Polskie uczelnie znikają z globalnej mapy nauki. Naukowy regres uznano za normalność
Jeszcze w 2022 r. Polska miała 11 uczelni w pierwszym tysiącu rankingu szanghajskiego, rok później pozostało dziewięć, w 2024 r. osiem, a od 2025 r. już tylko siedem. W ciągu czterech lat z publikowanej części światowej klasyfikacji zniknęły zatem cztery polskie szkoły wyższe, a Uniwersytet Jagielloński osunął się z grupy 401–500 do przedziału 501–600. Najbardziej niepokojące nie jest jednak samo pogorszenie wyniku, lecz spokój, z jakim państwo, środowisko akademickie i opinia publiczna przyjęły ten proces.
Polska reprezentacja w Academic Ranking of World Universities kurczy się z regularnością, której nie można już przedstawiać jako przypadkowej zmiany jednego wskaźnika. W 2022 r. na liście było 11 naszych uczelni, w 2023 r. dziewięć, rok później osiem, a w dwóch najnowszych edycjach po siedem. Za każdym razem można znaleźć techniczne objaśnienie pojedynczego przesunięcia, ale zestawienie kilku kolejnych lat ujawnia trend trudny do zakwestionowania.
Nie chodzi przy tym wyłącznie o liczbę instytucji w pierwszym tysiącu. W 2024 r. Uniwersytet Warszawski i Uniwersytet Jagielloński znajdowały się wspólnie w przedziale 401–500, natomiast rok później krakowska uczelnia spadła do grupy 501–600 i w 2026 r. w niej pozostała. Polska straciła więc nie tylko cztery miejsca w szerokiej reprezentacji, ale również jedną z dwóch uczelni mieszczących się w pierwszej połowie publikowanej klasyfikacji.
Miejsca 901-1000 zaczęło brzmieć jak sukces
Najnowsze wyniki przedstawiono 15 sierpnia, jak co roku w okresie wakacyjnym. Letni termin nigdy wcześniej nie uniemożliwiał jednak rozmowy o stanie uniwersytetów, ponieważ kolejne edycje zestawienia uruchamiały dyskusje o finansowaniu, zarządzaniu, odpływie talentów i sensie przeprowadzanych reform. Tym razem rezultat został przede wszystkim odnotowany, po czym niemal natychmiast ustąpił miejsca innym tematom.
W komunikatach instytucjonalnych dominowała informacja, że siedem polskich szkół wyższych znalazło się w gronie tysiąca najlepszych. Takie sformułowanie jest formalnie poprawne, ale usuwa z pola widzenia najważniejszy fakt, czyli stopniowe zmniejszanie się polskiego stanu posiadania. Jeżeli każdego roku obniża się punkt odniesienia, nawet utrzymanie słabego rezultatu można po pewnym czasie przedstawić jako osiągnięcie.
W 2026 r. Uniwersytet Warszawski pozostał w przedziale 401–500, a Uniwersytet Jagielloński między miejscami 501. a 600. AGH awansowała z grupy 801–900 do 701–800, natomiast Uniwersytet im. Adama Mickiewicza, Uniwersytet Mikołaja Kopernika, Politechnika Warszawska i Politechnika Wrocławska trafiły do ostatniego publikowanego przedziału 901–1000. Pełne pozycje, największe przesunięcia oraz porównanie wyników z poprzednią edycją zawiera zestawienie „LISTA SZANGHAJSKA 2026. Kto awansował, kto spadł? Pełny wykaz 1000 uczelni”.
Cztery z siedmiu polskich instytucji znajdują się zatem na samym końcu ujawnianej części tabeli. Nie oznacza to, że należą do najsłabszych uniwersytetów na świecie, ponieważ ARWU ocenia ponad 2500 jednostek i pokazuje tysiąc najlepszych. Oznacza jednak, że większość polskiej reprezentacji ledwie utrzymuje się w najszerszym gronie uwzględnianym przez autorów zestawienia.
Kierunek jest ważniejszy od jednego miejsca
Każda klasyfikacja uczelni ma wady, a ARWU nie stanowi wyjątku. Duże znaczenie mają w nim laureaci Nagród Nobla i Medali Fieldsa związani z uczelnią, badacze o najwyższej cytowalności, artykuły publikowane w „Nature” i „Science”, dorobek indeksowany w światowych bazach oraz efektywność naukowa przypadająca na pracownika. Zestawienie nie bada bezpośrednio jakości zajęć, dostępności akademików, relacji studentów z wykładowcami ani sytuacji absolwentów na rynku pracy.
Prof. Andrzej Kisielewicz argumentował na łamach GNN, że przydatność rankingu szanghajskiego do oceny całej polskiej nauki jest bardzo ograniczona, a znacznie lepszy obraz mocnych dyscyplin mogą dawać zestawienia dziedzinowe. To ważne zastrzeżenie, chroniące przed sprowadzeniem skomplikowanego systemu akademickiego do jednej tabeli. Polemikę dotyczącą znaczenia i ograniczeń ARWU przedstawia tekst „Ranking szanghajski nie odpowie nam na pytania o przyszłość polskiej nauki”.
Niedoskonałość narzędzia nie unieważnia jednak informacji o wieloletnim kierunku. Jednorazowy spadek może wynikać ze zmiany afiliacji wysoko cytowanego naukowca, innego sposobu przypisania publikacji albo niewielkiego przesunięcia punktacji. Jeżeli jednak w ciągu czterech lat liczba polskich uczelni zmniejsza się z 11 do siedmiu, nie mamy już do czynienia wyłącznie z kaprysem metodologii.
ARWU mierzy przede wszystkim zdolność instytucji do skupiania znaczących badań, wybitnych zespołów, ważnych publikacji i międzynarodowo rozpoznawalnych osiągnięć. Właśnie w tym obszarze polskie uczelnie pozostają daleko za uniwersytetami decydującymi o kierunkach rozwoju współczesnej wiedzy. Ranking nie mówi wszystkiego o akademii, ale mówi wystarczająco dużo o jej sile badawczej, aby nie można było go zbyć wzruszeniem ramion.
Świat buduje przewagę
W pierwszej setce ARWU 2026 znalazło się 37 instytucji ze Stanów Zjednoczonych, a trzy pierwsze miejsca ponownie zajęły Harvard, Stanford i Massachusetts Institute of Technology. Chiny mają już szersze zaplecze uczelni obecnych w całym rankingu niż USA, a ich kolejne uniwersytety systematycznie przesuwają się do pierwszej setki. Paris-Saclay University, powstały w wyniku świadomej konsolidacji francuskiego potencjału badawczego, zajmuje 13. miejsce na świecie.
Te państwa nie traktują uczelni jako kosztownego dodatku do administracji publicznej. Postrzegają je jako część infrastruktury strategicznej, od której zależą nowe technologie, pozycja przemysłu, zdolność przyciągania talentów, bezpieczeństwo i międzynarodowe wpływy. Uniwersytet znajdujący się w światowej czołówce staje się miejscem, wokół którego rozwijają się laboratoria, firmy technologiczne, fundusze i sieci współpracy.
W Polsce pozycja nauki jest odwrotna. Kolejne rządy deklarują ambicję modernizowania gospodarki, rozwijania sztucznej inteligencji, energetyki, biotechnologii i przemysłu obronnego, ale żadnej z tych dziedzin nie da się trwale rozbudować bez mocnego zaplecza akademickiego. Państwo, które kupuje technologie stworzone przez cudze uniwersytety, pozostaje ich odbiorcą, nawet jeśli potrafi sprawnie wdrażać gotowe rozwiązania.
Szczegółową analizę przyczyn odległych miejsc polskich szkół wyższych, w tym rozproszenia potencjału, słabej mobilności oraz krótkiego horyzontu finansowania, przedstawia materiał „Polskie uczelnie poza pierwszą czterystką rankingu szanghajskiego 2026”. Nowa edycja rankingu nie ujawniła zatem problemów, których wcześniej nie znaliśmy. Pokazała natomiast, że mimo znajomości diagnozy nie potrafimy zmienić trajektorii.
System w którym nikt nie odpowiada
Odpowiedzialność za polski wynik rozpływa się między wieloma uczestnikami. Rektorzy wskazują na zbyt niskie i niestabilne finansowanie, naukowcy na biurokrację oraz wadliwy system oceny, a politycy przypominają o autonomii szkół wyższych. Każdy z tych argumentów opisuje rzeczywisty fragment problemu, ale ich suma nie daje rozwiązania.
Władze uczelni chętnie podkreślają sukcesy pojedynczych zespołów, zachowując znacznie większą ostrożność w rozmowie o jakości całych instytucji. Środowisko akademickie domaga się większych nakładów, lecz równocześnie często sprzeciwia się koncentracji środków, otwieraniu konkursów międzynarodowych, zwiększaniu mobilności i głębszemu różnicowaniu misji uczelni. Politycy zaś wiedzą, że budowa silnego uniwersytetu potrwa dłużej niż jedna kadencja i nie przyniesie natychmiastowej nagrody wyborczej.
W rezultacie każda grupa dysponuje własnym usprawiedliwieniem, a państwo nie ma podmiotu rozliczanego z całościowego rezultatu. Minister może zmienić ustawę, ale nie prowadzi badań, rektor zarządza uczelnią, ale nie ustala krajowego budżetu, naukowiec odpowiada za własny dorobek, lecz nie za strukturę systemu. Taki podział zadań jest naturalny, jednak bez wspólnego celu staje się mechanizmem pozwalającym wszystkim uchylać się od odpowiedzialności.
Cztery zniknięcia bez politycznej ceny
Utrata czterech uczelni w ciągu czterech lat nie pociągnęła za sobą zauważalnej politycznej konsekwencji. Nie powstał ponadpartyjny plan określający, ile polskich ośrodków badawczych powinno znaleźć się w światowej czołówce za dziesięć czy piętnaście lat. Nie określono również, które instrumenty finansowania, polityki kadrowej i współpracy międzynarodowej mają doprowadzić do realizacji takiego celu.
Nie oznacza to, że miejsce w ARWU powinno zostać uznane za nadrzędny wskaźnik powodzenia reformy. Celem musi pozostać tworzenie ważnych badań, zatrzymywanie zdolnych ludzi, przyciąganie naukowców z zagranicy oraz budowa zespołów konkurujących o najtrudniejsze granty. Poprawa pozycji w międzynarodowych klasyfikacjach powinna być rezultatem tych procesów, a nie samodzielnym ćwiczeniem z zarządzania punktami.
Taka strategia wymaga decyzji, które zawsze wywołują opór. Należałoby zapewnić podstawową stabilność całemu systemowi, a jednocześnie skierować nieporównanie większe środki do najlepszych zespołów, pozwolić im podejmować ryzykowne projekty oraz skutecznie konkurować o badaczy. Bez koncentracji zasobów Polska nadal będzie miała wiele instytucji wykonujących użyteczną pracę, lecz nie zbuduje uniwersytetów o światowej sile.
Prof. Krzysztof Pawłowski proponował na GNN zawarcie wieloletniego paktu społecznego dotyczącego nauki, edukacji i szkolnictwa wyższego. Jego istotą miałaby być trwałość podstawowych zasad niezależnie od wyników kolejnych wyborów oraz stworzenie kilku rzeczywiście silnych uniwersytetów badawczych. Całość tej propozycji przedstawia tekst „Polska potrzebuje paktu społecznego dla rozwoju nauki”.
Regres który przestał boleć
Najgroźniejszą konsekwencją słabych wyników nie jest nawet utrata prestiżu, lecz obniżenie oczekiwań. Gdy Polska miała 11 uczelni w pierwszym tysiącu, rezultat uznawano za niewystarczający, ale gdy zostało ich siedem, zaczęto podkreślać sam fakt obecności na liście. Granica akceptowalnego wyniku przesuwa się więc szybciej niż polskie uniwersytety.
Media przekazały podstawowe dane, lecz nie stworzyły wokół nich debaty porównywalnej z dyskusjami toczonymi w poprzednich latach. Eksperci ponownie mogliby wymienić te same bariery, a politycy zapewne przedstawiliby te same ogólne deklaracje. Być może właśnie powtarzalność diagnoz doprowadziła do przekonania, że skoro problemu nie udało się dotąd rozwiązać, nie warto już o nim mówić.
Taka rezygnacja jest szczególnie niebezpieczna, ponieważ światowa konkurencja nie została zawieszona. Amerykańskie uniwersytety bronią przewagi, Chiny rozbudowują naukowe zaplecze, a państwa europejskie próbują konsolidować potencjał i zwiększać rozpoznawalność najlepszych ośrodków. Polska nie pozostaje w miejscu, lecz cofa się względem systemów, które rozwijają się szybciej.
Cztery uczelnie, które zniknęły z pierwszego tysiąca od 2022 r., powinny stać się przedmiotem publicznego rozliczenia, a nie przypisem do wakacyjnego komunikatu. Jeszcze poważniejszym ostrzeżeniem jest pozycja Uniwersytetu Jagiellońskiego, który trzeci rok temu dzielił z Uniwersytetem Warszawskim przedział 401–500, a dziś pozostaje setkę niżej. Jeżeli również te sygnały nie wywołują reakcji, oznacza to, że Polska zaczęła przyjmować naukową marginalizację nie jako zagrożenie, lecz jako normalność.
Ranking szanghajski nie jest wyrokiem i nie opisuje całego dorobku polskich badaczy. Jest jednak corocznym sprawdzianem zdolności naszych instytucji do uczestniczenia w najważniejszym obiegu światowej nauki. W ciągu czterech lat wynik tego sprawdzianu wyraźnie się pogorszył, a my przestaliśmy nawet pytać, dlaczego.
Sebastian Nizio
