mocumenty

Mocumenty – współczesna satyra w przebraniu paradokumentu

Ubrane w parodię paradokumentów mockumenty znalazły widownię szczególnie wśród młodych widzów, których nie śmieszą już klasyczne komedie, ale coś co kpi niejako samo z siebie, stosując żenadę jako formę artystycznej ekspresji.

Przy żadnym serialu nie bawię się tak dobrze, jak przy paradokumentach. Jest coś w tym amatorskim aktorstwie, sztywnych dialogach i przedramatyzowanej fabule, co ogrzewa moją strapioną duszę lepiej niż kubek herbaty z miodem w zimowy wieczór. I nie jestem widać jedyna, skoro od początku lat dwutysięcznych seriale z tego gatunku wciąż święcą triumfy w polskiej telewizji – wpierw „W11 – Wydział Śledczy”, „Malanowski i partnerzy” i „Sędzia Anna Maria Wesołowska”, potem „Dlaczego ja?”, „Trudne sprawy”, „Ukryta prawda”, „Szpital” i „Gliniarze”. Choć większość z nich nie jest już kontynuowana, powtórki wciąż są emitowane na antenie oraz znaleźć je można na platformach streamingowych. Jak widać od przeszło dwóch dekad Polacy lubią żenadę, i nie ma w niej nic złego. Dobrze się do tego prasuje.

Jak zaś okazało się pod koniec zeszłego roku, Polacy lubią również żenadę, która wie, że jest żenadą. Serial „1670” pojawił się na Netfliksie w połowie grudnia i z miejsca zyskał ogromną popularność. Że data premiery pierwszego odcinka pokryła się niemal co do dnia z zaprzysiężeniem nowego rządu uważam za fantastyczny zbieg okoliczności, bo „1670” to satyra na Polskę zarówno szlachecką, jak i współczesną. Kontusze, sejmiki, rodzinne kłótnie – a to wszystko w konwencji paradokumentu, czy raczej mockumentu, ponieważ serial ten bardziej przypomina „The Office” niż „Ukrytą prawdę”.

Czym jest mockument?

Mockument jest podgatunkiem paradokumentu i różni się od niego przede wszystkim tym, że nie traktuje siebie poważnie. Co prawda można by się kłócić, czy zahaczająca niekiedy o surrealizm fabuła niektórych odcinków „Szpitala” była z jakąkolwiek dozą prawdopodobieństwa pisana na serio, ale większość paradokumentów przynajmniej udaje, że opowiada o prawdziwych wydarzeniach. Wcale nie muszą mieć one również nic wspólnego z komedią; Orson Wells chociażby korzystał z elementów tego gatunku w m.in. adaptacji radiowej „Wojny światów” H.G. Wellsa oraz nagrodzonym Oscarem „Obywatelu Kane”. Podobne inspiracje możemy znaleźć także w filmie „The Grand Budapest Hotel” Wesa Andersona.

Cały humor mockumentów polega zaś na łamaniu tzw. czwartej ściany i parodiowaniu klisz znanych z paradokumentów – np. w kreskówce „Wyspa Totalnej Porażki” bohaterowie udzielają wywiadów jeden-na-jeden w wygódce.

Bez wątpienia królem tego gatunku jest „Biuro” („The Office”) –  sitcom wykreowany we wczesnych latach dwutysięcznych przez BBC, remake’owany przez Amerykanów z legendarną juz rolą Steva Carella w roli prezesa. Serial na stałe zapisał się w popkulturze i w wielu krajach powstały jego lokalne adaptacje. W Polsce Canal+ online emituje od 2021 r. „The Office PL” z Piotrem Polakiem jako w roli głównej; zamiast, jak w oryginale, producentem papieru, w polskiej wersji tytułowe biuro jest siedzibą siedleckiej spółki produkującej wodę butelkowaną. W tym roku wyemitowany ma zostać czwarty sezon. Na Filmwebie użytkownicy dają serialowi 6,9/10, a po szybkim przeglądzie recenzji zdaje się, że reakcje widzów wypełniają całą skalę między zachwytem a poczuciem cringe’u. Co jest w sumie dla mockumentów typowe: te dzieła albo się kocha, albo chce zmieść z powierzchni Ziemi bombą atomową.

Jeden ze znajomych polecał mi również „Chłopaków z baraków”, kanadyjski mockument opowiadający o perypetiach trzech przyjaciół mieszkających w przyczepie i szukających sposobów na szybkie wzbogacenie się, co najczęściej skutkuje kolejnym pobytem w więzieniu. Serial oraz jego animowana adaptacja dostępne są na platformie Netflix; na jego kanwie powstały także trzy filmy fabularne.

Bez wątpienia mockumenty stały się dziś pomysłem na filmową satyrę przyciągającą miliony widzów już nie przed ekrany telewizorów z podłączeniem do kablówki, ale wszelkich ekranów podłączonych do serwisów streamingowych. Dodajmy: młodych widzów, których nie śmieszą już klasyczne komedie, ale coś co kpi niejako samo z siebie, stosując żenadę jako formę artystycznej ekspresji. Wszak to są już pokolenia, które w kinie w zasadzie widziały wszystko i chyba żadna forma czy technika filmowa nie może ich już zaskoczyć. 

Joanna Talarczyk

SUBSKRYBUJ „GAZETĘ NA NIEDZIELĘ” Oferta ograniczona: subskrypcja bezpłatna do 31.03.2024.

Strona wykorzystuje pliki cookie w celach użytkowych oraz do monitorowania ruchu. Przeczytaj regulamin serwisu.

Zgadzam się