Siedem argumentów przeciwko cenzurze internetu. Emmanuel Macron odchodzi, system kontroli pozostanie?
Francja coraz mocniej reguluje internet. Ochrona dzieci przed mediami społecznościowymi, walka z dezinformacją, przeciwdziałanie zagranicznym ingerencjom, weryfikacja wieku użytkowników, odpowiedzialność platform cyfrowych – każdy z tych tematów osobno może mieć racjonalne uzasadnienie. Kiedy jednak wszystkie te działania zestawi się ze sobą, pojawia się pytanie znacznie poważniejsze: jak daleko demokratyczne państwo może posunąć się w kontrolowaniu cyfrowej przestrzeni publicznej?
To pytanie jest szczególnie istotne u schyłku prezydentury Emmanuela Macrona. Francuski prezydent od dawna wskazuje na zagrożenia związane z funkcjonowaniem platform cyfrowych i domaga się silniejszej europejskiej suwerenności w tej dziedzinie. Równolegle we Francji trwa debata o kontroli dostępu nieletnich do mediów społecznościowych, regulowaniu informacji oraz sposobach przeciwdziałania manipulacjom w internecie.
Nie oznacza to jeszcze, że Francja stała się państwem cenzury. Byłoby to stwierdzenie nieprawdziwe i przesadne. Właśnie dlatego warto jednak postawić pytanie wcześniej, zanim powstanie system, którego konsekwencje będzie można ocenić dopiero po latach.
Istnieje co najmniej siedem powodów, dla których wolne społeczeństwo powinno z wyjątkową ostrożnością podchodzić do każdej próby politycznej kontroli internetu.
1. Wolność słowa chroni przede wszystkim opinie niewygodne
Nie potrzebujemy konstytucyjnych gwarancji wolności słowa po to, aby móc chwalić rząd, powtarzać poglądy większości albo publikować opinie akceptowane przez dominujące media. Takie wypowiedzi prawie nigdy nie wymagają szczególnej ochrony.
Wolność słowa staje się potrzebna dokładnie wtedy, gdy ktoś mówi coś, czego inni nie chcą słuchać. Chroni opozycjonistę przed rządem, mniejszość przed większością, autora przed wydawcą, obywatela przed instytucją. Chroni także wypowiedzi przesadne, prowokacyjne, radykalne i błędne, dopóki nie przekraczają granic ustanowionych przez prawo dla gróźb, zniesławienia czy nawoływania do przestępstwa.
Internet radykalnie rozszerzył tę wolność. Po raz pierwszy w historii człowiek bez własnej gazety, stacji telewizyjnej, wydawnictwa i politycznych kontaktów może dotrzeć ze swoją opinią do milionów ludzi. Jest to jedna z największych demokratycznych zmian ostatnich dziesięcioleci.
I właśnie dlatego internet jest tak niewygodny dla każdej władzy.
2. Nie istnieje bezstronny urząd do rozstrzygania, które opinie są właściwe
Państwo może stosunkowo łatwo zdefiniować wiele przestępstw. Znacznie trudniej zdefiniować „dezinformację”, „manipulację informacją” czy treść zagrażającą demokratycznej debacie.
Fakt można zweryfikować. Opinia nie podlega jednak temu samemu testowi.
Czy stwierdzenie, że imigracja jest korzystna dla Francji, jest informacją, opinią czy polityczną perswazją? A twierdzenie przeciwne? Czy dramatyczna ocena stanu francuskich finansów publicznych jest dezinformacją, jeśli opiera się na prawdziwych danych, ale przedstawia je jednostronnie? Czy przewidywanie klęski gospodarczej jest fałszywą informacją, jeżeli przyszłości z definicji nie znamy? Polityka składa się właśnie z takich sporów.
Największym zagrożeniem nie jest więc nawet zła decyzja konkretnego regulatora. Jest nim stworzenie przekonania, że gdzieś może istnieć instytucja zdolna do neutralnego rozdzielania dopuszczalnej debaty od opinii, które powinny zostać usunięte z przestrzeni publicznej.
W demokracji takim arbitrem powinien pozostawać przede wszystkim obywatel.
3. Narzędzia stworzone przeciwko ekstremistom mogą zostać wykorzystane przeciwko zwykłym obywatelom
To jeden z najstarszych problemów państwa. Nowe uprawnienia prawie zawsze powstają w odpowiedzi na przypadki, wobec których społeczeństwo łatwo zgadza się na ograniczenie wolności. Terroryzm. Pedofilia. Przestępczość zorganizowana. Zagraniczne operacje wpływu. Nawoływanie do przemocy.
Problem zaczyna się później.Kiedy infrastruktura już istnieje, można rozszerzać katalog sytuacji uzasadniających jej wykorzystanie. Nie trzeba nawet zakładać złej woli polityków. Wystarczy naturalna tendencja administracji do wykorzystywania instrumentów, które już posiada.
Dlatego w demokracji nie wystarczy pytać, czy obecna władza wykorzysta określone narzędzie odpowiedzialnie. Trzeba zapytać, co będzie mógł z nim zrobić następny rząd.
Emmanuel Macron opuści Pałac Elizejski najpóźniej w 2027 r. Instrumenty prawne, instytucje i infrastruktura cyfrowa stworzone podczas jego prezydentury mogą pozostać. To zasadnicza różnica.
4. Koniec anonimowości oznacza zmianę relacji obywatela z państwem
Zakaz korzystania z mediów społecznościowych przez dzieci poniżej określonego wieku brzmi jak regulacja dotycząca dzieci. Technicznie rodzi jednak pytanie dotyczące wszystkich: skąd platforma ma wiedzieć, że użytkownik jest dorosły?
Weryfikacja wieku nie musi oznaczać przekazywania platformie pełnej tożsamości użytkownika i istnieją rozwiązania projektowane właśnie po to, aby tego uniknąć. Problem polityczny pozostaje jednak fundamentalny: w jaki sposób zbudować system skutecznego sprawdzania uprawnień milionów ludzi, nie tworząc jednocześnie infrastruktury umożliwiającej ich identyfikację?
Anonimowość internetu ma swoją ciemną stronę. Ułatwia obrażanie ludzi, oszustwa, groźby i działalność przestępczą. Ale anonimowość ma również historię demokratyczną.
Pod pseudonimami publikowali pisarze i myśliciele. Anonimowo informacje przekazują sygnaliści. Tożsamość źródeł chronią dziennikarze. Człowiek obawiający się konsekwencji zawodowych może właśnie dzięki anonimowości powiedzieć publicznie to, czego nie powiedziałby pod nazwiskiem.
Świadomość, że każdą wypowiedź można przypisać konkretnej osobie, zmienia zachowanie ludzi nawet wtedy, gdy nikt aktywnie ich nie cenzuruje. Powstaje autocenzura.
5. „Dezinformacja” może stać się najbardziej niebezpiecznym słowem współczesnej polityki
Dezinformacja istnieje. Państwa prowadzą operacje wpływu. Powstają fałszywe konta, spreparowane filmy, zmanipulowane fotografie i skoordynowane kampanie propagandowe. Rozwój sztucznej inteligencji sprawia, że problem będzie jeszcze poważniejszy. Nie wynika z tego jednak, że państwo powinno otrzymać prawo szerokiego definiowania prawdy politycznej.
Historia ostatnich lat powinna nauczyć demokracje pokory. Informacje początkowo odrzucane jako nieprawdziwe bywają później potwierdzane. Prognozy ekspertów okazują się błędne. Konsensus naukowy ewoluuje. Dziennikarze popełniają błędy. Rządy także przekazują informacje niepełne, jednostronne albo zwyczajnie nieprawdziwe.
Najlepszą odpowiedzią demokratycznego społeczeństwa na fałszywą informację pozostaje jej publiczne zweryfikowanie, pokazanie dowodów i umożliwienie odbiorcy porównania różnych źródeł.
Państwowa pieczęć „prawdy” powinna budzić większy niepokój niż polityczny spór o prawdę.
6. Kontrola internetu może wpłynąć na wynik wyborów
To szczególnie ważne we Francji właśnie teraz. Wybory prezydenckie odbędą się w 2027 r. Emmanuel Macron nie może ubiegać się w nich o trzecią kolejną kadencję. Francja wejdzie więc w kampanię, w której ogromna część politycznej komunikacji będzie odbywać się poza tradycyjnymi mediami.
Marine Le Pen i Jordan Bardella, Jean-Luc Mélenchon, Édouard Philippe, Bruno Retailleau oraz inni uczestnicy francuskiego życia politycznego korzystają z internetu po to, aby docierać bezpośrednio do wyborców. To samo robią ich zwolennicy i przeciwnicy.
Każda regulacja dotycząca widoczności treści, dostępu do platform, identyfikacji użytkowników albo kwalifikowania określonych działań jako manipulacji informacyjnej nabiera więc przed wyborami szczególnego znaczenia.
Państwo ma obowiązek chronić wybory przed tajnymi operacjami prowadzonymi przez obce mocarstwa. Nie może jednak chronić obywatela przed politycznymi poglądami innych obywateli. Granica między jednym a drugim musi pozostać bardzo wyraźna.
7. Najgroźniejsza cenzura to taka, której obywatel przestaje zauważać
Klasyczne wyobrażenie cenzury jest dziś przestarzałe. Cenzor nie musi siedzieć w urzędzie i skreślać czerwonym ołówkiem fragmentów artykułu.
W świecie cyfrowym wystarczy, że treść stanie się trudniejsza do znalezienia. Konto może mieć mniejszy zasięg. Materiał może przestać być rekomendowany. Użytkownik może zostać poproszony o kolejną weryfikację. Algorytm może zakwalifikować wypowiedź do kategorii treści wymagających ograniczenia dystrybucji.
Formalnie nikt niczego nie zakazał. Praktycznie – niemal nikt tego nie zobaczy. Dlatego współczesna debata o wolności słowa nie może ograniczać się do pytania, czy państwo zamyka gazety albo wsadza dziennikarzy do więzienia. Musimy pytać również o to, kto ustala reguły widoczności informacji, według jakich kryteriów, pod czyim nadzorem i czy decyzję można zakwestionować.
Mathieu Bock-Côté ostrzega przed „infrastrukturą kontroli”
Właśnie w tym kontekście należy czytać komentarz Mathieu Bock-Côté opublikowany 24 lipca 2026 r. na łamach „Le Figaro”. Francusko-kanadyjski publicysta interpretuje zakaz mediów społecznościowych dla osób poniżej 15. roku życia jako element znacznie szerszego procesu politycznego.
Jego zdaniem media społecznościowe umożliwiły powstanie opinii publicznej „kontestatorskiej” i „dysydenckiej”, uwolnionej od dominujących ram tradycyjnych mediów. Bock-Côté uważa, że właśnie utrata kontroli nad obiegiem opinii jest jednym z powodów rosnącej presji politycznej na regulowanie internetu.
Najmocniejsza jest jednak inna jego przestroga. Bock-Côté pisze o tworzeniu „infrastruktury kontroli i powszechnego nadzoru”, która może z czasem znaleźć zastosowania znacznie wykraczające poza cele przedstawiane podczas jej powstawania.
Nie trzeba przyjmować całej diagnozy Bock-Côté, aby potraktować ten argument poważnie. W liberalnej demokracji system powinien być projektowany nie dla idealnego rządu, któremu bezgranicznie ufamy, lecz również dla rządu, któremu nie będziemy ufać.
Emmanuel Macron odejdzie. System może pozostać
I to być może najważniejszy argument w całej tej dyskusji. Prezydentury się kończą. Partie przegrywają wybory. Ministrowie odchodzą. Parlamentarne większości się zmieniają.
Bazy danych pozostają. Instytucje pozostają. Kompetencje regulatorów pozostają. Ustawy pozostają. Technologie pozwalające identyfikować, klasyfikować i kontrolować użytkowników mogą pozostać znacznie dłużej niż politycy, którzy zdecydowali o ich stworzeniu.
Dlatego pytanie o politykę Emmanuela Macrona wobec internetu nie powinno brzmieć jedynie: czy obecny prezydent Francji zamierza ograniczać wolność słowa?
Ważniejsze jest inne: jaką władzę nad internetem będzie miał następca Emmanuela Macrona dzięki rozwiązaniom, które Francja tworzy dzisiaj? Jeżeli odpowiedzią na kryzys demokracji będzie coraz dokładniejsze kontrolowanie obywateli, demokracja zacznie zwalczać własne problemy metodami podważającymi jej fundamenty.
Wolne społeczeństwo musi zaakceptować fakt, że ludzie będą mówili rzeczy głupie, nieprawdziwe, niesprawiedliwe, radykalne, irytujące i wymierzone we władzę. Prawo powinno wyznaczać granice tam, gdzie zaczyna się przestępstwo, a nie tam, gdzie kończy się polityczny komfort rządzących.
Emmanuel Macron odejdzie z Pałacu Elizejskiego. Wolność słowa musi pozostać.
Arkadiusz Jordan
