groza

Groza po polsku. Literatura XIX i XX wieku, na której odkrycie jeszcze chwilę poczekamy

Stephen King, Junji Ito, H.P Lovecraft. To tylko kilka nazwisk, które mogłaby by wymienić osoba zapytana o to, kto jest jego ulubionym pisarzem grozy. Popularność zagranicznych autorów horrorów nie jest zaskoczeniem. Literatura grozy rozpoczęła przecież swoje życie na kartach książek anglojęzycznych twórców. Groza raczej nie jest kojarzona z twórcami piszącymi w języku polskim. Prawda jest jednak taka, że powieści i wiersze wieków minionych pełne były rodzimej, polskiej grozy.

Ślady wczesnego horroru można odnaleźć już w erze romantyzmu, gdzie halucynacje i przerażające wizje często służyły do przekazywania konkretnej wizji świata. Zjawy i potępieńcy mieli nie tylko przerażać, ale także ukazywać odbiorcy, że w świecie istnieje więcej niż tylko to co policzalne i zrozumiane. Sam Adam Mickiewicz użył motywu grozy w swojej balladzie „To Lubię”, gdzie bohater, niewierzący w świat nadprzyrodzony, spotyka nawiedzoną cerkwię. To właśnie tam rozmawia z widmem dawno zmarłej osoby, która zmienia jego spojrzenie na świat. Nie jest to oczywiście jedyny przypadek grozy w utworach narodowego wieszcza. „Świtezianka”, „Lillije” czy wreszcie słynne „Dziady” pełne są potępionych duchów i innych motywów, które niewątpliwie przerażały XIX wiecznego czytelnika.

Z biegiem czasu groza była coraz bardziej obecna na kartach polskiej literatury. Zapomniany już dziś niemal zupełnie Józef Bohdan Dziekoński zaskakiwał odbiorcę gęstymi oparami okultyzmu w powieści Sędziwoj, opowiadającej istniejącym naprawdę, słynnym alchemiku Michale Sędziowoju. Plugawe rytuały czarnoksiężników osadził na tle burzliwych wydarzeń Kontrreformacji.

Kolejną epoką literacką, której pisarze tworzyli powieści mogą przerazić czytelnika była tzw. Młoda Polska. Swoboda obyczajowa artystycznych kręgów ówczesnej, zaborowej Polski sprawiła, że zaczęły powstawać utwory w przerażający sposób zainspirowane modnym wtedy mistycyzmem. Takie zainteresowania przejawiał nie kto inny, jak laureat literackiej nagrody Nobla, Władysław Reymont. Przeprowadzał seanse ze zmarłym, a także brał udział w zjeździe Towarzystwa Teozoficznego w Londynie, które chciało odkryć „ukryte moce człowieka”, jak można przeczytać w statucie tej organizacji. Pobyt w Londynie zainspirował Reymonta do napisania powieści „Wampir”. Na jej kartach opisuje między innymi satanistyczne obrzędy czarnych mszy, które dla ówczesnego czytelnika musiały być prawdziwym horrorem.

Nie był to jedyny romans pisarza z światem nadprzyrodzonej grozy. W opowiadanie „Czekaj…” Reymont opisuje coś, co dzisiaj nazwalibyśmy rytuałem voodoo. Bohater przebija szpilkami kukłę przedstawiającą jego wroga, czym doprowadza do jego śmierci. Takie motywy, pełne grozy i obrazoburczego okultyzmu mogą dziwić te osoby, które Reymonta mogą kojarzyć tylko z „Chłopami”.

W wolnej Polsce czasów międzywojnia dalej powstawała literatura grozy. Jej najwybitniejszym przedstawicielem jest według wielu Stefan Grabiński. Ten autor, uznawany za naszego odpowiednika H.P Lovecrafta, życie spędził jako stosunkowo mało znany pisarz, ale teraz jego twórczość zyskuje uznanie fanów horroru.

W „Demonie Ruchu”, najsłynniejszym dziele jego autorstwa, przedstawia on intrygujący, psychodeliczny wręcz horror. Bohaterami tego zbioru opowiadań są kolejarze, pasażerowie pociągów, konduktorzy i inne osoby mające styczność z koleją, gdyż to właśnie ona jest źródłem lęku i przerażenia w „Demonie Ruchu”. Autor niepoki czytelnika widmowymi istotami, obecnymi w każdym pociągu, opuszczonymi stacjami kolejowymi, istniejącymi poza czasem i przestrzenią, a także trudną do opisania, obsesje przemieszczania się z miejsca na miejsce.

Lotnictwo, inny, dopiero powstający wtedy sposób komunikacji, również stał się scenerią dla polskiej powieści grozy. Janusz Meissner, który sam pilotował areoplany, w swoich opowiadaniach opisywał koszmary związane z przesądami i historiami powtarzanymi przez lotników. Czytelników mogły więc przerażać nawiedzone samoloty, cmentarze maszyn a także duchy dawno zmarłych pilotów.

Krótkie opowiadania, których celem było przerażenia pisywał również Witold Gombrowicz. Publikowane pod pseudonimem w odcinkach na łamach „Kuriera Czerwonego”, były swoistą zabawą z konwencją, pełne typowych dla grozy motywów.

Przy takim bogactwie polskiej twórczości literackiego horroru, dziwi więc jej mała popularności. Skoro w innych krajach rodzimi autorzy grozy są tak uznani, a na podstawie ich twórczości powstają filmy, komiksy czy gry, być może warto dokonać adaptacji koszmarnych lokomotyw Grabińskiego lub okultystycznego „Wampira” Reymonta….

Maciej Bzura

SUBSKRYBUJ „GAZETĘ NA NIEDZIELĘ” Oferta ograniczona: subskrypcja bezpłatna do 31.03.2024.

Strona wykorzystuje pliki cookie w celach użytkowych oraz do monitorowania ruchu. Przeczytaj regulamin serwisu.

Zgadzam się