Michel

Michel Houellebecq i histeria w Berlinie

Po długim milczeniu Michel Houllebecq zabiera głos. Jednak w czasach inflacji wypowiedzi artystów o świecie jest to głos całkowicie odrębny, dla wielu skandaliczny. Taki, jakiego oczekiwalibyśmy od ludzi sztuki. Zupełnie inny od histerycznych reakcji na tegoroczny Festiwal Filmowy w Berlinie.

Zbiorowa histeria w Berlinie

Festiwal Filmowy w Berlinie był w tym roku nie tylko zmaganiem się artystów o Złote Lwy, ale także politycznym cyrkiem. Wszystko zaczęło się od prostej, acz kontrowersyjnej wypowiedzi przewodniczącego jury, Wima Wendersa. Na konferencji prasowej otwarcia (12 lutego 2026 r.), zapytany o stanowisko festiwalu wobec wojny w Gazie i roli Niemiec w wspieraniu Izraela, Wenders odparł: „Musimy trzymać się z dala od polityki, bo jeśli robimy filmy jawnie polityczne, wchodzimy w pole polityki. Ale my jesteśmy przeciwwagą polityki, jesteśmy jej przeciwieństwem”. Dodał, że kino powinno zmieniać świat nie poprzez deklaracje, lecz poprzez ludzkie perspektywy. Brzmi rozsądnie? Dla wielu – nie. To wystarczyło, by rozpętać burzę.

Natychmiastowa reakcja była klasycznym przykładem zbiorowej histerii: ponad 80 (później 104) filmowców, w tym Javier Bardem i Tilda Swinton, podpisało list otwarty w Variety, oskarżając Berlinale o „cenzurę artystów sprzeciwiających się izraelskiemu ludobójstwu w Gazie” i „milczenie” wobec roli Niemiec w umożliwianiu zbrodni. „Jesteśmy zbulwersowani” – pisali, domagając się jasnego sprzeciwu festiwalu. Indyjska pisarka Arundhati Roy wycofała się z udziału, bo artyści powinni powstrzymywać „zbrodnie przeciwko ludzkości”. Media podchwyciły: Euronews krzyczało o „szoku i obrzydzeniu”, Al Jazeera o „skandalu”, a DW News pytało retorycznie: „Czy Berlinale powinno unikać polityki?”. Nawet na ceremonii zamknięcia (21 lutego 2026 r.) laureaci, jak twórcy „Chronicles from the Siege” wyrażali solidarność z Palestyńczykami, co zmusiło festiwal do konfrontacji z tematem, którego unikał. Wenders podsumował później: „Pogoda była trochę burzliwa”.

I nie zabieram tu stanowiska w tej sprawie. Jako człowiek nie mogę zgodzić się na okrucieństwo. Ale jako widz festiwalu chce zobaczyć filmy.

No cóż, ponaśmiewajmy się z tej histerii. Oto elita kulturalna, która nie może znieść myśli, że ktoś – w tym przypadku legendarny reżyser – odmawia dołączenia do chóru potępień. Potrzeba wspólnotowych aktów potępienia jest tu jak rytuał plemienny: zbierz podpisy, oskarż o „milczenie” (co jest eufemizmem dla „niezgody z nami”), a potem udawaj, że to „odwaga”. To czysta konformizm – w świecie sztuki, gdzie dominuje progresywna ideologia, niepodpisanie listu to akt herezji. Pamiętacie, jak w starożytnej Grecji tragicy komentowali politykę? Nie przez petycje, lecz przez dzieła, które zmuszały widzów do introspekcji. A tu? Zbiorowe oświadczenia, które brzmią jak gotowe szablony z mediów społecznościowych. Śmieszne, że ci sami, którzy krzyczą o „cenzurze”, sami tworzą presję na jednomyślność. Jak w “Hamlecie”: zamiast lustra, które obnaża władzę subtelnie, mamy megafon, który zagłusza wszystko poza własną narracją. Konformizm pełną gębą – bojkotują, wycofują się, ale tylko wtedy, gdy nie pasuje do ich „strony”. A gdzie miejsce na autonomię? Gdzie sztuka, która stoi obok, a nie w środku histerii?

Czego oczekujemy od artysty

W tej burzy widać jasno, czego nie oczekujemy od artysty: bycia kolejnym sygnatariuszem, głosem w chórze, reproduktorem ideologii środowiska. Artysta nie jest sprzedawcą butów – nie idziemy do niego po opinie polityczne, bo te możemy usłyszeć od każdego (w tym od robotnika rolnego czy użytkownika X). Wszyscy mają prawo do wypowiedzi, ale od artysty żądamy czegoś więcej: przetworzenia świata przez sztukę, czegoś unikalnego, czego nikt inny nie zrobi. Nie tekstu publicystycznego, nie manifestu, nie wpisu z flagą – to potrafimy sami. Oczekujemy odsłonięcia nieznanego: perspektywy, która wstrząśnie, zmusi do katharsis, pokaże konflikt bez prostych rozstrzygnięć.

Jak starożytni tragicy – Ajschylos w “Persach” nie potępiał wroga zbiorowo, lecz pokazywał ludzką hybris z perspektywy pokonanych. Sofokles w “Antygonie*”nie wybierał strony sporu, tylko mówił swoim głosem. Nawet Arystofanes wyśmiewał polityków w grotesce, nie w petycjach. W “Hamlecie” aktorzy nie piszą listu przeciw Klaudiuszowi – oni odgrywają fikcję, która demaskuje sumienie. Dziś oczekujemy tego samego: autonomii, nie determinowanej przez władzę polityczną ani presję środowiska. Artysta powinien być przeciwwagą – tworzyć lustro, nie megafon. Jeśli redukuje się do „zajmowania stanowiska”, traci unikalność i staje się jednym z tłumu. Prawdziwa sztuka przetwarza rzeczywistość w coś, co otwiera oczy, nie zamyka debaty hasłem. Wenders miał rację: sztuka to „przeciwwaga polityki”, nie jej narzędzie.

Michel Houellebecq – inni głos

W marcu 2026 roku Michel Houellebecq wydaje jednocześnie tom poezji Combat toujours perdant i album Souvenez-vous de l’homme. Nie dołącza do żadnego apelu, nie wycofuje się z niczego, nie wyraża „solidarności” z żadną stroną konfliktu. W wywiadzie dla „Marianne” mówi o wojnie na Ukrainie i świeżo rozpoczętej wojnie w Iranie z melancholijnym, niemal zmęczonym dystansem: naprawdę przestraszył się, gdy Emmanuel Macron zaczął mówić o wojskach lądowych – „zastanawiałem się, czy jest psychicznie zrównoważony”. O Gazie Michel Houellebecq wypowiada się wyważenie i bez patosu: Izrael miał prawo odpowiedzieć na atak Hamasu, ale Netanjahu przesadził, operacja trwała za długo i kosztowała zbyt wiele istnień. Jest tylko obserwacja schyłku.

W tym samym czasie Michel Houellebecq powtarza, że legalizacja eutanazji – właśnie wtedy, gdy we Francji toczy się najgorętsza debata o nowej ustawie – to nie postęp, lecz regres cywilizacyjny. Ból da się opanować głęboką sedacją ciągłą, lekarze nie powinni zabijać pacjentów – „to nie jest ich zawód”. Widzi w tym szerszy symptom: odrzucenie cierpienia, starości, naturalnej śmierci; infantylizację połączoną z kapryśnym pragnieniem „ostatecznej wolności”. To nie jest nowa nuta w jego twórczości. Od debiutu w latach dziewięćdziesiątych Houellebecq diagnozuje kryzys zachodniej kultury z przerażającą konsekwencją.

Człowiek Zachodu jest samotny i fragmentaryczny – od Rozszerzenia pola walki po Anéantir. Więzi międzyludzkie rozpadają się, miłość staje się transakcją, pandemia COVID tylko przyspieszyła to, co i tak postępowało od dekad: „brak relacji międzyludzkich to centralny fakt naszej epoki”. W Soumission pokazał, że liberalny Zachód jest tak wyczerpany, tak pusty wewnętrznie, że sam otworzy drzwi religii, która oferuje strukturę, wspólnotę i transcendencję – nie dlatego, że islam jest „lepszy”, lecz dlatego, że Europa sama zrezygnowała z sensu. W najnowszych wierszach i piosenkach wraca do śmierci cywilizacji i śmierci indywidualnej: „do samego końca będziemy żałośni i uciążliwi”, ale wciąż warci współczucia. Wojna światowa w tekstach albumu nie jest wezwaniem do protestu – to wizja melancholijna: samochód jadący na północ ku zorzy polarnej zamiast na południe ku plażom, roboty powtarzające codzienne rytuały po nuklearnej apokalipsie, dezerterstwo jako „najlepsze wyjście”.

Michel Houellebecq jest inny od lewicujących histeryków – i różnica ta jest radykalna. Oni potrzebują zbiorowego aktu, podpisu pod listem, publicznego potępienia, by poczuć się moralnie bezpiecznie. Ich „angażowanie” wpisuje się w ideologię dominującą w galeriach, festiwalach, akademiach i mediach kulturalnych: milczenie jest grzechem, odmowa – zdradą. Houellebecq odrzuca ten mechanizm całkowicie. Nie szuka aplauzu lewicy kulturalnej, nie gra na prawicę (choć prawica czasem go cytuje), nie buduje marki „kontrowersyjnego intelektualisty”. Mówi rzeczy, które w tym środowisku są niewybaczalne: że islam może być odpowiedzią na pustkę Zachodu, że eutanazja to regres, że człowiek jest trochę godny pogardy, ale nie fundamentalnie zły, że wojna nie jest końcem, lecz prologiem. Robi to jednak w formie sztuki – powieść, wiersz, recytacja z muzyką – przetwarza kryzys w coś, co otwiera oczy, a nie zamyka debatę gotowym hasłem.

Tekst pierwotnie opublikowany na „Wszystko co Najważniejsze” [LINK]. Przedruk za zgodą redakcji.

Zdjęcie autora: Margot ROUSSEAU

Margot ROUSSEAU

Filozof i historyk kina. Żyje między Paryżem a Aix-en-Provance. Swoje przemyślenia publikuje na Instagramie, tworząc unikalny esej wizualny. Autorka Cinema Margot.

SUBSKRYBUJ „GAZETĘ NA NIEDZIELĘ” Oferta ograniczona: subskrypcja bezpłatna do 31.07.2026.

Strona wykorzystuje pliki cookie w celach użytkowych oraz do monitorowania ruchu. Przeczytaj regulamin serwisu.

Zgadzam się