Rok 1984

Rok 1984 mówi o tym, co dzieje się z nami teraz

Nie czytajmy ani nie oglądajmy Roku 1984 z poczuciem wyższości, że oto pochylamy się nad kimś innym, kto miał nieszczęście żyć pod totalitarnym butem. Rok 1984 to opowieść o nas i o tym, co nam grozi – pisze Margot ROUSSEAU

1984 / Nineteen Eighty-Four, reż. Michael Radford, wyst.: John Hurt, Suzanna Hamilton, Richard Burton, Wielka Brytania, 1984

Dobrze jest żyć myślą, że Orwell opisał przeszłość i sformułował diagnozę totalitaryzmów XX wieku, który szczęśliwie dawno już minął. Oczywiście każdy przyzna, że choć Orwell budował na doświadczeniu stalinowskiej Rosji i nazistowskich Niemiec, to diagnoza jest uniwersalna, ale i tak zawężamy ją do wielkich ideologii i spektakularnych dyktatur.

Biorąc pod uwagę kontekst powstania, to oczywiście prawda. Filmowa interpretacja, którą pozostawił nam Radford, prawdziwe wizualne arcydzieło, może taką recepcję tylko wzmacniać. Zimne przestrzenie pokrytego patyną modernizmu, po których porusza się Smith, robocze drelichy i wiece na placu, który mógłby być dobrze ulokowany w Moskwie czy Berlinie, a tu odgrywa Londyn – to wszystko robi ogromne wrażenie, wzmocnione rytmami kompozycji Eurythmics. 

Na marginesie, widać tu estetyczne inspiracje z Thing to come, który kiedyś omawialiśmy. Tam zbombardowany Londyn opanowany został po wojnie przez a-cywilizacyjną tyranię, która w duchu Wellsa była przeciwstawiana cywilizowanemu światu inżynierów-humanistów. O Orwella/Radforda inaczej. Beton Londynu jest przestrzenią dla cywilizacji jak najbardziej oświeconej, ale nieludzkiej.

Patrząc na zdjęcie Wielkiego Brata, który, zgodnie z książkową sugestią samego Orwella, ma wielkie czarne wąsy, widzimy Stalina. Oglądając ręce uniesione w charakterystycznym krzyżu, możemy się doszukiwać sowieckiej symboliki uścisku, ale też ich rytmiczne unoszenie przypomina hitlerowskie gesty utrwalone przez Leni Riefenstahl. Wszystko się zgadza.

Zgadza się nawet Smith, zmęczony robotnik z twarzą Johna Hurta, i aktywistka Julia (Suzanna Hamilton). Człowiek Zachodu mógłby pomyśleć, że jego to nie dotyczy. Że Orwell, a potem Radford, przestrzegają nas, straszą: wyobraź sobie swój Londyn, a może Paryż albo Nowy Jork, w którym zapanował komunizm albo nazizm, a potem przestrasz się, żeby powiedzieć: Nigdy.

W pewnym sensie tak i o tej lekcji powinniśmy pamiętać, bo dziś coraz częściej lekcja XX wieku wydaje się być zapomniana. Ale to nie wszystko. W wielowarstwowej postaci Smitha, w jego dialogach z O’Brienem – w filmie mocno okrojonych, ale wciąż zaznaczonych – powinniśmy oglądać siebie samych tu i teraz.

Smith pisze pamiętnik w nielegalnie kupionym zeszycie. Kto zna książkę, wie, jak ciężko mu to przychodziło. Bo choć Smith wygląda jak inteligent na przymusowych robotach, a nawet jego praca w archiwum, praca z tekstem, jest przecież pracą dla intelektualistów, to jednak jest to inteligencja po katastrofie, która z trudem kleci zdania, nie pamiętając już zasad ortografii albo interpunkcji. Nie musi z nich na co dzień korzystać, redagując hasła i nagłówki, do których została sprowadzona komunikacja w książkowej i filmowej Oceanii.

Smith z trudem, ale też z satysfakcją, pisze zdania w pamiętniku, chowając się w pokojowej wnęce, aby Wielki Brat nie widział. Pytanie, dlaczego Smith pisze pamiętnik, dlaczego jest to złamanie reguł i co mu to daje, stanowi jeden z kluczy do zrozumienia przesłania tej opowieści.

Pierwsza odpowiedź jest prosta. Smith szuka czegoś, co byłoby naprawdę jego, prywatne i niepodglądane. Taka jest funkcja sekretnego pamiętnika, który w odróżnieniu od pamiętników literackich, pisanych z narcystycznych pobudek, jest naprawdę sekretny i niepokazywanie go nikomu stanowi o jego istocie. Żyjąc w skolektywizowanym świecie, Smith szuka takich przestrzeni prywatności i znajduje je w romansie z Julią, starej pamiątce z antykwariatu i w pamiętniku właśnie.

Ale przecież to nie wszystko, bo można powiedzieć, że jest przestrzeń całkowicie prywatna, w której Smith może przebywać, i są nią jego własne myśli. Idąc za sokratejską definicją, myślenie jest rozmową człowieka z samym sobą i tego prawa nikt Smithowi nie odbiera, póki nie wyjawi on swoich myśli na zewnątrz, bo wtedy ryzykuje demaskację jako wichrzyciel, który popełnia myślozbrodnię.

System bowiem łamie zasadę zachodniej cywilizacji, w której przestępstwa można dopuścić się faktycznie bądź do niego dążąc, więc w Oceanii karane jest samo myślenie, które może podważać lojalność obywatela względem państwa. Wszelako musi być to myślenie uzewnętrznione, choćby w wydobytych zeznaniach, a nie w samych myślach, do których władza z technicznych powodów nie ma pełnego wglądu.

A jednak. Smith popełnia myślozbrodnię nie tylko w umyśle i nie tylko romansując z Julią oraz czytając zakazaną książkę. On te myśli jeszcze zapisuje ręcznie i chyba dopiero w tym akcie odnajduje własne człowieczeństwo. Bo pamiętnik jest myślą przeniesioną na materialny nośnik i nawet jeśli pozostaje on nienaruszalną i dobrze ukrytą własnością, to wciąż jest trwałym, fizycznym dowodem pewnego intelektualnego procesu, który w świecie ciągłej teraźniejszości, prania mózgów i manipulacji może stanowić trwały ślad tego, że to ja myślę i tak właśnie myślę.

Smith wie to bardzo dobrze, bo jego praca w archiwum polega właśnie na manipulowaniu archiwalnymi zapisami poprzez zmienianie faktów, a najczęściej cancelowaniu ze zbiorowej pamięci osób uznanych za myślozbrodniarzy.

Tak więc Smith potrzebuje artefaktu, który stanowi fizyczny zapis jego intelektualnych dociekań, i to zapis robiony piórem, a więc własnoręcznie, bez wspomagania hasłami, które słyszy się na wiecach albo czyta na ścianach budynków. To zapis, którego nie zmażą tortury, jakim będzie poddawany w przyszłości, manipulacje na jego psychice, żadne wmawianie nieustannej gotowości uznania za prawdę tego, co partia w danym momencie nakazuje. Bo w tym świecie nawet nie o ideologię chodzi, nie o propagandę, ale o stworzenie takiego człowieka, który myśli na rozkaz tu i teraz, bez chwili wahania i bez wątpliwości, bez porównania z tym, co myślał wczoraj albo tydzień temu.

Zapisując swoje myśli w pamiętniku, Smith wyzwala się chociaż na chwilę z tej dyktatury teraźniejszości, nie tworząc swojej przeszłości, ale ją samodzielnie notując. Staje się człowiekiem przez to, że nie pozwala sobie odebrać ciągłości własnych myśli i doświadczeń, na których ufundowana jest tożsamość. To właśnie tożsamość chce przecież zniszczyć system, a odbieranie przeszłości i kreowanie jej na rozkaz danej chwili skutkuje depersonalizacją bohaterów. Sprawia, że są oni częścią kolektywnego bytu. I to jest właśnie ten moment, w którym sami powinniśmy sobie zadać pytanie: a w czym my jesteśmy lepsi, skoro w coraz większym stopniu żyjemy w chmurze, pozbawieni zapisów przeszłości, bo już nie notujemy ani naszego życia, ani naszego cywilizacyjnego archiwum, bo nie mamy już fizycznych bibliotek. Żyjemy w treściach, które przepływają przed naszymi oczami, zamiast znaleźć swój materialny ślad.

I to jest przestroga, która powinna do nas w tym momencie dotrzeć. Człowiek, który nie dba o zachowanie trwałego śladu swoich procesów intelektualnych, dawniej nazywanych życiem duchowym, staje się idealnym narzędziem do tego, by nim rządzić. Nie mogąc porównać siebie z wczoraj z sobą dziś, będzie tym, komu tę pamięć nieustannie się narzuca. Dziś mogą to robić media, a coraz częściej podrzuca nam to chat. Jutro może narzucić nam to jawna już dyktatura.

Tekst pierwotnie opublikowany na „Wszystko co Najważniejsze” [LINK]. Przedruk za zgodą redakcji.

Zdjęcie autora: Margot ROUSSEAU

Margot ROUSSEAU

Filozof i historyk kina. Żyje między Paryżem a Aix-en-Provance. Swoje przemyślenia publikuje na Instagramie, tworząc unikalny esej wizualny. Autorka Cinema Margot.

SUBSKRYBUJ „GAZETĘ NA NIEDZIELĘ” Oferta ograniczona: subskrypcja bezpłatna do 31.07.2026.

Strona wykorzystuje pliki cookie w celach użytkowych oraz do monitorowania ruchu. Przeczytaj regulamin serwisu.

Zgadzam się