Powinny być granice, których media i politycy nie przekraczają
Brutalizacja debaty publicznej nigdy nie jest jednostronna i nigdy nie kończy się na jednym obozie. Każde przekroczenie przesuwa granicę o kilka centymetrów dalej. To, co wczoraj wydawało się nie do pomyślenia, dziś jest nazywane „ostrą publicystyką”, a jutro stanie się standardem. A potem wszyscy będziemy się dziwić, że polityka przypomina ring bez sędziego – pisze Paulina MATYSIAK
Gdy w polityce mówi się, że na kogoś „poszło zlecenie”, brzmi to zawsze odrobinę paranoicznie i spiskowo. Ale trzeba przyznać, że ciąg publikacji w liberalnych mediach dotyczących Szymona Hołowni w ostatnich dniach trudno uznawać po prostu za zbiór przypadków.
Tym bardziej że zbiegło się to z rozpadem Polski 2050. Rozumiem, że ten projekt polityczny został ostatecznie złożony do grobu; rozumiem, że niedawnym wyborcom trzeba dobitnie pokazać, żeby przerzucali swoje poparcie na inne podmioty, ale jest to robione w sposób, który przekracza wiele granic.
Myślę tu przede wszystkim o tekście Jacka Nizinkiewicza w „Rzeczpospolitej”, w którym przy okazji Dnia Walki z Depresją postanowił napisać, że na tę chorobę zapadł rzekomo Szymon Hołownia. Ręce nie mają gdzie opadać. Właściwie nie do końca wiadomo, co jest niższe: ujawnianie informacji o stanie zdrowia na potrzeby publicystyczno-polityczne czy wykorzystywanie dnia, który ma przypominać o bardzo groźnej chorobie, z którą zmaga się wielu Polaków, jako pretekstu do politycznej młócki. Chwilę później podobnie postąpiła zresztą „Polityka” – tekst o przywilejach emerytalnych w służbach mundurowych i grupie wyjątkowo młodych emerytów wykorzystując jako okazję, żeby na okładce zamieścić fotografie żon Karola Nawrockiego i Szymona Hołowni.
Powinny być pewne granice, których media i politycy mimo wszystko nie przekraczają. A dane wrażliwe o stanie zdrowia lub wciąganie w różne wojenki członków rodziny wydają się obszarami, które powinny być chronione szczególnie. Niestety, im bardziej wszystkie strony wmawiają sobie, że polska polityka jest świętą wojną, tym chętniej będą sięgać po chwyty poniżej pasa, bo stawka jest tego warta.
W logice permanentnej kampanii wyborczej przeciwnik przestaje być człowiekiem. Staje się figurą, obiektem do obróbki. A skoro jest tylko figurą, to można nim grać na wszelkie sposoby – z jego rodziną i ludzkimi słabościami na czele. Problem w tym, że po drugiej stronie wciąż jest człowiek z krwi i kości. Warto pamiętać, że ten mechanizm odczłowieczania nigdy nie zatrzymuje się na jednej osobie. Dziś dotyczy jednego polityka, jutro może dotyczyć każdego.
Można oczywiście wzruszyć ramionami i powiedzieć, że taka jest polityka. Tylko że polityka jest taka, jaką sami tworzymy. I mam tu na myśli nie tylko polityków, ale też dziennikarzy i odbiorców. Polecam przejrzeć komentarze w mediach społecznościowych i sprawdzić, kto wyraził niezgodę na praktyki dziennikarza wobec Szymona Hołowni, a kto postanowił milczeć. Bo milczenie w tym przypadku jest akurat bardzo wymowne.
Brutalizacja debaty publicznej nigdy nie jest jednostronna i nigdy nie kończy się na jednym obozie. Każde przekroczenie przesuwa granicę o krok dalej. To, co wczoraj wydawało się nie do pomyślenia, dziś jest nazywane „ostrą publicystyką”, a jutro stanie się standardem. A potem wszyscy będziemy się dziwić, że polityka przypomina ring bez sędziego.
Trzeba reagować, zabierać głos, jasno przeciwstawiać się takiemu prowadzeniu walki politycznej, która opiera się na personalnych atakach, a nie na merytoryce. Każdy z nas może dać temu odpór.
Tekst pierwotnie ukazał się na łamach „Wszystko co Najważniejsze”. Przedruk za zgodą redakcji.
Paulina MATYSIAK
Filolożka i filozofka. Posłanka na Sejm IX i X kadencji. Przewodnicząca Parlamentarnego Zespołu ds. Walki z Wykluczeniem Transportowym. Autorka felietonów "Pisane lewą ręką", które ukazują się w każdą sobotę we "Wszystko co Najważniejsze".
