YouTube narzędziem do samorozwoju czy do uzależnienia?
YouTube narzędziem do samorozwoju czy do uzależnienia? Taki spór wybrzmiewa w przełomowym procesie w Los Angeles, gdzie platforma jest przedstawiana jako forma „produktywnej rozrywki”, a jednocześnie oskarżana o wzmacnianie nawykowego korzystania z treści.
Podczas trwającego procesu w sprawie rzekomego uzależniania młodych użytkowników przez media społecznościowe, wiceprezes YouTube ds. inżynierii, Cristos Goodrow, stanął przed ławą przysięgłych, by bronić strategii serwisu. Prawnik strony powodowej przypomniał wewnętrzny „big, hairy, audacious goal” sprzed ponad dekady: doprowadzić łączny czas oglądania treści na YouTube do poziomu ponad miliarda godzin dziennie.
Według oskarżycieli ten cel, powiązany z wynikami finansowymi i kursem akcji Google, miał bezpośrednio premiować wzrost przygwożdżenia użytkowników do ekranu. Goodrow odpowiadał, że YouTube „nie jest zaprojektowany, by maksymalizować czas”, lecz by „dawać ludziom jak największą wartość”, czyli jak najszybciej doprowadzać ich do treści, których faktycznie szukają, a nie utrzymywać w bezmyślnym przewijaniu.
.Prawnik Mark Lanier zestawił jednak zapewnienia z konkretnymi decyzjami produktowymi. Pokazał to na przykładzie wprowadzenia systemu rekomendacji, automatycznego odtwarzania kolejnych filmów (autoplay), reklam osadzonych w sekwencji oraz osobnej aplikacji YouTube Kids dla dzieci. W jego narracji są to elementy składające się na „bieżnię ciągłego sprawdzania”, która zachęca użytkowników (zwłaszcza młodszych) do kolejnych kliknięć i sesji, często kosztem snu czy nauki. Goodrow odpierał zarzuty, twierdząc, że z perspektywy inżynierskiej nadmierne przewijanie i „scrollowanie w pustkę” jest oznaką porażki systemu rekomendacji, w którym to użytkownik nie znajduje szybko tego, co go interesuje. Z tego powodu YouTube wprowadził m.in. liczniki czasu oglądania i przypomnienia o przerwach, szczególnie z myślą o dzieciach i nastolatkach, którzy mają tendencję do zarywania nocy przed ekranem.
Istotnym punktem sporu w procesie jest także to, czy YouTube powinien być traktowany jak klasyczny serwis społecznościowy, taki jak Facebook, Instagram czy Snapchat. Lanier próbował zrównać YouTube z tymi platformami, wskazując, że system rekomendacji, komentarzy i subskrypcji tworzy podobne mechanizmy nagród społecznych i FOMO. Goodrow odpowiadał, że serwis jest przede wszystkim platformą wideo, a nie miejscem do wymiany znikających wiadomości między znajomymi. W jego ujęciu celem YouTube jest dostarczanie jak najlepszych materiałów „na żądanie” jeśli użytkownik musi przewijać dziesiątki propozycji, by znaleźć coś sensownego, oznacza to, że algorytm zawiódł. To rozróżnienie ma znaczenie prawne. Jeśli YouTube zostanie uznany za platformę świadomie projektującą uzależniającą interakcję społeczną, może w większym stopniu odpowiadać za skutki zdrowotne u młodych użytkowników.
Sprawa dotyczy dwudziestoletniej Kaley G.M., która od szóstego roku życia intensywnie korzystała z YouTube, a później także z Instagrama, TikToka i Snapchata. Jej prawnicy twierdzą, że celowo zaprojektowane funkcje od rekomendacji, przez powiadomienia, po dopasowane treści przyczyniły się do problemów psychicznych, takich jak depresja, lęk czy zaburzenia snu. Wcześniej zeznawał już Mark Zuckerberg, przyznając, że Meta zbyt wolno reagowała na obecność niepełnoletnich użytkowników na Instagramie. TikTok i Snapchat zdecydowały się na ugody, ale Google (właściciel YouTube) i Meta bronią nie tylko swojej reputacji, lecz także fundamentów modeli biznesowych opartych na zaangażowaniu użytkownika.
Wyrok, który spodziewany pod koniec marca 2026 roku, może stać się punktem odniesienia dla tysięcy podobnych pozwów w USA, a pośrednio wymusić zmiany w projektowaniu algorytmów rekomendacji i mechanizmów „przywiązujących” użytkowników do ekranu na całym świecie.
Szymon Ślubowski
