć. Pokazuje natomiast, że ich osiągnięcia powstają w systemie zbyt rozproszonym, zbyt mało stabilnym i niewystarczająco atrakcyjnym dla badaczy z zagranicy. Bez zmiany tych warunków będziemy nadal odnotowywać pojedyncze awanse między setkami, podczas gdy najważniejsza granica, oddzielająca polskie uczelnie od globalnego centrum nauki, pozostanie nienaruszona.
Sebastian Nizio
