Unia

Czy Unia Europejska przetrwa rok 2024?

Proponowane przez Parlament Europejski zmiany traktatowe zredukowałyby kraje członkowskie do roli landów europejskiego superpaństwa. Słowa „land” używam nieprzypadkowo, ponieważ dominującą rolę w rządzeniu tym tworem odgrywałyby Niemcy, być może przy mniejszościowym udziale Francji.

Państwa członkowskie utraciłyby resztki suwerenności w tych obszarach polityki, w których jeszcze ją posiadają (sprawy zagraniczne, obrona czy własna waluta), a nawet w stosunku do wartości konstytucyjnych, do których się odwołują, a które byłyby zastąpione zmodyfikowanym artykułem 2 Traktatu o Unii Europejskiej w radykalnej, lewicowo-liberalnej interpretacji. Lecz utrata suwerenności państw członkowskich to nie jedyne zagrożenie. Jest ich więcej, jak choćby wpisana do projektu tzw. autonomia strategiczna, czyli odwieczne (w skali historii integracji europejskiej) niemieckie i francuskie (a także – o czym wciąż warto przypominać – rosyjskie) marzenie o pozbyciu się z Europy wojsk amerykańskich.

Chciałbym zwrócić uwagę na jeszcze jedno niebezpieczeństwo wpisane a priori, niczym kod genetyczny, w strukturę projektowanego superpaństwa. Otóż musiałoby (nie – mogłoby, ale musiałoby!) być ono autokratyczne. Z wielu powodów.

1. Suma bytów demokratycznych nie jest bytem demokratycznym

W Unii występuje zjawisko zwane przez politologów deficytem demokratycznym. Polega ono na tym, że coraz więcej decyzji dotyczących bezpośrednio życia obywateli, w coraz liczniejszych obszarach polityki, jest podejmowanych przez ludzi, którzy nie pochodzą z wyboru, nie mają demokratycznego mandatu. Są to na przykład urzędnicy Komisji Europejskiej i sędziowie TSUE, ale nie tylko oni. Obywatele mają bezpośredni wpływ na kształt tylko jednej spośród instytucji unijnych: Parlamentu Europejskiego. Część pozostałych instytucji ma mandat co najwyżej pośredni (Rada Europejska i Rada Unii Europejskiej), a najważniejsze dla codziennego działania Unii (Komisja Europejska i TSUE) nie mają go wcale, pochodząc de facto z mianowania, a w szczegółach personalnych niekiedy – jak w przypadku blokowania prawidłowo przez Polskę zgłaszanych kandydatów do TSUE i sztucznego przedłużania kadencji prof. Marka Safjana – opierają się wręcz na zasadzie znanej z filmu Miś Stanisława Barei: „Nie mamy pańskiego płaszcza i co nam pan zrobisz?”. Personalia takie są, bo tak uważamy, prawem kaduka. „Nie akceptujemy waszych kandydatur i co nam zrobicie?”.

Jeśli demokracja jest ustrojem, w którym obywatele sprawują władzę poprzez wybieranych przez siebie przedstawicieli, nie ulega wątpliwości, że wszystkie państwa członkowskie Unii Europejskiej są demokratyczne, ale sama Unia już taka nie jest. Suma bytów demokratycznych nie jest bytem demokratycznym. Jest to fakt, którego nikt nie neguje, chociaż najczęściej jest on przemilczany.

2. W Unii nie ma trójpodziału władz

W Unii nie ma monteskiuszowskiego trójpodziału władz. Komisja Europejska posiada cechy administracji publicznej i władzy wykonawczej, ale ma też niemal wyłączne prawo inicjatywy legislacyjnej, a także prawo wymierzania kar; jest więc hybrydą wykonawczo-ustawodawczą z elementami władzy sądowniczej. Rada, na odwrót, jest hybrydą ustawodawczo-wykonawczą: posiada (najczęściej wspólnie z Parlamentem) uprawnienia legislacyjne, a w niektórych dziedzinach decyzyjne. Parlament nie jest legislatywą w takim stopniu jak ustawodawcy w demokratycznych państwach, np. nie posiada prawa inicjatywy, a jego uprawnienia kontrolne są niewielkie. Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej jest nie tylko władzą sądowniczą, ale często (co najmniej od czasu sprawy Costa przeciwko ENEL w 1964 r.) skutecznie – poprzez swoje interpretacje zmieniające treść traktatów – także ustawodawczą.

Przypuszczenie, że Charles Louis de Secondat, baron de La Brède et de Montesquieu, czyli po prostu Monteskiusz, po przekształceniu Unii w superpaństwo przewracałby się w grobie, graniczy z pewnością.

3. Wybory europejskie nie mają wpływu na to, kto sprawuje władzę

Wynik wyborów do Parlamentu Europejskiego nie wpływa na to, kto sprawuje w Unii władzę wykonawczą. Skład zarówno Komisji Europejskiej, jak i Rady odzwierciedla to, kto pełni władzę w państwach członkowskich, a nie jakie frakcje są najsilniej reprezentowane w Parlamencie. To akurat – pozornie – dobra wiadomość, w końcu to Unia została ustanowiona przez państwa członkowskie, a nie na odwrót, i to Unia powinna być dla państw, a nie państwa dla Unii. Lecz to, co od biedy jest dorzeczne w organizacji międzynarodowej, w superpaństwie byłoby otwartą autokracją, głos ludu nie ważyłby nic, zresztą już dziś jest na szczeblu unijnym niezbyt słyszalny. Niezależnie od ich wyniku, wybory do Parlamentu Europejskiego nie dają możliwości zmiany władzy wykonawczej. W Unii nie istnieje opozycja, która w wyniku wyborów mogłaby zdobyć władzę, ani władza wykonawcza, która byłaby zmuszona przez wyborców do przejścia do opozycji. To, czy w wyborach do Parlamentu Europejskiego najwięcej mandatów zdobędą nominalni chadecy, czy socjaliści, czy liberałowie bądź Zieloni, nie ma żadnego znaczenia. Ten mechanizm jest genetycznie wbudowany w procedury i strukturę władz Unii.

4. Język, który niczego nie wyraża

To, że w demokratycznych państwach raz na jakiś czas wyborcy mogą zdecydować o odesłaniu dotychczas rządzących w ławy opozycji, wybitny amerykański prawnik i europeista profesor Joseph H.H. Weiler nazywa (streszczając przekonanie wyborczego ludu) „wyrzucaniem łobuzów” i uważa to za jedyne, a przez to tym bardziej ważne, realne uprawnienie wyborców. Mechanizm ten z jednej strony zapewnia obywatelom rodzaj kontroli nad rządzącymi i osłony przed nadużyciami władzy, a z drugiej wprowadza zdrową konkurencję idei, programów i pomysłów (nieważne, że w znacznym stopniu będących kiełbasą wyborczą).

Otóż tej soli demokracji w Unii nie ma. Integracja europejska wytworzyła swoisty kult konsensusu jako wartości samej w sobie. I znów: w przypadku organizacji międzynarodowej zjawisko można by uznać za korzystne, mechanizm konsensusu (wzmocniony prawem weta i możliwością stosowania klauzul opt-out) chronił indywidualne interesy państw członkowskich, zwłaszcza małych i średnich, w sytuacjach kolizyjnych z głównymi kierunkami ewolucji Wspólnoty. Jednak to, co jest użyteczne w organizacji międzynarodowej, byłoby patologiczne w superpaństwie. Szkodliwość kultu konsensusu widać już w dzisiejszym, hybrydowym stanie pośrednim. W Unii Europejskiej otwarty spór merytoryczny jest czymś rzadko spotykanym i niemile widzianym, a politycy i ugrupowania przedstawiający stanowiska niemieszczące się w unijnym mainstreamie są stygmatyzowani jako „antyeuropejscy”. W rezultacie język debaty politycznej, który powinien wyrażać rozmaitość poglądów, wartości i interesów, zanikł, zastąpiony przez pozbawioną realnych treści, często infantylną euromowę. „Dobrym Europejczykiem” jest ten, kto akceptuje rządy mainstreamu i niewybieranej brukselskiej eurokracji; kto ma inne zdanie, po prostu wcale nie jest „Europejczykiem”.

5. Nie istnieje system wspólnych europejskich wartości

Każde państwo członkowskie Unii Europejskiej posiada pewien ukształtowany historycznie system wartości, artykułowany lub przynajmniej widoczny w preambule konstytucji bądź w samej konstytucji. Wszystkie te systemy wartości mają wspólne grecko-rzymsko-judeochrześcijańskie źródło, jednak różnią się między sobą. Można wyobrażać je sobie jako różne gałęzie wyrastające ze wspólnego pnia. Niezdolność do uzgodnienia systemu wartości wspólnego dla wszystkich państw członkowskich Unii obnażyły dzieje prac nad traktatem ustanawiającym Konstytucję dla Europy (2004), a zwłaszcza nad jej preambułą. Podział dotyczył między innymi wpisania odniesienia do chrześcijańskiego dziedzictwa Europy i przebiegał mniej więcej w proporcji 35–40 proc. państw członkowskich „za”, 60–65 proc. „przeciw”. Losy Konstytucji dla Europy rozstrzygnęli – zdawałoby się – ostatecznie Francuzi i Holendrzy, odrzucając ją w referendach w 2005 roku. Ale czy ostatecznie? Próby narzucenia wszystkim krajom jednakowej aksjologii nigdy nie ustały. Najnowsze propozycje zmian traktatowych również się z nimi wiążą.

Ponieważ (przynajmniej w wielu bardzo ważnych szczegółach) system wspólnych wartości europejskich nie istnieje, jako taki usiłuje się przedstawiać katalog wyliczony w artykule 2 Traktatu o Unii Europejskiej: godność osoby ludzkiej, wolność, demokracja, równość, państwo prawne, prawa człowieka itd. Problem w tym, że są to pojęcia nieostre i to, jak są interpretowane, zależy od aksjologii wyznawanej przez interpretującego. Na przykład w niektórych państwach prawo do życia (teoretycznie najważniejsze we wszystkich międzynarodowych konwencjach, deklaracjach i kartach praw człowieka) jest traktowane poważnie, w innych – tych, w których za „prawo człowieka” uważa się na przykład swobodny dostęp do aborcji (której z kolei w żadnej międzynarodowej konwencji, deklaracji czy karcie praw człowieka zwyczajnie nie ma) – nie. Prawnicy zgadzają się, że to, co Niemcy nazywają Rechtsstaat, nie jest tym samym co anglosaskie Rule of Law. Unijnej definicji praworządności nie ma. Unijne superpaństwo musiałoby odwoływać się do aksjologii najsilniejszych, narzucając ją pozostałym.

6. Nie istnieje europejska świadomość narodowa

Dla istnienia państwa (przynajmniej nieautorytarnego) niezbędne jest pewne minimum poczucia przynależności do wspólnoty. To poczucie często wynika ze wspólnoty języka, historii czy religii, ale tak być nie musi. Szwajcaria jest wielojęzyczna, wielowyznaniowa, trudno też mówić o wspólnocie historii XIII-wiecznych kantonów założycielskich z tymi, które – jak Genewa, Gryzonia czy Neuchâtel – przystąpiły do Konfederacji w XIX wieku. Mimo to Szwajcarów łączy to wspólne „coś”, które nazywa się świadomością narodową. Personifikują ją często postacie bohaterów narodowych. Bohater narodowy może być prawdziwy lub (jak Wilhelm Tell w Szwajcarii) fikcyjny, ale w zbiorowej pamięci musi funkcjonować. Otóż nie ma kogoś takiego – na co zwrócił uwagę Norman Davies – jak wspólny bohater narodowy Europy. Europejczyk uważa się za Francuza, Polaka, Portugalczyka, ale nie za osobę „narodowości europejskiej”. Niewykluczone, że w przyszłości to się zmieni (choć nic nie wskazuje na to, by była to bliska przyszłość), lecz dziś „europejska świadomość narodowa” nie istnieje. Po wyrugowaniu na aksjologiczny margines jedynego wspólnego dla całej Europy, grecko-rzymsko-judeo-chrześcijańskiego dziedzictwa (o którym kiedyś w słynnym eseju Jedność kultury europejskiej pisał T.S. Eliot) trudno sobie wyobrazić, wokół czego taka „europejska świadomość narodowa” miałaby się krystalizować. Próba zadekretowania jej w traktatach w oparciu o jedyną oficjalnie uznawaną za „europejską”, lewicowo-liberalną wizję „dobrych Europejczyków” oznacza ni mniej, ni więcej, tylko narzucanie tego rodzaju poglądów wszystkim, również tym, którzy ich nie podzielają (i którzy najprawdopodobniej stanowią znaczącą większość). Nie da się tego zrobić inaczej niż pod przymusem.

7. Unijny mainstream usiłuje wszystkim narzucić własne parareligijne wierzenia

Ów lewicowo-liberalny zestaw „jedynie słusznych” poglądów może się różnić w drugorzędnych szczegółach w kilku odmianach (pseudochadeckiej, socjalistycznej, liberalnej czy zielonej), ale trzon aksjologiczny jest wspólny. Opiera się na zestawie, przyjmowanych bez dowodu, politycznie poprawnych, parareligijnych dogmatów i/lub narzucanych bez podstawy prawnej czy choćby zdroworozsądkowej „artykułów wiary”, przy czym dogmat ma zawsze pierwszeństwo przed dowodem, logiką, podstawą prawną czy zdrowym rozsądkiem. Jak to działa, warto zilustrować przykładem.

Powyżej wspomniałem już, że wprawdzie wszystkie międzynarodowe katalogi praw człowieka (włącznie z unijną Kartą Praw Podstawowych) uznają za nadrzędne prawo do życia i że o „prawie” do aborcji nie ma w nich ani słowa, lecz to właśnie aborcję wciągają na sztandary „praw człowieka” lub „praw kobiet” wyznawcy lewicowych wierzeń, odmawiający prawa do życia dzieciom nienarodzonym. W ich systemie dogmat jest tak oczywisty, że nie wymaga formalnego zapisu i ma pierwszeństwo przed formalnymi zapisami. Na podobnej zasadzie w dokumentach unijnych pojawiają się coraz bardziej osobliwe mniejszości, a nie pojawia się rodzina. Ten sam mechanizm sprawia, że węgierska ustawa zakazująca promocji ideologii LGBT w szkołach (obiektywnie niezbyt kontrowersyjna), nazywana jest przez mainstream „haniebną”, a belgijskie czy holenderskie prawo zezwalające na zabijanie starców i nieuleczalnie chorych nie tylko nie wywołuje protestów, ale nie wzbudza cienia refleksji. Lewicowo-liberalne wierzenia bez trudu mieszczą w pojęciu „wartości europejskich” aborcję, eutanazję i mniejszości seksualne, ale rodzinę czy ochronę dzieci przed zabijaniem lub wczesną seksualizacją (ważnym elementem węgierskiej ustawy jest zaostrzenie kar za pornografię dziecięcą) – już nie. W Europie toczy się parareligijna wojna „państw pierwszej kategorii” („starych państw członkowskich” – patrz punkt następny) przeciw „zacofanym” innowiercom, farsowa – acz groźna – parodia wypraw krzyżowych. Zimna, to znaczy bez użycia broni, ale z zastosowaniem szantażu, trybunałów, mediów, olbrzymich pieniędzy, a teraz – z próbą przemycenia elementów genderowej ideologii do traktatów.

8. Równość państw członkowskich jest fikcją

Jakieś szczegóły, o których specjaliści mogliby dyskutować, są – być może – do uściślenia, ale sądzę, że główna intuicja jest słuszna: nie ulega wątpliwości, że w Unii Europejskiej istnieje zjawisko instruowania, oświecania i karcenia tzw. nowych państw członkowskich przez państwa „stare”. (Dla jasności wywodu abstrahuję od bezsensowności takiego podziału: wszak najnowsze państwo członkowskie, Chorwacja, jest w Unii od trzynastu lat, a najczęściej instruowane i karcone, Polska i Węgry, są w niej od lat dwudziestu. A ileż lat można być „nowym”?). Lecz nie wszystkie państwa „stare” odczuwają takie pedagogiczne powołanie w jednakowym stopniu. Wydaje się, że szczególną gorliwością moralizatorską wyróżniają się ci, którzy kiedyś za swą misję uznawali cywilizowanie „dzikich”, często ogniem i mieczem: byłe metropolie kolonialne. Rzecz jest, oczywiście, bardziej zniuansowana, ale już na poziomie potocznej obserwacji widać, że – przykładowo – Irlandczycy czy Austriacy zdecydowanie rzadziej zabierają się do „cywilizowania” Europy Środkowo-Wschodniej niż Belgowie czy Holendrzy. Ciągnie wilka do lasu, wyłażą stare ciągoty i nawyki. Prym w pouczaniu (zresztą wszystkich) jak zwykle wiodą Niemcy.

To nie jest tylko ciekawostka. W Unii „starym” państwom członkowskim rzeczywiście wolno więcej. Przed laty ówczesny przewodniczący Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker zapytany o to, dlaczego Komisja nie dyscyplinuje permanentnie przekraczającej dopuszczalny poziom deficytu budżetowego Francji, odparł: „Bo to Francja”. Prezesem niemieckiego Federalnego Trybunału Konstytucyjnego w Karlsruhe został czynny polityk, który do tego trybunału trafił prosto z Bundestagu, w dodatku oskarżany o niejasności finansowe i konflikt interesów; ale to polskiemu Trybunałowi Konstytucyjnemu zarzuca się upolitycznienie. Te – i wiele innych – przykłady pokazują, jaką fikcją jest równość państw członkowskich Unii. Praktyka jest taka, że – umownie – Holandia jest lepsza od Węgier. A po przekazaniu dodatkowych instrumentów władzy do „państw pierwszej kategorii” ta dysproporcja może tylko się pogłębiać, lewicowo-liberalna krucjata przeciw „innowiercom” może przybrać na sile.

Planowane zmiany traktatów przewidują zmniejszenie liczebności Komisji Europejskiej do piętnastu osób. Które państwa będą miały w niej swojego przedstawiciela, a które nie, z grubsza można się domyślać.

9. Cenzura

W Unii Europejskiej funkcjonuje cenzura. Nie chodzi nawet o tę ogólną, politycznie poprawnościową, szalejącą w państwach zachodnich bez związku z ich przynależnością do Unii. To, co jako mowę wymuszoną (ang. compelled speech) określił profesor Jordan Peterson z Uniwersytetu w Toronto, równie dobrze funkcjonuje w Stanach Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii czy ojczyźnie Petersona – Kanadzie.

Ale w Unii obowiązuje orwellowska kontrola przeszłości. W oficjalnych dokumentach i na stronach internetowych Unii nie znajdzie się informacji ani o poglądach lub procesach beatyfikacyjnych ojców założycieli, ani o chrześcijańskiej (maryjnej) inspiracji „flagi Europy”, o której mówił sam jej twórca Arsène Heitz, ani o tym, że jako swój symbol Rada Europy intencjonalnie przyjęła ją akurat w uroczystość Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny w 1955 roku, po wspólnej modlitwie w katedrze strasburskiej dwóch spośród ojców założycieli, Roberta Schumana i Konrada Adenauera. O Schumanie, Adenauerze czy De Gasperim można mówić, że byli „wielkimi Europejczykami”, ale że konserwatystami czy katolikami, to już nie.

Lecz korygowanie przeszłości nie ogranicza się tylko do przemilczania, polega też na dopisywaniu. Pewnego razu – dokładną datę trudno ustalić, bo takie rzeczy odbywają się cichcem – do jedenastki oficjalnie kiedyś ogłoszonych ojców założycieli (alfabetycznie: Konrad Adenauer, Joseph Bech, Johan Willem Beyen, Winston Churchill, Alcide De Gasperi, Walter Hallstein, Sicco Mansholt, Jean Monnet, Robert Schuman, Paul-Henri Spaak, Altiero Spinelli) dopisano – wiadomo, parytety – osiem pań. Od razu trzeba podkreślić, że nie były to zwykłe panie, tylko lewicowe i postępowe. Są wśród nich Nilde Iotti (z Wikipedii: „włoska polityk, działaczka komunistyczna, nauczycielka”), Ursula Hirschmann (żona Altiera Spinellego) czy Louise Weiss (feministyczna pisarka i dziennikarka). „Centroprawicę” – bo przecież z parytetu musi być jakaś „prawica” – reprezentuje nie kto inny, jak Simone Veil, autorka francuskiej ustawy z 1975 roku umożliwiającej aborcję na życzenie. Tak się pisze na nowo historię integracji europejskiej.

W niniejszych rozważaniach nie chodzi o ubolewanie nad postępującą laicyzacją czy przypominanie losów zapisu o chrześcijańskich korzeniach Europy w preambule do niedoszłego Traktatu konstytucyjnego – są to odrębne zagadnienia. Chodzi o stwierdzenie samego faktu pisania historii (a tym samym tożsamości) Europy na nowo. A przecież w dzisiejszej Unii brukselskie centrum jest jeszcze częściowo mitygowane przez państwa członkowskie. W projektowanym centralistycznym superpaństwie takie cenzorskie praktyki będą mogły jedynie się nasilać.

10. Zaprowadzanie „wartości europejskich”

W latach 90., kiedy w wielu środowiskach modny był radykalny liberalizm, krążyło powiedzenie (podobno autorstwa Stefana Kisielewskiego): „Weźmiemy wszystkich za mordę i zaprowadzimy ten liberalizm”. Wiele wskazuje na to, że tym samym sposobem mogą zostać ustanowione „wartości europejskie” w skrajnie lewicowo-liberalnej wersji. Projektowane zmiany traktatów przemycają do ich tekstu treści ideologii gender: wszystkie dotychczasowe zapisy mówiące o równości kobiet i mężczyzn mają zostać zastąpione „równouprawnieniem płci” (gender equality), a „równouprawnienie” to ma znaleźć się w katalogu „wartości europejskich” wymienionych w artykule 2 Traktatu o Unii Europejskiej. Mimo że ocena tego, czy jakieś państwo tych „wartości” przestrzega, czy też nie, musi być skrajnie arbitralna, uruchomione mają być OBOWIĄZKOWE mechanizmy represji (dotychczas, jeśli nawet były praktykowane, to pozatraktatowo, czyli bezprawnie) z zawieszeniem płatności z budżetu Unii włącznie. Procedura „karania” ma przy tym zostać znacznie ułatwiona m.in. poprzez obniżenie progu większości głosów niezbędnych do jej uruchomienia.

Ponieważ często (patrz punkt 7) jako „wartości europejskie” traktuje się normy nigdzie formalnie nieskodyfikowane, lecz jedynie uznawane za dogmaty w systemie lewicowo-liberalnych wierzeń, narzucenie tych wierzeń wszystkim, którzy ich nie podzielają, musiałoby odbywać się z wykorzystaniem metod przymusu: kar finansowych właśnie, cenzury, a nawet penalizacji. Zaprowadzanie „wartości europejskich” metodą Kisiela stałoby się faktem.

* * *

Powyżej przedstawiłem dziesięć powodów, dla których projektowane europejskie superpaństwo musiałoby być (nie „mogłoby”, ale „musiałoby” – mechanizm byłby wbudowany w jego strukturę i działałby automatycznie) autorytarne. Narzędzia jako tako (choć z roku na rok coraz gorzej) działające w organizacji międzynarodowej, w tworze o charakterze państwa MUSIAŁYBY prowadzić do tyranii: od złamania monteskiuszowskiego trójpodziału władz po cenzurę i od niemożności odsunięcia rządzących w demokratycznych wyborach po usankcjonowanie podziału państw („landów”) i światopoglądów (a w konsekwencji obywateli) na lepsze i gorsze. To, w połączeniu z utratą suwerenności przez państwa członkowskie, oznaczałoby też koniec Unii Europejskiej, jaką znamy. Postawione w tytule pytanie jest jak najbardziej aktualne.

Tekst pierwotnie ukazał się we „Wszystko co Najważniejsze”. Przedruk za zgodą redakcji.

Zdjęcie autora: Dariusz LIPIŃSKI

Dariusz LIPIŃSKI

Poseł na Sejm V i VI kadencji, do 2014 r. polityk Platformy Obywatelskiej. Były przewodniczący polskiej delegacji do Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy oraz wiceprzewodniczący całego Zgromadzenia. Odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski.

SUBSKRYBUJ „GAZETĘ NA NIEDZIELĘ” Oferta ograniczona: subskrypcja bezpłatna do 31.03.2024.

Strona wykorzystuje pliki cookie w celach użytkowych oraz do monitorowania ruchu. Przeczytaj regulamin serwisu.

Zgadzam się