Mezopotamia

Rynek nieruchomości? Zaczęło się w Sumerze

Starożytna Mezopotamia jest oddalona od nas w czasie tak bardzo, że zdaje się niemożliwym wyobrazić sobie i odnieść się do codziennych przeżyć jej społeczeństw. Ale wbrew pozorom tamten świat sprzed tysiącleci spowity jest mniejszą mgłą tajemnicy niż często sądzimy – mieszkańcy Sumeru, Akadu i Babilonii zostawili po sobie bowiem m.in. całe rzesze kontraktów odnoszących się do umów cywilnych i majątkowych, jakie zawierali między sobą. Co te dokumenty mogą powiedzieć na temat ich codzienności?

Kiedy na historii w liceum przerabialiśmy Mezopotamię, mój nauczyciel powiedział, że nasza „wiedza” o starożytnym Bliskim Wschodzie to niewiele ponad wróżenie z fusów: interpretacje niezrozumiałych, na wpół zatartych znaków i kilku cudem zachowanych artefaktów, bez ładu, składu i przede wszystkim zrozumienia. Dwa tygodnie studiów na Wydziale Historii skutecznie wyleczyły mnie z tego przeświadczenia. Ilość informacji, jaka zachowała się do naszych czasów, jest trudna do uwierzenia, a przetłumaczony i skatalogowany mamy z niej zaledwie ułamek; na zapleczach muzeów i instytutów stoją całe skrzynie glinianych tabliczek z zapisanymi na nich oficjalnymi dokumentami, od królewskich kodeksów po umowy na dzierżawę ogródka. Sumerowie byli bardzo dokładni.

Parę lat temu po internecie zaczęło krążyć tłumaczenie najstarszego znanego listu z zażaleniem (datowanego na ok. 1750 r. p.n.e.), w którym klient Nanni skarży się, że kupiec Ea-nasir nie tylko dostarczył mu sztaby miedzi złej jakości, ale do tego potraktował jego posłańców z pogardą. Od co najmniej 2020 r. mem jest ciągle żywy na Tumblrze, zespół Subspace Radio Marriage stworzył piosenkę inspirowaną treścią listu, a wyszukanie „ea-nasir” w archiwum opowiadań i fanfiction Ao3 zwraca 57 wyników, ostatni sprzed mniej niż miesiąca. W książce „Zapisane na glinie” Antoni Mierzejewski cytuje list przebywającego w mieście na naukach młodzieńca Ibbisina do matki Zinu, w którym wyrzuca jej, że syn urzędnika u jego ojca otrzymał dwie nowe szaty, ona natomiast żałuje mu pieniędzy na jedno zaledwie ubranie, „mimo że jesteś moją prawdziwą matką, a jego matka tylko go adoptowała [i] kocha go, a ty mnie nie kochasz”.

Magia biurokracji

Duża część mojej fascynacji mezopotamskimi kontraktami wynika zapewne z faktu uświadomienia sobie, jak stare niektóre z nich są, a jednocześnie jak wiele możemy się o tym świecie i tych ludziach dowiedzieć – i to nie tylko z dokumentów stricte cywilnych, ale także zwykłych umów sprzedaży bądź najmu. W kontraktach dotyczących nieruchomości prócz powierzchni i ceny uwzględniano nierzadko ogólne informacje o położeniu bądź wyglądzie działki (np. przy jakiej ulicy leży), liczbę i rodzaj drzew owocowych i roślin uprawnych w przypadku ogrodów, informacje charakteryzujące strony zawierające umowę (np. imię rodzica, stanowisko) oraz ewentualne pokrewieństwo między nimi. Minęło cztery tysiące lat, a my wiemy, ile palem rosło w czyimś ogrodzie, albo że dom znajdował się w zewnętrznej dzielnicy obok sklepów! Czytanie tych zapisków buduje w moim umyśle bardzo plastyczny obraz, na wskroś inny od muzealno-zakurzonej wizji przeszłości jako czegoś obcego, starego i niemożliwego do odniesienia się, od czego się odcięliśmy. Cztery tysiące lat, a my nadal mamy zioła w ogródku.

Niektóre kontrakty są z kolei fascynująco-śmieszne (chwilami w dość wisielczy sposób) z odwrotnego powodu – przez to, jak bardzo są odklejone od współczesnych realiów. Tu przywołać można np. kodeks Ur-Nammu, gdzie obok regulacji dotyczących uprawy pól i kompensaty finansowej za uszkodzenia ciała znajduje się przepis ogłaszający, że człowiek oskarżony o czarnoksięstwo musi przejść próbę wody. Komentarza na temat ewolucji społeczeństwa nie potrzebuje również kontrakt małżeński z przełomu XIX i XVIII wieku p.n.e. – „Jeśli Burria powie Ḫuššutum: »Nie jesteś moją żoną«, zapłaci jej 10 szekli srebra. Jeśli Ḫuššutum powie Burrii: »Nie jesteś moim mężem«, zrzucą ją z wieży”.

Ogrom wiedzy o codziennym życiu w starożytnej Mezopotamii, jaka zachowała się do naszych czasów, zawdzięczamy przede wszystkim trwałości materiału: kontrakty były spisywane na glinianych tabliczkach i wypalane, ostały się więc mimo tysiącleci wystawienia na działanie żywiołów. Dowód fizyczny w postaci kontraktu był w kulturze Sumero-Akadu koniecznym poświadczeniem ważności umowy w razie późniejszych dysput, każda ze stron przechowywała więc swoją kopię tak długo, jak to było potrzebne – ta uważność z pewnością również wpłynęła na liczbę tabliczek, które dotrwały do naszych czasów.

Mieszkać po starobabilońsku

Jak można by się spodziewać, w społeczeństwie przede wszystkim rolniczym handel nieruchomości dotyczył w dużej mierze ziemi uprawnej. Powierzchnię podawano najczęściej w jednostkach sar (ok. 36 m2) lub iku (100 sar = ok. 3600 m2). Uniwersalnym wyznacznikiem wartości było srebro, wyrażone w jednostkach wagi (najczęściej szeklach), faktyczna transakcja nie była raczej dokonywana za jego pomogą, przeciętny obywatel nie dysponował bowiem dużymi ilościami tego cennego kruszcu. Zamiast tego opłatę uiszczano najprawdopodobniej poprzez barter, np. w jęczmieniu. W przypadku dzierżawy pól czynsz stanowiła określona w kontrakcie część zbiorów.

Pozytywnym zaskoczeniem było dla mnie odkrycie, że wcale niemało transakcji zawieranych było przez kobiety, występujące samodzielnie lub razem z członkiem rodziny, np. matką. Często były one kapłankami.

Mezopotamskie domy najczęściej miały kształt zbliżony do kwadratu, z otwartym dziedzińcem na środku otoczonym pokojami z trzech lub czterech stron. Podczas prac archeologicznych m.in. w Nippur i Ur odnalezione zostały również domy o innej formie, wąskie i podłużne, z pokojami i dziedzińcami umieszczonymi równolegle. Jako że zwykle znajdywane są w grupach dwóch lub trzech, a ich powierzchnia jest bardzo niewielka, spekuluje się, że były one częściami większych kwadratowych domów, a cały kompleks mogła zajmować jedna rodzina. Domy składały się zazwyczaj jedynie z parteru, bardzo rzadko spotkać się można z kontraktami mówiącymi cokolwiek o budynkach piętrowych. Występowały jednak schody na dach, czasem stanowiące być może jedyną drogę wejściową do domu z ulicy. W latach 1885-1671 p.n.e. średnia powierzchnia domu (bez dziedzińca) wynosiła 1,3 sar, a więc mniej niż 47 m2.

Podstawowy budulec stanowiła cegła błotna suszona na słońcu. Wymagała ona częstej renowacji, jednocześnie umożliwiając dużą dowolność w kwestii przebudowy. Ściany wewnętrzne mogły być dowolnie burzone lub wznoszone, podobnie było z drzwiami; zdarzało się, że bracia dziedziczący dom po ojcu decydowali się zamieszkać w nim razem, czasem fizycznie dzieląc nieruchomość między siebie za pomocą nowo wybudowanych ścian. W większych i bogatszych domach znajdowały się pomieszczenia o konkretnych funkcjach – oprócz kuchni, łazienki czy sypialni także przedsionek, kaplica oraz pokój gościnny. W niektórych odnalezionych domach spotkać można elementy wskazujące na przystosowanie części budynku do celów rzemieślniczych (zidentyfikowano m.in. kuźnię i piekarnię), lecz jego pozostała część spełniała funkcję mieszkalną.

Mezopotamskie miasta były dość tłoczne, ponieważ ich rozrost ograniczały mury miejskie. Domy mogły przylegać do siebie z trzech lub nawet czterech stron, co powodowało niekiedy konieczność przejścia przez posesję sąsiadów, by dostać się na własną. W tym celu budowano prywatne ślepe uliczki, _mūṣû_ (wyjście), służące czasem kilku domostwom. Nie wydaje się, by występowały oddzielne dzielnice biednych i zamożnych; grupy społeczne mieszały się w dużym stopniu, a domy małe i skromniejsze oraz większe i bogatsze znajdowały się obok siebie.

Okruchy

Historię lubię najbardziej właśnie od tej strony. Wielkie procesy geopolityczne wpływające na dzieje świata poprzez stulecia są ciekawe, ale mnie zawsze bardziej interesował detal, mały wycinek zwykłego życia w maksymalnym powiększeniu, który mogę wziąć w ręce i ze wszech stron obejrzeć. Wyobrażanie sobie, jak by to było tak urodzić się w innej erze, w domu z gliny pod południowym słońcem; jak wyglądałoby moje życie, w jakich aspektach byłabym inna, a w jakich taka sama? Zastanawiam się czasami, jakie okruchy zostaną po naszej codzienności. Jakie współczesne śmieci ludzie za cztery tysiące lat wygrzebią z ziemi i postawią w muzeach, i co na ich podstawie będą o nas sądzić? Czy zobaczą w nich jakieś elementy wspólne ich własnej rzeczywistości? Może odkopią fundamenty mojego rodzinnego domu i odkryją z zachwytem, że też mieliśmy łazienkę i werandę, ale czemu to wszystko takie małe? I nie ma nawet hangaru dla statku nadświetlnego? Rany, ale bieda.

Joanna Talarczyk

SUBSKRYBUJ „GAZETĘ NA NIEDZIELĘ” Oferta ograniczona: subskrypcja bezpłatna do 31.03.2024.

Strona wykorzystuje pliki cookie w celach użytkowych oraz do monitorowania ruchu. Przeczytaj regulamin serwisu.

Zgadzam się