Protesty utrudniają leczenie wirusu ebola w Demokratycznej Republice Konga
Demokratyczna Republika Konga znów walczy z ebolą. Tym razem problemem nie jest jednak tylko sam wirus. Coraz większym zagrożeniem staje się także gniew mieszkańców, którzy nie godzą się na sposób, w jaki służby medyczne postępują ze zmarłymi. Tam, gdzie lekarze próbują zatrzymać zakażenia, część rodzin protestuje przeciwko metodom zatrzymania epidemii.
W ostatnich dniach doszło do dwóch szczególnie niepokojących incydentów Demokratyczna Republika Konga. Najpierw w Rwampara grupa rozwścieczonych mieszkańców wtargnęła do placówki medycznej, domagając się wydania ciał krewnych, którzy zmarli na ebolę. Dzień później w Mongbwalu podpalono namioty używane przez Lekarzy bez Granic. W czasie zamieszania część pacjentów uciekła z ośrodka. Associated Press podawała, że zniknęło co najmniej 18 osób podejrzewanych o zakażenie.
To właśnie pochówki stały się dziś jednym z najbardziej zapalnych punktów całej epidemii. Z medycznego punktu widzenia sprawa jest jasna: ciało osoby zmarłej na ebolę pozostaje wysoce zakaźne i musi być przygotowane do pochówku przez specjalnie przeszkolone ekipy w pełnych środkach ochrony. Kongijskie władze i organizacje pomocowe powtarzają, że bez tego wirus będzie rozprzestrzeniał się dalej. Minister zdrowia Roger Kamba mówił wręcz, że zmarli nie mogą „zabierać ze sobą kolejnych osób do grobu”.
Problem w tym, że dla wielu rodzin w Ituri taki sposób postępowania oznacza brutalne przerwanie wszystkiego, co w ich kulturze wiąże się z pożegnaniem bliskich. W tej części Konga naturalne jest, że krewni i sąsiedzi gromadzą się przy ciele, dotykają zmarłego, żegnają go zgodnie z lokalnym obyczajem. Gdy ekipom medycznym nie wolno oddać ciała rodzinie, dla części mieszkańców wygląda to jak odebranie ostatniego prawa do godnego pożegnania.
W próżnię po bólu i frustracji bardzo szybko wchodzą plotki. Niektórzy mieszkańcy zaczęli wierzyć, że ebola to „biznes”, a lekarze i organizacje międzynarodowe mogą ukrywać prawdziwe cele swoich działań. W relacjach z Rwampara pojawiały się nawet oskarżenia o handel organami. Tego rodzaju pogłoski nie są nowe – podobne mechanizmy podważały walkę z ebolą już w poprzednich latach – ale teraz znów wracają z pełną siłą.
To właśnie brak zaufania okazuje się dziś być niemal równie groźny jak sam wirus. Lekarze podkreślają, że jeśli ludzie nie wierzą zespołom ratunkowym, zaczynają ukrywać chorych, zabierać ich z placówek albo odmawiać przestrzegania zasad bezpieczeństwa. Każda ucieczka z ośrodka leczenia to ryzyko kolejnych zakażeń. Każdy atak na personel i sprzęt oznacza utratę czasu, którego przy tej chorobie zwykle i tak jest za mało.
Skala samej epidemii pozostaje trudna do jednoznacznego uchwycenia, bo liczby szybko się zmieniają, a część danych pochodzi z różnych etapów rozwoju sytuacji. WHO i CDC potwierdzały w połowie maja ognisko eboli wywołane przez szczep Bundibugyo w prowincji Ituri. Wtedy oficjalne liczby były wyraźnie niższe od tych późniejszych, przytaczanych przez lokalne źródła i media. To sugeruje, że ognisko rozwinęło się bardzo szybko i że system nadzoru nie zawsze nadąża za sytuacją w terenie.
Na tym tle coraz mocniej widać także problem zasobów. Organizacje pracujące w terenie alarmują, że brakuje pieniędzy, sprzętu i personelu, a część placówek jest już przeciążona. Al Jazeera cytowała lokalnych urzędników i medyków, którzy przyznawali, że nowe przypadki pojawiają się niemal codziennie, a możliwości reagowania nie nadążają za tempem epidemii. MSF już wcześniej zapowiadało przygotowania do szerokiej odpowiedzi w Ituri.
W dodatku problem dawno przestał być tylko lokalny. Afrykańskie organizacje objęły wysokim alertem dziesięć państw regionu, a WHO uznała sytuację w Demokratycznej Republice Konga i Ugandzie za zagrożenie o międzynarodowym znaczeniu. To pokazuje, że ognisko w Ituri jest dziś postrzegane nie jako odizolowany epizod, lecz jako potencjalny początek szerszego kryzysu w regionie.
Najbardziej niepokojące jest jednak to, że w takich warunkach sama medycyna nie wystarczy. Nawet najlepiej przygotowane procedury nie zadziałają, jeśli będą odbierane jako narzucona siłą obca logika. W Kongu stawką nie jest już tylko zatrzymanie wirusa, ale też odbudowanie elementarnego zaufania między ludźmi a tymi, którzy próbują ich leczyć.
Wojciech T. Madeja
