Radosław Sikorski
Fot.: Konrad Laskowski / MSZ

Jeśli Ukraina zostanie zmiażdżona, apetyt Kremla nie zmniejszy się, ale wzrośnie

„Czas europejskich imperiów należy do przeszłości” – powiedział Radosław Sikorski podczas wizyty w Kijowie, nazywając rosyjską napaść na Ukrainę „ostatnią kolonialną wojną w Europie”. W kwestii zakończenia tego konfliktu polski rząd jest jednoznaczny: „Rosja powinna przegrać, a Ukraina wygrać”.

Gdy Rosja warknie, mniejsze kraje skulą się w przerażeniu. A przynajmniej tego spodziewa się Kreml. Jednak kiedy Dmitrij Polanski, pierwszy zastępca stałego przedstawiciela Federacji Rosyjskiej przy ONZ, wezwał stałego przedstawiciela Czech na nadzwyczajne posiedzenie Rady Bezpieczeństwa z powodu rzekomego użycia przez Ukrainę wyrzutni rakietowych produkcji czeskiej podczas ataku na rosyjskie miasto Biełgorod, reakcja Pragi była jednoznaczna. „Odmawiamy przyjmowania jakichkolwiek wezwań ze strony Rosji. Czechy nie przyłożą ręki do kłamliwej propagandy agresora. Jeśli Rosja będzie chciała omówić wycofanie swoich wojsk okupacyjnych (…), z przyjemnością przybędziemy” – napisał na platformie X (Twitterze) Jan Lipavský, czeski minister spraw zagranicznych. W odpowiedzi Polanski oskarżył Czechy o „tchórzostwo i krótkowzroczność”. (To zaiste dziwaczne określenie odważnej decyzji – Polanski ewidentnie zapodział gdzieś słownik. Jeśli ktoś go znajdzie, proszony jest o odesłanie zguby na adres 136 East 67 Street, New York, N.Y.).

Radosław Sikorski, warszawski kolega Lipavský’ego, który rozpoczął niedawno drugą kadencję na stanowisku szefa dyplomacji, nie zwlekał z pierwszą podróżą zagraniczną i już w zeszłym miesiącu udał się do Kijowa. „Czas europejskich imperiów należy do przeszłości” – powiedział podczas wizyty, nazywając rosyjską napaść na Ukrainę „ostatnią kolonialną wojną w Europie”. W kwestii zakończenia tego konfliktu polski rząd jest jednoznaczny: „Rosja powinna przegrać, a Ukraina wygrać”.

Obok, na Litwie, Gabrielius Landsbergis wypowiadał się w podobnym tonie, potępiając Zachód za zwyczaj traktowania Rosji jako „problemu jutra”, nie dnia dzisiejszego. „Od prawie 25 lat gramy na zwłokę, próbując powstrzymać imperialne zapędy Putina rozmowami i dyplomacją. On tymczasem ma za nic granice, a miasta obraca w ruiny” – lamentował litewski minister spraw zagranicznych w mocnym wpisie opublikowanym w mediach społecznościowych.

Te trzy kraje doświadczyły rosyjskiego imperializmu: okupacji, aneksji i rozbiorów. A jednak nie boją się mówić bez ogródek. W rzeczy samej to właśnie ich przeszłość sprawia, że doskonale zdają sobie sprawę z niebezpieczeństwa. Jeśli Ukraina zostanie zmiażdżona, apetyt Kremla nie zmniejszy się, ale wzrośnie. Jak ujął to Landsbergis, pozwalając na zwycięstwo Rosji, decydujemy się „ponieść niewyobrażalne i niepotrzebne straty”.

Odważne słowa „trzech muszkieterów” ostro kontrastują z nieśmiałością i defetyzmem, które w ostatnich tygodniach sączyły się z niektórych zachodnich ministerstw i pałaców. Owszem, część polityków innych krajów również mówi odważne i rozsądne rzeczy. Warto wspomnieć o noworocznym przesłaniu ustępującego prezydenta Finlandii, Sauliego Niinistö. Rumunia, niegdyś postrzegana jako niesłowna, dziś jest jednym z najbardziej godnych zaufania państw wschodniej flanki NATO. Brytyjscy politycy twardo obstają przy silnym przesłaniu swojego kraju. Trudno jednak wyobrazić sobie podobne, godne muszkietera słowa płynące z Białego Domu, biura niemieckiego kanclerza Olafa Scholza czy rezydencji Emmanuela Macrona.

Ta niepewność jest zaraźliwa. Brak zdecydowanej retorycznej presji na Rosję ze strony większości dużych zachodnich sojuszników zachęca mniejsze kraje do pójścia w ich ślady. W państwach takich jak Holandia, Dania, Norwegia i Szwecja polityka zagraniczna jest dostrojona (być może zbyt dokładnie) do polityki Waszyngtonu. W innych częściach Europy rytm wyznaczają Francuzi i Niemcy.

Jak dotąd, oznacza to jedynie zachwianie, nie całkowitą zmianę kursu. Ale nie wróży to dobrze. W obliczu długich zmagań na ukraińskim polu bitwy w 2024 roku oraz możliwości wystąpienia katastrofalnego wstrząsu w sferze bezpieczeństwa transatlantyckiego po wyborach prezydenckich w USA kraje europejskie powinny bardziej – a nie mniej – skupić się na zagrożeniach.

Być może nie przeszkadza im (choć powinno), że Ukraińcy płacą krwią, łzami i gruzem za ich niezdecydowanie. Jednak chociażby ze względu na własne bezpieczeństwo politycy powinni zmusić się do wysiłku i skoncentrować się na problemie. Czy jest wśród nich d’Artagnan?

Zdjęcie autora: Edward LUCAS

Edward LUCAS

Brytyjski dziennikarz, europejski korespondent tygodnika „The Economist”. Autor “The New Cold War: Putin’s Russia and the Threat to the West”.

SUBSKRYBUJ „GAZETĘ NA NIEDZIELĘ” Oferta ograniczona: subskrypcja bezpłatna do 31.03.2024.

Strona wykorzystuje pliki cookie w celach użytkowych oraz do monitorowania ruchu. Przeczytaj regulamin serwisu.

Zgadzam się