Co trzeci uczeń zgłaszający w Polsce przemoc trafia na mur obojętności
Uczeń zdobywa się na odwagę, idzie do wychowawcy i opowiada o groźbach, wyśmiewaniu albo pobiciu. W odpowiedzi może usłyszeć zapewnienie, że ktoś zajmie się sprawą, ale później nie następuje żadna interwencja. Taką sytuację opisało 22 proc. uczestników badania, którzy poinformowali o przemocy, natomiast kolejnych 16 proc. uznało, że ich zgłoszenie zostało po prostu zlekceważone.
Po uwzględnieniu nakładających się odpowiedzi okazuje się, że 32 proc. zgłaszających nie zauważyło realnego działania. Tylko 39 proc. odpowiedziało, że dzięki interwencji problem rzeczywiście udało się zakończyć. Dziewięć procent miało natomiast dodatkowe kłopoty z powodu tego, że postanowiło powiedzieć dorosłym o przemocy.
To właśnie reakcja szkoły, a nie sam wskaźnik rozpowszechnienia agresji, jest najbardziej niepokojącym wnioskiem z raportu „Rówieśnicy 2026”. Dokument Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę powstał na podstawie odpowiedzi 141 911 osób w wieku od 10 do 17 lat. Jest największym przeprowadzonym w Polsce badaniem poświęconym temu, jak uczniowie krzywdzą innych, jak sami są krzywdzeni i co dzieje się, kiedy próbują szukać pomocy.
Co następuje po zgłoszeniu przemocy?
W całej próbie 16 proc. uczniów poinformowało szkołę o krzywdzie wyrządzonej im samym, a 19 proc. interweniowało w sprawie innej osoby. Piętnaście procent wiedziało o takim zdarzeniu, lecz zachowało tę informację dla siebie. Pozostała połowa odpowiedziała, że nie spotkała się z sytuacją, którą należałoby zgłosić.
Spośród uczniów decydujących się na interwencję 64 proc. zwróciło się do wychowawcy, a 37 proc. do innego nauczyciela. Pedagoga szkolnego wybrało 18 proc., psychologa 14 proc., natomiast co piąty badany wskazał również inną osobę, najczęściej kogoś z rodziny albo z grona przyjaciół. Ponieważ można było udzielić kilku odpowiedzi, wartości te nie tworzą jednej sumy.
Jedynie 33 proc. zgłaszających oceniło, że zostali uważnie wysłuchani i podjęto próbę udzielenia im pomocy. Rozmowę z osobą stosującą przemoc przeprowadzono w 30 proc. przypadków, a równie często problem rozpatrywano wspólnie z kilkoma osobami zaangażowanymi w zdarzenie. Rodziców poinformowano według 18 proc. badanych, tyle samo osób wskazało omówienie problemu na forum klasy, a dyrekcja została włączona w co dziesiątą sprawę.
Skutki tych działań były bardzo zróżnicowane. Rozwiązanie problemu potwierdziło 39 proc. uczniów, 34 proc. mówiło o otrzymanym wsparciu, a 30 proc. o konsekwencjach wyciągniętych wobec sprawcy. Wsparcie dla osoby pokrzywdzonej pojawiło się w 28 proc. odpowiedzi, podczas gdy 21 proc. badanych jednoznacznie stwierdziło, że sytuacja nie została rozwiązana.
Dlaczego dzieci nie mówią?
Autorzy raportu zapytali 21 902 uczniów, którzy wiedzieli o przemocy, ale jej nie zgłosili, o powody milczenia. Największa grupa, 44 proc., uznała zdarzenie za zbyt mało poważne. Jednej czwartej możliwość przekazania informacji dorosłemu w ogóle nie przyszła do głowy.
Co piątą osobę powstrzymał strach. Jedenaście procent nie potrafiło wskazać nikogo, komu mogłoby opowiedzieć o zdarzeniu. Odpowiedzi te pokazują, że szkolna przemoc bywa nie tylko ukrywana, ale też normalizowana i traktowana jako nieprzyjemna, lecz zwyczajna część dorastania.
Najmłodsi uczniowie znacznie częściej decydowali się poprosić o interwencję. W grupie 10–12 lat 21 proc. zgłaszało krzywdę dotyczącą siebie, a 27 proc. występowało w sprawie innego dziecka. Wśród osób w wieku 16–17 lat każdy z tych odsetków wynosił już tylko 10 proc.
Spadek liczby zgłoszeń nie musi oznaczać, że starsza młodzież przestaje mieć problemy. Może również wskazywać na malejące zaufanie do skuteczności dorosłych, większą presję grupy albo przekonanie, że nastolatek powinien poradzić sobie sam. Badanie nie pozwala rozstrzygnąć, który z tych mechanizmów ma największe znaczenie, ale wyraźnie wskazuje grupę wymagającą osobnej diagnozy.
Czy uczeń ma komu zaufać?
Na pierwszy rzut oka sytuacja może wyglądać optymistycznie, ponieważ 79 proc. ankietowanych twierdzi, że wie, gdzie zwrócić się w trudnym położeniu. Po zadaniu bardziej konkretnego pytania ten obraz staje się jednak znacznie mniej uspokajający. Rodziców jako pierwszy adres pomocy wybrało 41 proc. badanych, a przyjaciela 37 proc.
Rodzeństwo lub innego członka rodziny wskazało 8 proc. uczniów. Sześć procent przyznało, że nie ma nikogo, z kim mogłoby porozmawiać. W przeliczeniu na wielkość badanej grupy chodzi o kilka tysięcy młodych ludzi pozbawionych – przynajmniej we własnym odczuciu – bezpiecznej osoby.
Jeszcze bardziej wymowna jest pozycja pracowników szkoły. Wychowawca został wskazany jako pierwszy powiernik przez 5 proc. uczestników, pedagog lub psycholog przez 2 proc., a inny nauczyciel przez 1 proc. Instytucja, która ma obowiązek reagować, pozostaje zatem daleko za rodziną i rówieśnikami jako miejsce pierwszego, osobistego kontaktu.
Powstaje w ten sposób niebezpieczny paradoks. Kiedy zdarzenie zostaje już formalnie ujawnione, wychowawca jest najczęstszym odbiorcą informacji. Zanim jednak dojdzie do zgłoszenia, niewielu uczniów postrzega go jako człowieka, któremu spontanicznie opowiedzieliby o własnym lęku, wstydzie lub upokorzeniu.
Skąd wzięło się 87 procent?
Najczęściej przywoływany wynik raportu mówi, że co najmniej jednej z analizowanych form krzywdzenia doznało w ciągu roku 87 proc. respondentów. Wskaźnik obejmuje jednak bardzo różne zdarzenia – od pojedynczej przykrej wiadomości po wielokrotne ataki grupowe. Nie należy więc interpretować go tak, jakby niemal każde dziecko było ofiarą długotrwałego dręczenia.
Badacze przedstawili uczniom dziewięć konkretnych sytuacji. O doświadczeniu jednej, dwóch albo trzech z nich mówiło 37 proc. ankietowanych, od czterech do sześciu wskazało 34 proc., a od siedmiu do dziewięciu 16 proc. Żadnego z wymienionych zdarzeń nie odnotowało u siebie 13 proc. uczestników.
Szczególnie istotne jest zsumowanie dwóch najwyższych przedziałów. Cztery lub więcej rodzajów przemocy pojawiło się w odpowiedziach dokładnie połowy badanych. Nie mamy więc do czynienia wyłącznie z jednym przykrym incydentem, który podnosi ogólną statystykę, ale z rozległym nakładaniem się wielu sposobów krzywdzenia.
Najczęściej uczniowie wskazywali kpiny z wyglądu albo jego obraźliwe ocenianie, czego doświadczyło 58 proc. uczestników. Przykre wiadomości online otrzymywało 56 proc., a wykluczanie z grup internetowych oraz celowe uderzenie pojawiły się w odpowiedziach po 53 proc. badanych. Każda z tych wartości przekracza połowę ogromnej próby.
Do zrobienia czegoś wbrew własnej woli zmuszono 34 proc. uczniów. Kradzież zgłosiło 28 proc., internetowe groźby i rozpowszechnianie złośliwych materiałów po 27 proc., natomiast ataku lub zaczepek ze strony grupy doznało 24 proc. Są to kategorie o różnym ciężarze, ale każda opisuje przekroczenie granic młodego człowieka.
O skali problemu jeszcze więcej mówi częstotliwość zdarzeń. Powtarzających się co najmniej cztery razy drwin z wyglądu doświadczyło 21 proc. wszystkich ankietowanych, wielokrotnego uderzenia 20 proc., a seryjnie wysyłanych nieprzyjemnych wiadomości 18 proc. Te odsetki odnoszą się już nie do pojedynczych konfliktów, lecz do zachowań wracających w życiu ucznia.
Czy wynik opisuje wszystkich polskich uczniów?
Liczba 141 911 uczestników robi ogromne wrażenie, ale wielkość próby nie jest równoznaczna z jej losowym doborem. Do programu zgłaszały się zainteresowane placówki, a następnie w poszczególnych szkołach wybierano klasy uczestniczące w diagnozie. Sami autorzy przyznają, że częściej mogły angażować się środowiska, w których problem został już wcześniej zauważony.
Ankietę przeprowadzano między listopadem 2025 r. a lutym 2026 r. podczas lekcji, z wykorzystaniem komputerów lub urządzeń mobilnych. Z początkowych 164 941 formularzy pozostawiono 141 911, eliminując odpowiedzi niepełne, żartobliwe, niestosowne lub udzielone w podejrzanie krótkim czasie. Następnie wyniki skorygowano wagami odnoszącymi się do wieku i płci.
Wprowadzenie wag zmniejszyło nadreprezentację dzieci w wieku 10–12 lat, które stanowiły 62,7 proc. surowej próby, choć po korekcie ich udział ustalono na 39,7 proc. Uczniowie w wieku 13–15 lat stanowili po ważeniu 35,4 proc., a grupa 16–17 lat 24,9 proc. Zmieniono również proporcje chłopców i dziewczyn, aby zbliżyć je do struktury demograficznej populacji.
Takie postępowanie zwiększa wartość analizy, lecz nie eliminuje efektu samodzielnego zgłaszania się placówek. Rezultaty należy zatem przedstawiać jako odpowiedzi największej dotychczas przebadanej grupy uczniów, nie zaś jako bezbłędny pomiar całej populacji. Najuczciwsze sformułowanie brzmi więc „87 proc. badanych”, a nie „87 proc. wszystkich dzieci w Polsce”.
Kiedy konflikt staje się bullyingiem?
Raport oddziela szeroko rozumianą przemoc od bullyingu, którego wyróżnikami są celowość, powtarzalność i przewaga jednej strony nad drugą. Dzięki temu można odróżnić jednorazową kłótnię od sytuacji, w której uczeń przez dłuższy czas pozostaje obiektem zaplanowanego dręczenia. Tak rozumianego bullyingu w kontakcie bezpośrednim doznało 31 proc. respondentów.
Do stosowania podobnych praktyk przyznało się 25 proc. uczestników. Wśród chłopców udział ten sięgnął 30 proc., a wśród dziewczyn wynosił 19 proc. Najwyższe wskaźniki sprawstwa wystąpiły w grupach 10–12 i 13–15 lat, odpowiednio 26 i 27 proc., podczas gdy u najstarszych badanych było to 21 proc.
Rola sprawcy i osoby pokrzywdzonej często przypadała tym samym ludziom. Czternaście procent całej próby zarówno krzywdziło innych, jak i samo spotykało się z bullyingiem. Wyłącznie po stronie doświadczających znalazło się 17 proc., natomiast 11 proc. wskazało jedynie własne sprawstwo.
Spośród wszystkich uczniów przyznających się do dręczenia innych aż 56 proc. miało również doświadczenie bycia krzywdzonym. Zaledwie 58 proc. respondentów pozostawało poza bezpośrednim udziałem w bullyingu jako sprawcy lub osoby pokrzywdzone. Oznacza to, że przemoc należy analizować jako proces zachodzący w grupie, a nie wyłącznie jako relację pomiędzy jednym agresorem i jedną ofiarą.
Dlaczego przemoc idzie za dzieckiem do domu?
Trzy czwarte ankietowanych zetknęło się z co najmniej jednym z czterech badanych zachowań zaliczonych do cyberprzemocy. W tej kategorii znalazły się przykre wiadomości, internetowe wykluczanie, groźby oraz rozpowszechnianie kompromitujących materiałów. Powtarzalny cyberbullying dotyczył węższej, ale nadal bardzo licznej grupy 20 proc. uczestników.
Cyfrowe dręczenie stosowało 13 proc. badanych. Wśród uczniów mających od 10 do 15 lat doświadczenie cyberbullyingu wskazywało po 21 proc., natomiast w grupie 16–17 lat 17 proc. Między chłopcami i dziewczynami nie odnotowano w tym zakresie większej różnicy.
Sześć procent respondentów było dręczonych wyłącznie przez internet, a 17 proc. tylko podczas kontaktów bezpośrednich. Kolejne 14 proc. doświadczyło obu sposobów działania. Wśród osób dotkniętych bullyingiem w szkole 45 proc. spotykało się z jego kontynuacją przy użyciu telefonu lub internetu.
Te proporcje odpowiadają sposobowi korzystania przez młodzież z sieci. YouTube pojawił się w odpowiedziach 92 proc. uczniów, Messenger 77 proc., TikTok 74 proc., ChatGPT 69 proc., Instagram 66 proc., a Roblox 65 proc. WhatsApp i Facebook osiągnęły po 58 proc., Snapchat 50 proc., a Discord 47 proc.
Nie oznacza to, że wymienione usługi są bezpośrednią przyczyną agresji. Ujawnia natomiast rozmiar przestrzeni, w której szkolne relacje trwają przez całą dobę, a obraźliwy materiał może być powielany i udostępniany bez kontroli dziecka. Dawna granica wyznaczana przez wyjście ze szkoły właściwie przestała istnieć.
Co może ograniczać przemoc?
Uczniowie o niższym poziomie empatii znacznie częściej przyznawali się do krzywdzenia innych. Bullying stosowało 30 proc. osób zakwalifikowanych do grupy o bardzo niskiej lub niskiej empatii, 24 proc. w grupie o wysokim wyniku i 17 proc. wśród uczniów z bardzo wysoką empatią. W przypadku cyberbullyingu wartości zmniejszały się z 17 do 12 i następnie do 8 proc.
Zależność nie przesądza, że pojedyncze zajęcia poświęcone empatii automatycznie powstrzymają agresję. Potwierdza jednak sens długotrwałego rozwijania umiejętności rozpoznawania emocji, dostrzegania konsekwencji własnego zachowania i pokojowego rozwiązywania konfliktów. Kompetencje społeczne okazują się jednym z elementów bezpieczeństwa, a nie wyłącznie dodatkiem wychowawczym.
Drugim czynnikiem jest klimat panujący w placówce. Wśród uczniów wystawiających swojej szkole najniższą ocenę bullying dotknął 49 proc., a cyberbullying 37 proc. Przy bardzo wysokiej ocenie atmosfery te wskaźniki spadały odpowiednio do 15 i 9 proc.
Pomiędzy skrajnymi kategoriami widoczna jest więc ponadtrzykrotna różnica. Nie można na tej podstawie orzec, czy najpierw pojawia się zła atmosfera, czy częste doświadczanie przemocy prowadzi do negatywnej oceny placówki. Można jednak stwierdzić, że oba zjawiska są ze sobą wyraźnie powiązane.
Co powinno się teraz zmienić?
Pierwszym krokiem powinna być lokalna diagnoza przeprowadzana osobno w każdej szkole. Wynik ogólnopolski nie odpowie dyrektorowi, czy największym problemem jego placówki są pobicia, wykluczanie, przemoc na komunikatorach czy bierność świadków. Dopiero poznanie struktury konkretnych zdarzeń pozwala dobrać właściwe działania.
Drugim zadaniem jest stworzenie procedury, którą zrozumie również dziesięcioletnie dziecko. Uczeń powinien wiedzieć, do kogo może się zwrócić, czy zgłoszenie może być anonimowe, kiedy otrzyma odpowiedź i kto będzie odpowiadał za dalsze kroki. Informacja przekazana nauczycielowi musi uruchamiać konkretny proces, zamiast ginąć pomiędzy rozmową z wychowawcą, pedagogiem i dyrekcją.
Trzecim elementem jest ochrona osoby zgłaszającej. Skoro 9 proc. interweniujących uczniów miało później dodatkowe problemy, procedura musi uwzględniać ryzyko odwetu, społecznego wykluczenia i napiętnowania jako osoby donoszącej. Bez takiego zabezpieczenia nawet najlepsza kampania zachęcająca do mówienia może okazać się niewiarygodna.
Potrzebna jest także praca ze sprawcą, grupą i świadkami, a nie wyłącznie z osobą pokrzywdzoną. Dane pokazują, że role mogą się zmieniać, a część uczniów stosujących bullying wcześniej sama była dręczona. Kara bez rozpoznania całego mechanizmu może przerwać pojedyncze zachowanie, lecz niekoniecznie zmieni układ sił w klasie.
Ministerstwo Edukacji Narodowej zapowiedziało wprowadzenie obowiązku raportowania przez placówki incydentów przemocy rówieśniczej, wyznaczenie maksymalnego terminu reakcji oraz systemowe zbieranie informacji. Przygotowano także osobne ścieżki postępowania dla szkoły, rodziców i uczniów. Ostateczna ocena tych rozwiązań będzie możliwa dopiero wtedy, gdy stanie się jasne, czy za nowymi obowiązkami pójdą szkolenia, odpowiedzialność i zasoby potrzebne do rzeczywistej interwencji.
Największą porażką nie jest bowiem samo ujawnienie wysokiej liczby przypadków. Jeszcze groźniejsza byłaby sytuacja, w której młodzi ludzie uznaliby, że opowiadanie dorosłym niczego nie zmienia. Szkoła odzyska ich zaufanie dopiero wtedy, gdy po słowach „potrzebuję pomocy” zawsze nastąpi widoczne, profesjonalne i bezpieczne działanie.
Karolina Jaszowiecka
