Czy starzenie się możemy nazywać chorobą?
Gdy Światowa Organizacja Zdrowia wprowadziła do klasyfikacji chorób kategorię „starzenia się”, wybuchła światowa dyskusja. Za nią stały lata badań nad biologicznym podłożem starzenia, przeciw obawy o etyczne i społeczne konsekwencje. Spór pokazał jedno: to, jak nazywamy zjawiska związane z wiekiem, wpływa nie tylko na medycynę, lecz także na ludzi, którzy z wiekiem mierzą się na co dzień.
W 2018 roku Światowa Organizacja Zdrowia próbowała uporządkować rosnącą wiedzę o zdrowiu, dodając do globalnej klasyfikacji chorób nową kategorię: „old age”. Decyzja ta miała przede wszystkim nadać kierunek badaniom i zwrócić uwagę na to, że procesy biologiczne stojące za starzeniem się są powiązane z wieloma przewlekłymi chorobami od nadciśnienia po miażdżycę. Te same mechanizmy, które odpowiadają za zmarszczki, uczestniczą w powstawaniu schorzeń prowadzących choćby do udarów.
Reakcja opinii publicznej była jednak na tyle silna, że już w 2021 roku Światowa Organizacja Zdrowia wycofała się z pierwotnej kategorii, zastępując ją neutralniejszym określeniem: „ageing-associated declines in intrinsic capacities”. Naukowcy zajmujący się biologią starzenia odebrali to jako krok wstecz ale ta decyzja pokazała, że w medycynie nie istnieją wartości wyłącznie techniczne. Słowa zawsze niosą konsekwencje etyczne.
Jak podkreślono na łamach „The Conversation” kategoria „choroby” nie jest tylko opisem stanu organizmu. To etykieta, która sygnalizuje, że mamy do czynienia z czymś niepożądanym, z defektem wymagającym naprawy. Czasem taka etykieta pomaga jak w przypadku choroby Alzheimera, kiedy precyzyjne nazwanie problemu umożliwia skuteczniejsze leczenie. Czasem zmienia sposób myślenia, jak przy alkoholizmie, pozwalając oderwać zmagania pacjentów od krzywdzących narracji o „braku silnej woli”.
Jednak to, co nazywamy chorobą, zawsze wynika z naszych wartości. Widać to chociażby w sporach wokół autyzmu czy ADHD. Tak samo jest ze starzeniem. Biologia pokazuje, że z wiekiem rośnie podatność na pewne schorzenia. To zapis ludzkiego doświadczenia, fizjologiczna biografia, w której jedni dostrzegają „znaki czasu”, inni dumę z przeżytych lat. Dla wielu to też okres rozwoju: badania opisane na łamach „The Conversation” wskazują na poprawę dobrostanu emocjonalnego, stabilizację, a nawet wzmacnianie niektórych funkcji poznawczych.
Gdybyśmy całość tego procesu zamknęli w kategorii „choroby”, zredukowalibyśmy go do jednego wymiaru: utraty. W świecie, w którym osoby starsze wciąż zmagają się z uprzedzeniami od wypychania z rynku pracy po bagatelizowanie ich dolegliwości przez lekarzy taka narracja mogłaby być wyjątkowo groźna. Podsycałaby przekonanie, że starość to stan „gorszości”, a ludzie starsi są „zużyci” i mniej sprawni z definicji.
Ryzyko jest jasne: uznanie starzenia za chorobę mogłoby utrwalić i pogłębić ageizm. I to właśnie etyczne obawy nie brak wiedzy o biologii stanowią dziś najważniejszy argument, by nie wpisywać starzenia na listę chorób.
Laura WIECZOREK
