obraz Salvadora Dali

Dlaczego zbieram wszystko i jestem z tego dumna

12 lutego 2024, Joanna TALARCZYK
Czas Wolny

Nasze małe zbieractwo, nasze składy niepotrzebnych śmieci, kawałków plastiku i łódeczek z papieru, wydają mi się na jakimś poziomie próbą poradzenia sobie z ulotnością życia oraz tym, jak przerażającą rzeczą jest czas, jeśli zastanowić się nad tym dłużej. 

Jestem chodzącą śmieciarką i jestem z tego dumna, bowiem w tym momencie nic prócz prowokacyjnej samoakceptacji mi nie pozostało. Zbieram wszystko: pocztówki, pierścionki, przedmioty z motywem oka, korki od wina, znaczki z Hard Rock Cafe, nadające się jeszcze do czegoś stołki czekające na wywóz gabarytów. Wycinam rysunki Janusza Kapusty z „Plusa Minusa”. Większość wyposażenia mojego mieszkania jest z odzysku, czyli pozyskana metodą negocjacji od członków rodziny, którzy wiele z tych rzeczy właśnie mieli wyrzucić na śmietnik. W wieku lat pięciu i pół posiadałam już liczącą półtora pudełka kolekcję kapsli i podczas wakacji z radością nurkowałam pod ławeczkami w lokalnym parku, bo żaden kolega z przedszkola nie miał łotewskich kapsli! Nie wiem, jakim cudem mieściłam się kiedyś z tym wszystkim w jednym pokoju, ale z boską interwencją miało to prawdopodobnie do czynienia całkiem sporo.

Lecz kiedy człowiek rozpozna już taką swoją przypadłość (oraz wynikające zeń negatywne skutki), warto byłoby zadać sobie również pytanie, po co my to w ogóle robimy. Po co zbieramy? Dzieła sztuki – to można sobie całkiem sprawnie wytłumaczyć. Autografy? To także ma sens. Kolekcjonerskie figurki i inne tego typu rzeczy już trudniej, jednak zasłonić się jeszcze można argumentem, że samym celem tych przedmiotów jest bycie obiektami kolekcjonerskimi, więc przynajmniej używamy ich zgodnie z zastosowaniem. Ale kapsle? Korki od wina? Ani to ładne, ani wartości żadnej nie ma, tylko zajmuje przestrzeń. Po co to komu i na co?

Zbieram, bo lubię

Wiele z moich klamotów o statusie pół-śmiecia zbieram przynajmniej w jakimś celu – to znaczy wykorzystania w jakimś projekcie artystycznym. Owszem, mam więcej sztabek, koralików, materiałowych kwiatków i zwojów drutu, niż uda mi się przerobić na biżuterię do śmierci, argument „ale może kiedyś się przyda” jest jednak trudny do zbicia, szczególnie, kiedy kłócisz się z samą sobą. Tak więc moje kiedyś-się-przydasie zajmują dwa pudła, szufladę i skrzynkę na narzędzia, a ja od czasu do czasu radośnie dorzucam do nich jakąś nową sprzączkę czy kawałek sznurka.

Jeśli miałabym wytyczyć granicę pomiędzy zbieractwem a kolekcjonerstwem, byłby to właśnie cel – właśnie owo „przydawanie się”. Zbieram ładne przedmioty z motywem oka, bo… lubię, ale również bo to ładny przedmiot, z którym mogę coś zrobić, choćby i założyć na palec albo podać w nim zupę. Kolekcjonuję znaczki z Hard Rock Cafe, bo są fajne, a zresztą jak już robię to od dwunastu lat, to czemu przestawać.

Jeszcze innym trochę aspektem jest kolekcjonerstwo „zawodowe”, profesjonalne i nastawione na zysk. Mam na myśli różnicę pomiędzy zbieraniem dzieł sztuki, żeby powiesić je sobie na ścianie, a robieniem tego, by skompletować kolekcję, która ma określoną wartość i którą można ewentualnie sprzedać z zyskiem. Często te dwie rzeczy są ze sobą zazębione – zawodowi kolekcjonerzy sztuki są najczęściej również jej miłośnikami, a wielu hobbystów byłoby gotowych spieniężyć swoje zbiory w razie potrzeby – jednak nierzadko zdarza im się występować rozdzielnie, tak więc spośród uczestników tej samej aukcji jeden może licytować z myślą, że nie odsprzeda tego obrazu nigdy, a inny już kalkulując w myślach przyszły zysk.

Przedszkolna giełda papierów wartościowych

Kolekcjonerstwo często wiąże się również z wymienianiem okazów z innymi zbieraczami – taka trochę gra, trochę giełda, trochę sprzedaż bez prawdziwej sprzedaży. W równym stopniu sposób budowania swojej kolekcji, co pewnego rodzaju zabawa. Dzieci są w tym świetne, bo jeszcze nie mają własnych pieniędzy, jednocześnie dysponując już jakąś własnością: zabawki, muszelki, ładne kamyki, naklejki z piłkarzami – mogą wymieniać je na inne dobra. – mogą wymieniać je na inne dobra. Ot – idea i historia pieniądza w czystej postaci. 

W ten sposób w moim przedszkolu nawet sześciolatki nie uchroniły się przed kapitalizmem. W roku 2006 panowała bowiem moda na karteczki – kolekcjonerskie kartki z obrazkami różnych postaci z kreskówek, głównie serialu „Klub Winx”, komiksów W.I.T.C.H. oraz filmów Barbie. Wkładało się je do segregatora i wymieniało między sobą. Zaczątkiem mojej kolekcji były dwie karteczki, które dostałam od koleżanki z wakacji – kolorowe, z brokatem, dużo warte. Cały trik nie polegał bowiem na wymianie jeden do jednego; nie nie, to był prawdziwy handel.

Rynek powstał samoistnie i miał dość złożone zasady, które tworzyły się spontanicznie, ale były przyjmowane bardzo szybko. Miał również kurs wymiany, bowiem karteczki miały różną wartość w zależności od swoich cech: wielkości, sposobu wydrukowania, posiadania ozdób, grubości papieru oraz pochodzenia. Oryginalne karteczki – takie, które ktoś na samym początku tego łańcucha wymiany dostał jako dodatek do gazetki lub kupił w sklepie – były zazwyczaj wydrukowane w kolorze, na gładkim papierze podobnym do strony przeciętnego tygodnika. Niektóre miały na sobie elementy brokatowe lub polakierowane (tzw. „śliskie”) – to zwiększało ich wartość. Karteczki odkserowane lub „oryginalne”, lecz wydrukowane na „zwykłym” papierze (będę nazywać je „papierowymi”, dla uproszczenia), były warte mniej. System był skomplikowany i podatny na negocjacje. Na cenę wpływał również stan karteczki – pognieciona, zabazgrana lub podarta karteczka była mniej warta od tej w idealnym stanie.

I oczywiście, jak na każdym rynku, pojawiały się wyjątki w postaci unikatowych egzemplarzy oraz indywidualnego gustu. Rzadkie karteczki – z nieczęsto występującymi postaciami, takie, których nikt inny w całej grupie nie miał, z wyjątkowo ładnym obrazkiem – rządziły się swoimi prawami, nieraz mając wartość podwójną lub potrójną w porównaniu do innych tej samej jakości i rozmiaru. Właściciele chętniej oddawali też duplikaty i mniej chętnie przyjmowali karteczki, które już mieli. Każdy miał również w swojej kolekcji ulubione egzemplarze, z którymi nie rozstałby się za żadną cenę z wyjątkiem całkowicie astronomicznej (w moim przypadku były to moje dwie pierwsze karteczki). Takie negocjacje były oj, trudne, ale czasem kończyły się sukcesem.

Prawdziwą potentatką stałam się po moich szóstych urodzinach, na które jako prezent poprosiłam babcię o oficjalne karteczki. Jak dotąd cały mój zbiór opierał się na egzemplarzach, które dostałam bądź przehandlowałam, rzadko miałam więcej niż jedną sztukę danego rodzaju i z niektórymi naprawdę cenionymi musiałam się rozstawać, by w zamian zwiększyć moją kolekcję. Babcia kupiła mi trzy rodzaje dużych „oficjalnych” karteczek (niestety bez brokatu i nielakierowanych), każdego po kilkanaście sztuk, i choć estetycznie nie podobały mi się jakoś szczególnie, to uczyniły mnie Krezusem. Mogłam teraz oferować dowolnie hojną cenę za rzadkie karteczki, które bardzo mi się podobały; udawało mi się zdobyć egzemplarze, które dotąd moje koleżanki trzymały poza stołem negocjacyjnym jako ich ulubione. Trzy duże za jedną małą? Proszę bardzo. Mój zbiór urósł do takich rozmiarów, że z trudem mieścił się w segregatorze.

Jakiś czas później odkryłam również magię tego, co w gospodarce monetarnej byłoby dodrukowywaniem pieniędzy, ale naszego barterowego systemu raczej nie zachwiało. Nauczyłam się bowiem posługiwać domowym skanerem, mogłam więc tworzyć reprodukcje karteczek oraz drukować obrazki wzięte z internetu w dowolnej liczbie, i do tego w kolorze! Pamiętam to uczucie olśnienia i podnieconej satysfakcji, które musi towarzyszyć każdemu fałszerzowi pieniędzy, gdy obserwuje, jak drukarka wypluwa świeże banknoty. Perforowałam je potem dziurkaczem taty i ewentualnie poprawiałam błyszczące elementy, które z oczywistych względów wydrukowały się na płasko, klejem brokatowym. Nie były to przekonujące podróbki, głównie ze względu na jakość papieru, i mimo moich usilnych starań nie sprzedawały się dobrze, ale przynajmniej z tego całego przedsięwzięcia wyniosłam trochę wiedzy ekonomicznej oraz jakże przydatną umiejętność używania drukarki.

Dezintegracja trwałości pamięci

Ale jest jeszcze jeden, chyba najważniejszy powód, dla którego zbieramy – przynajmniej ci z nas, u których wrodzony sentymentalizm brata się z bardzo dobrą i bardzo żywą pamięcią. Zbieranie tych mało istotnych śmieci jest jednocześnie zbieraniem wspomnień. Kiedy jestem w stanie dokładnie powiedzieć, na jakiej lekcji i w której ławce siedziałam osiem lat temu, kiedy koleżanka złożyła dla mnie tę konkretną łódeczkę z papieru, pozbywanie się rzeczy staje się nieco trudne. Przeszłość klei się do wszystkiego. Mam całe pudło wypisanych długopisów, najstarsze z nich z czasów przedszkola, i nie jestem w stanie ich wyrzucić – to jakby wyrzucić kawałki mojego życia, które oblepiają te nieprzydatne od ponad półtorej dekady kawałki plastiku jak odciski palców.

Cały sens historii jako nauki zawiera się w tym, że wydarzenie jest ważne i w pewnym sensie nadal realne tak długo, jak długo ktoś o nim pamięta. Jeśli drzewo w lesie przewraca się, ale nikt nie słyszy jego upadku, to czy naprawdę się przewróciło? A jeśli ktoś słyszał, tak, ale zapomniał, i nikt już więcej się o tym nie dowie, i nikt już więcej tego drzewa nie zobaczy – to czy naprawdę istniało?

Nasze małe zbieractwo, nasze składy niepotrzebnych śmieci, kawałków plastiku i łódeczek z papieru, wydają mi się na jakimś poziomie próbą poradzenia sobie z ulotnością życia oraz tym, jak przerażającą rzeczą jest czas, jak się tak zastanowi nad tym dłużej. Przeszłość nie istnieje – to tylko wizja w naszej głowie i już nigdy nie zdołamy tam powrócić. Te wszystkie ważne i błahe momenty nie mają obiektywnie żadnego znaczenia, nieważne, jak wiele znaczyły wtedy, kiedy się działy. Z takiej perspektywy upływ czasu to nieustanna utrata, woda przeciekająca przez palce, którą nijak zatrzymać i nijak odzyskać. Jedyne, co po niej zostaje, to te małe okruchy, fizyczne przedmioty metafizycznie zaplamione wspomnieniami; jedyna szansa, by przeszłość jeszcze raz potrzymać w rękach.

Joanna Talarczyk

SUBSKRYBUJ „GAZETĘ NA NIEDZIELĘ” Oferta ograniczona: subskrypcja bezpłatna do 31.03.2024.

Strona wykorzystuje pliki cookie w celach użytkowych oraz do monitorowania ruchu. Przeczytaj regulamin serwisu.

Zgadzam się