Piep*zyć Mickiewicza
Fot. Sławomir Mrozek-ARTRAMA

„Piep*zyć Mickiewicza”. Nieoczywisty film, o którym wszyscy dziś mówią

Przesłanie filmu „Piep*zyć Mickiewicza”, to jedno z najbardziej chrześcijańskich przekazów, jakie współczesne filmy potrafią młodzieży przekazać.

Obejrzałem z rodziną premierę filmu dla młodzieży „Piep*zyć Mickiewicza”. Przyznam, że zgorszony tytułem, ledwo dałem się namówić. Siadłem w kinie, światła zgasły, na ekranie napisy, patrzę – a tu informacja, że film finansowany przez Polski Instytut Sztuki Filmowej. Podlegający pod Ministerstwo Kultury. I Dziedzictwa Narodowego! A przecież nakręcony w ubiegłym roku…

I co z tym Mickiewiczem? No nic. Zaczyna się film dynamiczny, wprowadzający nas w świat trochę rąbniętej młodzieży, która przeklina, wypisuje głupoty w toalecie, bije się, ćpa i pije, handluje narkotykami, śpiewa rap, uważa, że jest dużo mądrzejsza od dorosłych, o sprawach ważnych ma takie zdanie jak w tytule i… nie wierzy w siebie, w swoje możliwości, w swoją przyszłość. To klasa II B. Kierownictwo Liceum chce ich spuścić, poodsyłać do poprawczaków i szkół specjalnych. To kierownictwo przedstawione jest jako mało sympatyczne, konserwatywne i nic nie rozumiejące. A najbardziej pan wicedyrektor Andrzej Bobik, z którym natychmiast jako nic nie rozumiejący konserwatysta się utożsamiłem.

Młodzież licealna już na początku filmu dała do zrozumienia, co myśli o takich jak my, trudnym do zmycia rysunkiem na drzwiach gabinetu pana wicedyrektora. Nie powiem wam co narysowali, bo poczułem się osobiście urażony. Jako widzowie tych starych od razu nie lubimy i się z nich śmiejemy, bo są przez twórców filmu ośmieszani i wyszydzani. Młodzież zaś, ze swoimi głupimi obyczajami, przedstawiona jest jako fajna i sympatyczna, jak to na filmie. Więc od razu ich lubimy i utożsamiamy się z ich problemami, a przez to też podświadomie z ich sposobami patrzenia na świat. Szczególnie jeżeli jaki widz nie jest takim starym, konserwatywnym prykiem jak ja.

Resztę musicie sami zobaczyć. Bo wyszedłem z filmu przekonany, że to jeden z najlepszych filmów jakie w życiu widziałem. To nie tylko moje zdanie. Obejrzałem film rozumiejący powołanie człowieka, znaczenie cierpienia, trudów i poświęcenia, bezsens i destrukcyjność łatwizny i ulegania atrakcyjnym pokusom (atrakcyjnym pozornie), a także wszelkiej idącej za nimi racjonalizacji, czyli tworzonych przez nią systemów anty-aksjologicznych, nazywanych czasem ideologiami. Choć oczywiście takiego języka w filmie nie ma. Został on za „ilustrowanymi” drzwiami pana wicedyrektora Bobika!

Przesłanie tego filmu, to jedno z najbardziej chrześcijańskich przekazów, jakie współczesne filmy potrafią młodzieży przekazać. Choć tak jego źródła cywilizacyjne są tam zakamuflowane, że łatwo można sobie wyobrazić, iż nawet twórcy filmu mogli tego nie zauważyć. Po prostu antropologia chrześcijańska opisuje trafnie naturę człowieka i pisząc mądry scenariusz można na jej nauki trafić nawet bezwiednie. Choć na filmie w pewnym momencie, wśród poetyckich wypracowań buntowników, usłyszeliśmy fragment uważanego za najpiękniejsze dzieło poetyckie w historii „Hymnu o miłości” św. Pawła. A gdzieś w tle czasami jakaś pobożna zakonnica i kapliczna przydrożna. Ale może to przypadek?

Nie powiem wam dlaczego tak mi się to przesłanie (a nie te elementy tła) z nauką nam przez Chrystusa przekazaną skojarzyło. Musicie sami zobaczyć, bom wychowany na Norwidzie, a on pisał zawile, żeby zmusić nas do myślenia. Wiedział bowiem, że wnioski podane wprost wrzucamy na twardy dysk w naszym mózgu i czasami potrafimy je odtworzyć, ale czy coś z tego wynika? Natomiast jeżeli wysilimy się, żeby sami zrozumieć i te wnioski wyciągnąć, to po prostu rozbudowujemy gigabajty RAM-u i podnosimy poziom software’u. Dzięki temu my też potrafimy potem lepiej świat i człowieka rozumieć. I sens tego wszystkiego dostrzegać. Dlatego najważniejsi twórcy naszej cywilizacji – Sokrates i Chrystus – głównie zadawali pytania, ew. ilustrowali je przypowieściami zupełnie nie pasującymi do naszych czasów. Żeby zmusić nas do samodzielnego wysiłku intelektualnego. Zupełnie nie mieli litości. Ale tę ich bezlitosną metodę potwierdziła jednoznacznie współczesna neurodydaktyka. Wtedy udoskonalimy swój sposób rozumienia świata, kiedy coś nas zainteresuje, a nie kiedy z przymusu coś przeczytamy, czy nawet wkujemy na egzamin. Więc wam nie powiem.

Jeżeli macie dorastające i zbuntowane dzieci, to możecie byś spokojni. Obejrzą i nie pokapują się, że to film z przesłaniem, które zawadza o najważniejsze w historii Przesłanie dla młodych. Hymnu o miłości na pewno nie pamiętają, a siostrzyczki i kapliczka pozostaną dla nich tłem. Jak im nie powiecie, że ten film niesie myśl pokazującą głębszy sens człowieczeństwa, to się nie wystraszą i pójdą, i obejrzą. Potem najwyżej możecie zapytać ich o to co ważne, żeby im to nie umknęło.

Dodam jeszcze, że to film zainspirowany „Stowarzyszeniem umarłych poetów”, ale mnie się bardziej podobał. Tak wkręca w kody kulturowe dzisiejszej młodzieży, że tacy jak ja natychmiast, od początku filmu, czują się na nim poobijani i próbują trochę tchu złapać, żeby odetchnąć. Na premierze widziałem producenta i scenarzystę, obaj poważnie już panowie z brodami (choć ten drugi o pokolenie młodszy). Tylko reżyserka małolata. Jak stawała z młodocianymi aktorami do zdjęcia, to nie sposób było zgadnąć, która to? Może dlatego tak łatwośmy się w ten świat łobuziaków licealnych wprowadzili. I ewidentnie miała dobry kontakt z aktorskimi debiutantami – czyli całą II B. Bo nawet sceptycy podkreślali, że parząc na tych amatorów nie widziało się grających, coś udających, aktorów, a autentyczne, bardzo różne, przeżywające swoje problemy osobowości nieco niedojrzałych licealistów. To prawda. Stąd pewnie też młodzieżowe tempo filmu i nie dających wytchnąć, przeplatających się akcji.

Nic więcej więc wam nie powiem, dodam tylko, że nie zabrakło bardzo groźnych scen kryminalnych, romantycznych miłości i zaskakujących rozwiązań. Bo jak bez tego w filmie?

Na koniec jednak rzucę parę pytań, na które szukajcie odpowiedzi w filmie (lub filmem zainspirowani):

– Czy ten, niegdyś zbuntowany, Adam Mickiewicz, i jemu podobni w dawnych wiekach, rzeczywiście tacy do niczego? Nic nie mają do powiedzenia dzisiejszej zbuntowanej młodzieży? Czy nie umieli śpiewać rapu? Nie patrzyli na starych Bobików i innych Śniadeckich, jak na rarogów, którzy nie wiedzą jak ciekawe jest życie i zajmują się nudami? Czy nie da się pokazać młodzieży Mickiewicza, tak, żeby dostrzegli w nim swojego kumpla, Adasia? A nie coś nudnego, wrzucanego na siłę przez dyr. Bobika, z czego będą rozliczani?

– Czy najlepszą metodą wrzucania młodzieży Nauk Ewangelicznych jest coniedzielne, nudne kazanie, jakie to problemy parę tysięcy lat temu mieli pobożni pasterze gdzieś na końcu świata? Przedstawiane do tego językiem dość archaicznym i nieco napuszonym? I wkuwanie Katechizmu? Czy nie da się młodym pokazać metody, jak ów Przekaz przekładać na nasz język dzisiejszy i na ich dzisiejsze problemy? Żeby zobaczyli, że wcale wiele – wbrew pozorom – od tych poczciwych pasterzy z Bliskiego Wschodu się nie różnią? Bo choć język i okoliczności się zmieniają, to natura ludzka zmienia się w istocie niewiele, a i relacje międzyludzkie stawiają przed nami podobne problemy? Czy nie warto tych młodych, przed bierzmowaniem – które nazywane jest przez szyderców „pożegnaniem młodych z Kościołem” – o coś zapytać? Na przykład poprosić, żeby przesłanie jakiejś ewangelicznej rady czy przypowieści, znaleźli w życiu swoim codziennym? Losowo jeden przykład:

– „Kto chce być pierwszym wśród was, niech będzie sługą wszystkich”? Czy ta zasada winna obowiązywać także dzisiaj? W rodzinie? W klasie, w szkole? Na podwórku, między przyjaciółmi? Na boisku? Na zabawie (i w czasie jej organizowania)? W pracy? W gminie? W państwie? W różnych instytucjach? I gdzie jeszcze? Może w mediach? Także tych społecznościowych, w Internecie? A jeżeli nie, to dlaczego? A jeżeli tak, to w jaki sposób? Czy to dotyczy tylko tych najważniejszych, szefów? Czy może każdego, który w jakiejś sprawie, w jakiejś dziedzinie się wybija, jest pierwszy, albo przynajmniej się wyróżnia lub tylko dobrze mu idzie?

– A jakie jeszcze potraficie sami znaleźć w Ewangeliach myśli, które – choć skierowane do kogoś zupełnie innego – jednak mogą pasować do naszych czasów i problemów? Czy to co mówił Chrystus, rzeczywiście jest przestarzałe, sprzeczne z nauką i współczesnemu człowiekowi niepotrzebne? Takiemu, który przeklina, wypisuje głupoty w toalecie, bije się z kolegami, ćpa i pije, handluje narkotykami, śpiewa rap, uważa, że jest dużo mądrzejszy od dorosłych? I nie wierzy w siebie, w swoje możliwości, w swoją przyszłość…?

Mnie kiedyś, kiedy byłem od nich niewiele starszy, na seminarium z katolickiej nauki społecznej, pani Doktor poprosiła, żeby wybrać sobie w domu którąś z Ewangelii i znaleźć w niej te myśli, które znajdują się w dzisiejszej katolickiej nauce społecznej. Przeczytałem w domu wszystkie cztery i… nic nie znalazłem. Do tej pory szukam…

Nie macie pojęcia jak bardzo to zadanie, z którym sobie wówczas nie poradziłem, pomogło mi zrozumieć świat współczesny, jego problemy społeczne, polityczne, ekonomiczne, różne relacje międzyludzkie, zasady i sens postępowania etycznego, sposoby szukania i rozumienia tych zasad. I ich potrzebę, ich niezbędność. I wiele podobnych spraw.

Ci młodzi są ode mnie bystrzejsi. Oni znajdą!

Warto – mimo tytułu – obejrzeć. Polecam!

Michał Radosław

SUBSKRYBUJ „GAZETĘ NA NIEDZIELĘ” Oferta ograniczona: subskrypcja bezpłatna do 31.03.2024.

Strona wykorzystuje pliki cookie w celach użytkowych oraz do monitorowania ruchu. Przeczytaj regulamin serwisu.

Zgadzam się