Gorączka asystentów AI rozwija się również w Azji
Gorączka asystentów AI trwa w najlepsze, co pokazuje jej rozwój również w krajach Azjatyckich, które coraz częściej korzystają z rozwiązań jak OpenClaw.
Agenci AI w Chinach to jeden z najgorętszych tematów technologicznych początku 2026 roku. W centrum zainteresowania znalazł się OpenClaw, narzędzie stworzone przez austriackiego programistę, które różni się od typowych chatbotów tym, że nie kończy pracy na generowaniu tekstu.
Po podłączeniu do istniejących modeli sztucznej inteligencji może wykonywać konkretne czynności: wysyłać e-maile, porządkować pliki, a nawet pomagać w rezerwacji lotów. To właśnie sprawczość sprawiła, że OpenClaw zaczął być postrzegany nie jako kolejny asystent do rozmowy, lecz jako cyfrowy pracownik. Chińscy użytkownicy szybko ochrzcili zjawisko mianem „lobster fever”, od czerwonej maskotki-homara, która stała się symbolem nowej mody na agentów AI.
Za sukcesem OpenClaw w Chinach stoją nie tylko możliwości techniczne, ale też bardzo sprzyjające warunki rynkowe. Narzędzie zaczęło zdobywać popularność od stycznia, a wydarzenia poświęcone jego konfiguracji przyciągały tłumy w takich miastach jak Pekin, Szanghaj czy Shenzhen. Pod siedzibą Baidu ustawiali się użytkownicy chcący skonfigurować własne „małe homary”, a część samorządów, m.in. w Wuxi i Hangzhou, zadeklarowała wsparcie finansowe dla wdrażania agentów AI. Dużą rolę odegrały też chińskie giganty technologiczne. Tencent, Alibaba, ByteDance i Baidu zaczęły oferować uproszczoną instalację oraz tanie plany uruchamiania agentów w chmurze, co obniżyło próg wejścia praktycznie do poziomu „ceny filiżanki kawy”. W efekcie OpenClaw z narzędzia dla entuzjastów szybko stał się produktem masowej ciekawości.
Popularność agentów AI nie oznacza jednak braku zagrożeń. Właśnie przeciwnie, im więcej taki system potrafi zrobić samodzielnie, tym większe ryzyko wiąże się z oddaniem mu dostępu do poczty, dokumentów, kalendarzy czy kont w różnych usługach. W praktyce agent dostaje cyfrowe klucze do wielu obszarów życia użytkownika, a jeśli zostanie przejęty lub źle skonfigurowany, może stać się narzędziem poważnego incydentu bezpieczeństwa. Dlatego chińskie instytucje odpowiedzialne za cyberbezpieczeństwo i resort przemysłu zaczęły publicznie ostrzegać przed bezrefleksyjnym korzystaniem z „homara”. Występuje pozorna sprzeczność, w której z jednej strony zachęty inwestycyjne i rozwój ekosystemu, z drugiej ostrzeżenia o ryzyku pokazuje, że państwo próbuje jednocześnie wspierać innowację i ograniczać skutki uboczne technologicznej gorączki.
Na popularność OpenClaw wpływa też czynnik psychologiczny. Silne FOMO, czyli lęk przed przegapieniem kolejnej technologicznej rewolucji. Wielu użytkowników i firm nie chce zostać w tyle, zwłaszcza że agenci AI pojawili się w momencie, gdy klasyczne chatboty zaczęły wydawać się zbyt bierne. Dla części odbiorców sztuczna inteligencja przestaje być już tylko narzędziem „do rozmowy”, a staje się systemem, który naprawdę działa. Nic więc dziwnego, że obok OpenClaw natychmiast pojawili się konkurenci, tacy jak ArkClaw od ByteDance, WorkBuddy od Tencentu czy AutoClaw od Zhipu AI. Jednocześnie światowe firmy także dostrzegły wagę tego trendu: twórca OpenClaw został zatrudniony przez OpenAI, a zespół związany z eksperymentalnym projektem Moltbook dołącza do Meta. Wszystko wskazuje więc na to, że „lobster fever” to nie chwilowa ciekawostka, lecz zapowiedź szerszej zmiany, czyli przejścia od AI, która odpowiada, do AI, która działa.
Szymon Ślubowski
