Sojusznik Donalda Trumpa chce kontynuacji walki z bojówkami
Kolumbia wybrała nowego prezydenta i zrobiła to w sposób, który dobrze pokazuje szerszy kierunek politycznych zmian w Ameryce Łacińskiej. Zwycięstwo Abelarda de la Esprielli oznacza nie tylko koniec krótkiego lewicowego eksperymentu Gustavo Petra, ale też kolejny sygnał, że w regionie rośnie znaczenie polityków obiecujących twardą walkę z przestępczością, bliższe relacje z Waszyngtonem i bardziej liberalne podejście do gospodarki.
Sam wynik był bardzo wyrównany, co od razu pokazuje skalę podziału w kolumbijskim społeczeństwie. Abelard de la Espriella wygrał niewielką różnicą głosów, a wybory potwierdziły, że kraj pozostaje niemal idealnie rozcięty na dwa obozy. Nie jest to więc triumf dający swobodę głębokiej przebudowy państwa bez oporu. To raczej zwycięstwo, które otwiera nowy etap ostrego politycznego przeciągania liny.
Mimo to znaczenia tego głosowania nie da się sprowadzić tylko do samej Kolumbii. W ostatnich latach Ameryka Łacińska przeżywa wyraźne przesunięcie w prawo. Po okresie, w którym wielu komentatorów mówiło o nowej „różowej fali” i powrocie lewicy do władzy, nadeszło odbicie. Wyborcy w kolejnych państwach zaczęli przesuwać się ku kandydatom obiecującym porządek, bezpieczeństwo, deregulację i twardszy kurs wobec grup przestępczych oraz nielegalnej migracji. Kolumbia dołącza dziś do tej tendencji.
Powody są dość czytelne. W wielu krajach regionu zbiegły się trzy kryzysy: słabsza gospodarka, rosnące poczucie chaosu bezpieczeństwa i zmęczenie wyborców elitami, które nie potrafiły dostarczyć szybkiej poprawy codziennego życia. W takich warunkach dobrze odnajdują się politycy prezentujący się jako outsiderzy, mówiący prostym językiem i oferujący ostre, natychmiastowe recepty. Hasła o megawięzieniach, wojnie z gangami i przywracaniu porządku trafiają dziś do wyborców dużo silniej niż bardziej złożone opowieści o reformach społecznych.
W Kolumbii ta logika zadziałała wyjątkowo mocno, bo kraj od lat zmaga się z przemocą związaną z handlem narkotykami, nielegalnym wydobyciem surowców i obecnością uzbrojonych grup na prowincji. Po sześciu dekadach konfliktu zbrojnego wyborcy coraz częściej nie pytają już, która wizja pokoju jest bardziej ambitna, ale która daje większą szansę na szybkie odzyskanie kontroli nad państwem. To właśnie na tym tle polityka „całkowitego pokoju” Petra zaczęła tracić wiarygodność. Dla części społeczeństwa rozmowy z ugrupowaniami zbrojnymi przestały wyglądać jak droga do stabilizacji, a zaczęły jak sygnał słabości państwa.
Nowy prezydent obiecuje więc zmianę kursu. Zapowiada zerwanie z dotychczasową logiką rozmów z grupami zbrojnymi, twardsze operacje wojskowe, większe wsparcie dla sektora naftowego i gazowego, obniżki podatków oraz zmniejszenie roli państwa. To program wyraźnie bliższy prawicowemu populizmowi i konserwatywnemu liberalizmowi gospodarczemu niż społecznemu reformizmowi Petra. Jednocześnie nie wszystkie zmiany będą łatwe do przeprowadzenia. De la Espriella wygrał minimalnie, a Kongres pozostaje podzielony. To oznacza, że nowy prezydent będzie musiał negocjować, łagodzić część pomysłów albo ryzykować szybkie zablokowanie swojej agendy.
Właśnie tu zaczyna się najciekawsza część całej historii. Kolumbia skręciła w prawo, ale nie zrobiła tego z pozycji politycznej jedności. To kraj spolaryzowany, zmęczony, sfrustrowany i nadal bardzo nieufny wobec własnych elit. De la Espriella nie obejmuje władzy jako lider szerokiego narodowego konsensusu, lecz jako prezydent wybrany przez społeczeństwo, które bardziej od wielkich projektów ideowych szuka dziś zdecydowania i skuteczności.
Znaczenie tego zwycięstwa wykracza jednak poza politykę wewnętrzną. Kolumbia prawdopodobnie wyraźnie poprawi relacje ze Stanami Zjednoczonymi. Za rządów Petra stosunki z Waszyngtonem były napięte, zwłaszcza na tle migracji, handlu i amerykańskiej polityki bezpieczeństwa w regionie. Nowy prezydent wchodzi do Pałacu Nariño jako polityk znacznie bliższy amerykańskiej prawicy i wyraźnie bardziej otwarty na strategiczne zbliżenie z USA. To może oznaczać głębszą współpracę wojskową, mocniejszą koordynację antynarkotykową i bardziej jednoznaczne wpisanie Kolumbii w regionalną architekturę bezpieczeństwa wspieraną przez Waszyngton.
To wszystko dzieje się w momencie, gdy administracja Donalda Trumpa wyraźnie zwiększa swoje zainteresowanie Ameryką Łacińską. Stany Zjednoczone próbują jednocześnie ograniczać wpływy Chin, wzmacniać własną obecność polityczną i bezpieczeństwa oraz odbudowywać bardziej posłuszną wobec siebie mapę sojuszy w regionie. Z tego punktu widzenia wynik w Kolumbii ma dla Waszyngtonu znaczenie większe niż tylko zmiana jednego rządu. To kolejny element budowania przychylniejszego układu politycznego w całym sąsiedztwie USA.
Nie znaczy to jednak, że prawicowy zwrot gwarantuje szybki sukces. Wręcz przeciwnie. W wielu krajach regionu prawica wygrywała już wybory pod hasłami porządku i dyscypliny, a potem zderzała się z twardą rzeczywistością deficytów, protestów społecznych, słabych instytucji i utrzymującej się przemocy. Ten sam problem stoi dziś przed Kolumbią. Twarde deklaracje mogą politycznie działać, ale państwo nadal będzie musiało zmierzyć się z uzbrojonymi grupami, wysokim zadłużeniem, nierównościami społecznymi i chroniczną słabością obecności instytucji na prowincji.
Dlatego zwycięstwo de la Esprielli najlepiej czytać nie jako prosty triumf jednej ideologii, ale jako efekt zmęczenia społeczeństwa i szerszego przesunięcia nastrojów w regionie. Ameryka Łacińska nie tyle nagle pokochała prawicę, ile raczej coraz częściej głosuje przeciwko chaosowi, przestępczości i stagnacji gospodarczej, nawet jeśli odpowiedzią mają być politycy obiecujący rozwiązania brutalne, ryzykowne albo trudne do wykonania.
Kolumbia stała się dziś jednym z najważniejszych przykładów tej zmiany. Cztery lata po wyborze pierwszego lewicowego prezydenta państwo znów skręca w przeciwną stronę. To mówi dużo nie tylko o samej Kolumbii, ale i o całym regionie. Różowa fala wyraźnie słabnie. Na jej miejsce wchodzi nowa epoka polityków, którzy obiecują nie tyle sprawiedliwsze społeczeństwo, ile silniejsze państwo, surowszy porządek i bliższy sojusz z amerykańską prawicą.
Maciej Bzura
