Trzeci rok wzrostu ubóstwa relatywnego. Dwie Polski
Ubóstwo relatywne objęło w 2025 r. 13,5 proc. mieszkańców Polski. Wskaźnik zwiększa się trzeci rok z rzędu, choć kraj szybko zbliża się pod względem konsumpcji do średniej Unii Europejskiej, a większość Polaków dobrze ocenia własne warunki materialne. Wszystkie te dane mogą być prawdziwe. Problem polega na tym, że opowiadają o zupełnie innych Polskach.
Polskie statystyki społeczne coraz trudniej złożyć w jeden logiczny obraz. Z jednej strony niemal 2 mln osób żyje poniżej minimum egzystencji, 364 tys. dzieci doświadcza skrajnej biedy, a prawie 5 mln mieszkańców znajduje się w zasięgu ubóstwa relatywnego. Z drugiej strony rzeczywista konsumpcja przypadająca na jednego mieszkańca Polski dochodzi już do 86 proc. średniej Unii Europejskiej. Do tego 67 proc. badanych pod koniec 2025 r. pozytywnie oceniało własne warunki materialne, a w kwietniu 2026 r. odsetek zadowolonych sięgnął 70 proc.
Wyniki badań nie muszą się wzajemnie wykluczać. Pokazują jednak, że sposób informowania o kondycji społeczeństwa staje się coraz mniej czytelny. Jednego dnia słyszymy o gospodarczym sukcesie, następnego o milionach ubogich, a później o rekordowym zadowoleniu Polaków. Każda wiadomość zawiera prawdziwą liczbę, lecz żadna z osobna nie wyjaśnia, co naprawdę dzieje się z poziomem życia.
Trzy granice biedy pokazują trzy różne problemy
Najpierw trzeba rozdzielić pojęcia, które w nagłówkach często wrzuca się do jednego worka. Ubóstwo skrajne oznacza życie za kwotę niższą od minimum egzystencji. Jest to bardzo niski próg, który obejmuje jedynie wydatki konieczne do przetrwania i zachowania zdrowia.
W 2025 r. poniżej tej granicy znajdowało się 5,3 proc. osób, wobec 5,2 proc. rok wcześniej. Dla osoby prowadzącej jednoosobowe gospodarstwo minimum egzystencji wynosiło 1037 zł miesięcznie, a dla czteroosobowej rodziny 2799 zł. Obie wartości wzrosły w ciągu roku o 6,7 proc. Według GUS skala skrajnego ubóstwa pozostała zatem prawie niezmieniona.
Powodem tej stabilizacji był między innymi stosunkowo szybki wzrost wydatków osób znajdujących się na dole drabiny dochodowej. W pierwszej grupie kwintylowej, czyli wśród 20 proc. mieszkańców o najniższych dochodach, wydatki zwiększyły się średnio o 7,9 proc. Wzrosły więc mocniej niż próg minimum egzystencji. Najbiedniejsi zdołali nadążyć za kosztami podstawowego koszyka, ale nie oznacza to, że przybliżyli się do poziomu życia reszty społeczeństwa.
Tę różnicę pokazuje ubóstwo relatywne. Jego granicę wyznacza połowa przeciętnych wydatków gospodarstw domowych. W 2025 r. próg wynosił 1332 zł dla jednej osoby i 3597 zł dla czteroosobowej rodziny. Poniżej tej linii znalazło się 13,5 proc. ludności, podczas gdy rok wcześniej było to 13,3 proc.
Zmiana o 0,2 punktu procentowego nie wygląda dramatycznie, ale niepokojący jest jej kierunek. W 2022 r. wskaźnik wynosił 11,7 proc., w 2023 r. podniósł się do 12,2 proc., rok później osiągnął 13,3 proc., a następnie wzrósł do 13,5 proc. Oznacza to trzy kolejne lata pogorszenia, czego nie notowano od co najmniej dwóch dekad. Od najlepszego wyniku z 2022 r. przybyło 1,8 punktu procentowego, a Polska cofnęła się w okolice poziomu obserwowanego w 2016 r.
Istnieje jeszcze ubóstwo ustawowe, którego wysokość zależy od administracyjnie określonych kryteriów uprawniających do pomocy społecznej. Po podwyższeniu progów w 2025 r. jego wskaźnik skoczył z 2,6 proc. do 8,1 proc. Nie znaczy to, że w ciągu roku nastąpiła nagła eksplozja biedy. Zmieniła się przede wszystkim granica przyjęta w przepisach.
Ten przykład dobrze pokazuje problem z napływającymi danymi. Liczba osób uznanych za ubogie może wzrosnąć dlatego, że pogorszyły się warunki życia, społeczeństwo podniosło własny poziom konsumpcji albo państwo zmieniło kryterium pomocy. Bez informacji o metodzie trzy odmienne zjawiska mogą zostać przedstawione jako jeden kryzys.
Za procentami kryją się setki tysięcy dzieci
Zastrzeżenia metodologiczne nie mogą służyć do pomniejszania realnej biedy. Raport Szlachetnej Paczki oparty na danych za 2024 r. wskazywał, że poniżej minimum egzystencji pozostawało prawie 2 mln Polaków, w tym 364 tys. dzieci oraz ponad 400 tys. seniorów. Liczba skrajnie ubogich dzieci spadła z ponad 520 tys. rok wcześniej, jednak nadal odpowiadała liczbie mieszkańców dużego polskiego miasta.
W ubiegłym roku szkolnym jedna trzecia uczniów nie wyjechała na wakacje. Wśród tej grupy 44 proc. rodzin wskazało brak pieniędzy jako powód pozostania dziecka w domu. Nie jest to już kwestia biologicznego przetrwania, lecz właśnie ubóstwa relatywnego: dziecko ma jedzenie i dach nad głową, ale zostaje wykluczone z doświadczeń dostępnych dla większości jego rówieśników.
Inne dane z raportu są równie mocne. Aż 1,1 mln osób nie mogło zapewnić sobie odpowiedniego ciepła w mieszkaniu, 433,1 tys. pobierało świadczenia określane jako emerytury głodowe, a co piąta starsza osoba była niedożywiona. Spośród 523 mln wystawionych recept nie zrealizowano 78 mln. Czterech na dziesięciu seniorów doświadczało izolacji społecznej, a pięć na sto mieszkań nie posiadało toalety.
Poniżej minimum socjalnego znajdowało się 41,3 proc. gospodarstw domowych. Nie należy tej wartości przedstawiać jako odsetka ludzi żyjących w skrajnym ubóstwie, ponieważ minimum socjalne wyznacza znacznie wyższy poziom. Opisuje ono warunki pozwalające nie tylko przeżyć, lecz także uczestniczyć w życiu społecznym, korzystać z kultury, edukacji i podtrzymywać więzi z innymi ludźmi.
W Polsce prawie 4 mln osób ma orzeczenie o niepełnosprawności. Dla wielu z nich ubóstwo oznacza nie tylko niski dochód, ale też większe wydatki na leczenie, rehabilitację, transport i opiekę. Standardowe statystyki wydatków nie zawsze potrafią uchwycić tę różnicę. Dwie rodziny dysponujące taką samą kwotą mogą mieć zupełnie inną możliwość zaspokajania potrzeb.
Kraj się bogaci, lecz nie wszyscy w tym samym tempie
Alarmujące dane o biedzie pojawiają się w czasie szybkiego rozwoju konsumpcji. W 2025 r. rzeczywiste spożycie indywidualne na mieszkańca, uwzględniające zakupy prywatne i część usług publicznych, wzrosło o 4,5 proc. Był to drugi najlepszy wynik w Unii Europejskiej, ustępujący jedynie Bułgarii.
Polska osiągnęła pod tym względem prawie 86 proc. średniej unijnej, wobec 82 proc. w 2024 r. i niewiele ponad 75 proc. w 2019 r. W ciągu sześciu lat udało się więc zmniejszyć dużą część dystansu do bogatszych państw Europy.
Nie przeczy to wzrostowi ubóstwa relatywnego. Jeżeli przeciętna konsumpcja rośnie szybko, rodzina poprawiająca swoje warunki w wolniejszym tempie może spaść poniżej ruchomej granicy biedy. Jej wydatki są wyższe niż rok wcześniej, ale dystans do reszty kraju staje się większy. Wskaźnik nie mówi wówczas, że rodzina ma mniej niż przed rokiem, lecz że pozostaje coraz dalej za społeczną średnią.
Widać to również w danych o dochodach. Przeciętny dochód osoby należącej do najniższej grupy kwintylowej stanowił w 2025 r. tylko 17,3 proc. dochodu osiąganego w grupie najwyższej. Rok wcześniej relacja wynosiła 19 proc., a więc rozpiętość zwiększyła się o 1,7 punktu procentowego. Jedną z przyczyn była słabsza niż wcześniej podwyżka płacy minimalnej. Jednocześnie dochody netto samozatrudnionych rosły szybciej od wynagrodzeń pracowników etatowych.
Na dole rozkładu wydatki zwiększały się szybciej niż dochody, co może świadczyć o częstszym korzystaniu z kredytu. Obniżki stóp procentowych ułatwiły finansowanie bieżącej konsumpcji, lecz dług nie jest trwałym sposobem poprawy położenia. W części lepiej sytuowanych gospodarstw wydatki rosły jeszcze mocniej, dlatego różnice między grupami zamiast się zmniejszać zaczęły ponownie narastać.
Coraz więcej dobrobytu dostarcza państwo
Drugą przyczyną statystycznego zamieszania jest wzrost znaczenia usług publicznych. Realna konsumpcja gospodarstw domowych w przeliczeniu na mieszkańca zwiększyła się w 2025 r. o 4,1 proc., a od końca 2019 r. o 16,8 proc. W tym samym czasie spożycie indywidualne zapewniane przez sektor finansów publicznych wzrosło odpowiednio o 6,7 proc. oraz 39 proc.
Państwowa część konsumpcji rozwijała się więc przeszło dwa razy szybciej niż prywatna. Oznacza to, że poprawa warunków życia coraz częściej przychodzi nie w postaci pieniędzy pozostających w domowym budżecie, lecz poprzez szkołę, leczenie i inne usługi opłacane ze środków publicznych.
Najlepiej widać to w ochronie zdrowia. W ciągu pięciu lat nakłady publiczne zwiększyły się z 4,6 proc. do 6,3 proc. PKB. Wydatki prywatne pozostały natomiast w pobliżu 1,8 proc. PKB i nawet minimalnie się obniżyły. Dostęp do leczenia coraz mocniej zależy więc od działania systemu publicznego, a coraz słabiej od bezpośrednich zakupów gospodarstw domowych.
Przed pandemią poziom indywidualnej konsumpcji zapewnianej przez państwo wynosił w Polsce 56 proc. średniej UE. W 2025 r. dochodził już do 73 proc. Konsumpcja prywatna przesunęła się w tym czasie z około 80 proc. do 89 proc. europejskiej średniej. Polska nadrabiała zaległości w obu obszarach, ale znacznie szybszy skok nastąpił po stronie publicznej.
To częściowo wyjaśnia dobre oceny własnej sytuacji materialnej. Człowiek może nie mieć znacznie wyższej wypłaty, a mimo to korzystać z większej liczby usług finansowanych wspólnie. Prywatne wydatki nie pokazują wówczas całego poziomu jego konsumpcji.
Powstaje jednak nowa zależność. Im większa część dobrobytu pochodzi z sektora publicznego, tym silniej poziom życia obywateli jest związany ze stanem budżetu i sprawnością instytucji. Jeżeli usługi publiczne będą się rozwijały, mogą łagodzić skutki nierówności dochodowych. Gdy zabraknie pieniędzy albo pogorszy się ich jakość, gospodarstwa o niskich dochodach nie będą miały środków, aby zastąpić je ofertą prywatną.
Alarm dotyczy przede wszystkim rosnącego dystansu
Z danych nie wynika, że Polska znajduje się w powszechnym gospodarczym upadku. Konsumpcja rośnie, skrajne ubóstwo pozostaje blisko poziomu z poprzedniego roku, a dystans wobec Unii Europejskiej szybko się zmniejsza. Równocześnie jednak coraz większa grupa mieszkańców nie nadąża za standardem życia wyznaczanym przez resztę kraju.
Właśnie dlatego trzeci kolejny wzrost ubóstwa relatywnego powinien zostać potraktowany poważnie. Nie jest dowodem, że miliony ludzi nagle straciły wszystko. Informuje natomiast, że rozwój Polski coraz słabiej łączy społeczeństwo, a coraz wyraźniej je różnicuje.
Coś rzeczywiście nie zgadza się w obrazie tworzonym przez napływające statystyki. Nie dlatego, że muszą być fałszywe, lecz dlatego, że każda mierzy inny fragment życia, posługuje się innym progiem i opisuje inną grupę. Zestawione bez wyjaśnienia mogą równocześnie ogłaszać sukces, kryzys i rekordowe zadowolenie.
Najważniejszym ostrzeżeniem nie jest więc pojedynczy procent. Jest nim coraz większa odległość między tymi, którzy korzystają ze wzrostu gospodarczego bezpośrednio, a ludźmi, których poziom życia zależy od kredytu, świadczeń i jakości usług państwa. Polska staje się zamożniejsza, lecz dane za 2025 r. nie dają pewności, czy w tym samym tempie staje się społeczeństwem bardziej bezpiecznym.
Sebastian Nizio
Opis ilustracji: Pęknięte czerwone schody symbolizujące wzrost gospodarczy, rosnące nierówności i uzależnienie poziomu życia od wsparcia państwa.
