poezja

Instapoezja. Jako w Empiku, tak w internecie

Internetowa poezja to zjawisko szeroko znane od przeszło dekady, a istniejące chyba od zarania samej sieci. Czym jest ten mariaż technologii z kulturą wysoką i jak się ma do tradycyjnego rynku wydawniczego? I po co w ogóle się w to bawić?

Pisać się nie opłaca — to prawda stara i znana — i to nie tylko z finansowego punktu widzenia. Żyjemy w dobie obrazu oraz maksymalnego skracania treści; coraz więcej mediów społecznościowych ogranicza liczbę znaków, jakie można zawrzeć w pojedynczym poście, coraz mniej się czyta, coraz trudniej zwabić potencjalnego odbiorcę do zainteresowania się dłuższym tekstem. Każdy, kto kiedykolwiek konkurował z artystami sztuk wizualnych w jakimkolwiek kreatywnym przedsięwzięciu, zna tę frustrację. Człowiek pokutuje nad klawiaturą przez miesiące, aż w końcu wydrze sobie z serca gołymi rękami te osiem tysięcy słów i w poczuciu triumfu równym co najmniej himalaiście na szczycie Everestu we łzach rzuci je na fale cyberprzestrzeni – no i zgarnie może trzydzieści lajków, a po dwóch dniach już nikt o tym nie pamięta. Los artysty zawsze był i będzie losem niewdzięcznym, ale czasem gdy patrzę na moich towarzyszy broni z obozu malarzy i rysowników, nie mogę powstrzymać kwaśno-gorzkiej myśli, że oni przynajmniej mają szansę wybić się na Twitterze.

Ale pomimo szkwałów i burz artyści nie ustępują. Mogłoby się wydawać, że takie medium jak Instagram – platforma nakierowana na zamieszczanie zdjęć opatrzonych krótkimi opisami – jest ostatnim miejscem, w jakim rozwinęłaby się społeczność literatów, lecz to właśnie tam współczesna scena poetycka zdaje się rozkwitać najbujniej. Wiersze są zamieszczane w formie grafik, zrzutów ekranu z edytora tekstu lub zdjęć wydrukowanej strony. Czasem towarzyszą im ilustracje, jakiś ornament lub dekoracja, czasem jest to po prostu tekst na białym tle. Czasem poezja przeplata się z postami o innej tematyce, czasem cały profil poświęcony jest wyłącznie wierszom.

Poezja zróżnicowana

Pojawienie się w księgarniach pierwszego tomiku poetki-instagramerki Rupi Kaur „Mleko i miód” w 2014 r. (w Polsce w 2017 r. w przekładzie Anny Gralak) sprawiło, że „poetyccy influencerzy” zaczęli pojawiać się w mediach społecznościowych jak grzyby po deszczu – zresztą nie tylko za granicą, ale również w Polsce. Proste, nierytmiczne i nierymowane utwory, nierzadko bez znaków interpunkcyjnych, ale za to z częstym użyciem italiki, zdawały się na jakiś czas całkiem zdominować pisarską stronę internetu. Wiele z nich wydaje się być mocno zainspirowane stylem Kaur: zapis całego tekstu małymi literami z minimalną interpunkcją oraz charakterystyczny ostatni wers w italice i często wyrównany do prawej strony, jako swoista puenta całego utworu. Tak pisze na przykład Katarzyna Neczek (@k.neczek), autorka pięciu tomików w języku angielskim, pierwszy z których wydała nakładem własnym w wieku 18 lat. W podobnym tonie jest również „Arkusz poetycki” Weroniki Szymańskiej (@billie_sparrow), pięknie oprawiony i zilustrowany zbiór wierszy, który pojawił się w polskich księgarniach w 2018 r.

Ale nie każda instapoezja ma aż do tego stopnia postmodernistyczną składnię. Jeden z moich ulubionych wierszy Nikity Gill, który znalazłam całkowitym przypadkiem w formie grafiki na Pintereście – „I Named Us Grief” – oraz literacka odpowiedź na niego „I Named Us Hope” autorstwa Zoë Elyse, są zbudowane w sposób bardziej tradycyjny: zachowują rytm, rym oraz prawidłowy stylistycznie zapis tytułu, są podzielone na strofy równej długości. Polscy instapoeci Michał Matejczuk (@michal_matejczuk_wiersze), Grzegorz Paczkowski (@grzegorz_paczkowski_) i @nieistotne_slowa również preferują klasyczną formę.

Poezja efemeryczna

Wątek przypadkowego natrafienia na wiersz na Pintereście (platformie służącej do zapisywania postów i stron internetowych w formie grafik z linkami oraz uporządkowywania ich w kolekcjach na swoim profilu) jest zresztą w temacie instapoezji kluczowy. Ulotność treści oraz bezpośredniość kontaktu z autorem to dwie główne cechy twórczości publikowanej w internecie, czy byłby to rysunek, film, opowiadanie czy wiersz. Zamieszczenie swojego dzieła na profilu czy blogu jest trochę jak rzucenie liścia na powierzchnię rzeki i biegnięcie za nim, żeby sprawdzić, dokąd popłynie. Nie da się przewidzieć, gdzie się zatrzyma i na jak długo, w jaką odnogę wpadnie. Niemal nieograniczone możliwości kopiowania i ponownego publikowania („repostowania”) treści sprawiają, że dzieło może zawędrować w miejsca całkowicie nieznane, często bez wiedzy, zgody i podpisu twórcy. Nieraz gdzieś w odmętach Tumblra czy X/Twittera pływają wycinki tekstu, których pochodzenie namierzyć można tylko dzięki wyszukiwaniu w Google po frazie, mając do dyspozycji czasem zaledwie kilka słów. Nierzadko oryginału w ogóle nie da się znaleźć. A teksty krążą, podawane z bloga na blog i platformy na platformę jak ludowe przyśpiewki. Jest w tym coś pięknego – poezja zyskuje własne życie, odrywa się od twórcy i staje własnością zbiorowego odbiorcy, zatacza coraz szersze kręgi, coraz dalej się rozprzestrzenia – ale również pewna fundamentalna niesprawiedliwość, bo ja jako poetka wolałabym jednak, żeby ludzie czytający moje teksty wiedzieli, kto je napisał. Nie mówiąc już o gehennie, jaką przechodzi każdy, kto hobbystycznie tworzy sobie antologię ulubionej poezji internetowej.

Innym aspektem ulotności takich dzieł jest niestałość charakterystyczna dla internetu w ogóle. Oczywiście nic, co opublikowane w sieci, nigdy tak naprawdę z niej nie znika, ale nie znaczy to, że dostęp do tego jest łatwy. Blog może pewnego dnia zniknąć, konto zostać zamknięte, strona zmienić adres – i teraz powodzenia w tropieniu proweniencji zbitka słów zacytowanych w opisie czyjegoś posta na Facebooku bez żadnego kontekstu. Szczególnie, jeśli autor opublikował go w formie grafiki lub zrzutu ekranu, a nie tekstu, który dałoby się wyszukać po frazie.

Poezja możliwości

Ale publikowanie w internecie ma jedną ogromną, niezaprzeczalną zaletę – a mianowicie że każdy może to robić. Tradycyjny rynek wydawniczy jest okrutny, szczególnie dla młodych i debiutujących autorów, i nic prócz odpowiedniej koniunkcji planet nie może zagwarantować szansy na tę upragnioną publikację w druku. Wydanie tomiku własnym kosztem wiąże się zaś, cóż, z kosztem, jest też zresztą w niektórych kręgach pisarskich uważane za najgorszą hańbę. Takie wydawnictwa – które wydrukują wszystko, o ile autor zapłaci – określane są terminem „vanity press”, bo manuskrypt nie musi przejść żadnego kryterium jakości, by zostać zaakceptowanym do publikacji. Autor nic zresztą nie zyskuje (oprócz kiepsko sformatowanej książki na tanim papierze, którą może rozdać znajomym i postawić sobie na półce), nie zwiększa to jego szansy na pojawienie się w księgarniach, a promocją najczęściej musi zająć się sam.

Ale internet! To już zupełnie co innego, mimo że kryterium jakości również średnio tam istnieje. Internet daje szansę na bycie czytanym, na pokazanie swojej twórczości światu i otrzymanie od świata odpowiedzi w postaci lajków i komentarzy. Jak dobrze pójdzie – na grupkę stałych czytelników, którzy pojawiają się pod każdym postem, dają informację zwrotną, oferują dobre słowo. To niesamowicie motywujące. Uprawianie sztuki dla sztuki jest wzniosłym ideałem, ale nigdy jeszcze nie poznałam artysty, który świadomie zrezygnowałby z tych zastrzyków dopaminy, jakie dają powiadomienia o każdym nowym komentarzu.

Zlikwidowanie finansowej bariery wejścia to również bardzo ważny aspekt. Publikowanie na blogu lub platformie społecznościowej jest całkowicie darmowe, jeśli tylko ma się komputer czy smatrtfona i dostęp do internetu, nie potrzeba do tego żadnych koneksji, kontraktów i kosztów wstępnych. A ponadto zbudowanie sobie pozycji w sieci jest nierzadko atutem w późniejszych rozmowach z „prawdziwym” wydawnictwem – dowodem popularności i czytalności dzieła, a więc i potencjalnego zysku dla spółki. Internetem może nie rządzi czysta merytokracja (wystarczy spojrzeć na niektóre co bardziej popularne filmiki na YouTube), ale z pewnością łatwiej jest dotrzeć ze swoim przekazem do potencjalnego czytelnika i nie zostać całkowicie wykluczonym z zawodów zanim jeszcze ktokolwiek muśnie twoje dzieło wzrokiem.

Poezja dla wszystkich

Czy każda instapoezja jest dobra? Nie. Czy każda _popularna_ instapoezja, zbierająca tysiące polubień i komentarzy i w efekcie podbijająca w końcu empikowe półki, jest dobra? Euterpe broń. Czy zniwelowanie barier, które dotychczas hamowały debiutujących autorów bez koneksji i finansów przed pokazaniem swojej twórczości światu, doprowadza do większego zdemokratyzowania rynku wydawniczego i przyczynia się ogromnie do rozwoju literatury jako takiej? Bezsprzecznie. Ale koniec końców sens tego całego zamieszania – przynajmniej dla mnie – to samo pisanie; wydarcie z siebie tego, co cieszy i co boli, pocięcie tego na wersy i posiadanie jakiegoś miejsca, które można by było tym obkleić. Poezja to krzyk serca. Świadomość, że gdzieś tam po drugiej stronie ekranu jest ktoś, kto ten krzyk usłyszy i coś w nim to może poruszy, coś przebudzi, powie coś, o czym nie pomyślałby wcześniej – to najwięcej, czego mogłabym pragnąć.

Joanna Talarczyk

SUBSKRYBUJ „GAZETĘ NA NIEDZIELĘ” Oferta ograniczona: subskrypcja bezpłatna do 31.03.2024.

Strona wykorzystuje pliki cookie w celach użytkowych oraz do monitorowania ruchu. Przeczytaj regulamin serwisu.

Zgadzam się