poseł Braun
Fot. Adam CHEŁSTOWSKI / Forum

We Francji poseł Braun nigdy nie zostałby posłem, nigdy nie wystąpiłby w telewizji

Po pierwsze, nie wyjechałby ze swojego małego miasteczka. Zostałby w nim. Trudno, aby ze swoimi poglądami mógł pracować w zawodzie, w którym miałby kontakt z ludźmi. Szczególnie zamknięte przed nim zostałyby profesje, w których mógłby wpływać na świadomość innych.

Najważniejszy obszar, nad którym Republika rozwinęła bardzo szeroko swoje skrzydła, to edukacja. Jakie będzie chowanie obywateli, taka będzie przyszłość wspólnoty. Nie znalazłby więc pracy w edukacji, w profesjach wymagających kontaktu z dziećmi i młodzieżą, w oczywisty sposób wykluczone byłyby także media czy szerzej, kultura – nie miałby czego szukać w wydawnictwach czy teatrach. Ponieważ Republika wie, że najważniejsze jest kształtowanie umysłów i panowanie nad nimi, nie mógłby też być księdzem, pracownikiem administracji, wymiaru sprawiedliwości ani nawet listonoszem. Nie zatrudniono by go w żadnym miejscu, w którym miałby kontakt z wieloma ludźmi. Niemożliwe więc byłoby także, aby pracował w sklepie, jeśli już, to co najwyżej w magazynie, przy nocnym rozładunku towarów. 

Notabene, gdy Polacy po powstaniu listopadowym masowo emigrowali do Francji, władze świadomie rozpraszały ich pomiędzy różnymi regionami i miejscowościami, aby utrudnić bezpośredni kontakt między nimi. Aby „nie mogli spiskować”, prowadzić np. wobec Rosji innej polityki niż ta prowadzona przez państwo francuskie. Jeśli któryś z Polaków chciał udać się do Paryża lub innego większego miasta, musiał wystąpić wcześniej z wnioskiem o zgodę do lokalnej policji, która po uważaniu – biorąc pod uwagę zachowanie Polaka – przyznawała ją lub nie. Historię tę opisał niedawno na łamach miesięcznika „Wszystko co Najważniejsze” François d’Alançon, znany francuski dziennikarz, który odnalazł swego przodka, Polaka, jednego z dowódców powstania listopadowego, przyjętego na ziemi francuskiej przez wspólnotę francuską. 

Po drugie, gdyby obywatel o niesłusznych poglądach jednak wyrwał się ze swojego małego miasteczka i w jakiś sposób dotarł do Paryża, jakakolwiek jego działalność publiczna stałaby się niemożliwa. Nie rozwinąłby skrzydeł, nie miałby na to najmniejszych szans. Gdyby chciał głosić swoje poglądy i wynająć w tym celu pomieszczenie, szybko okazałoby się to po prostu technicznie niemożliwe (powodów byłoby tysiące, aż po nagły remont, o którym przypomniałby sobie właściciel wynajmowanego biura, bez którego przeprowadzenia straciłby lokal). Gdyby chciał zorganizować spotkanie osób podobnie myślących, także byłoby to niemożliwe, nie byłoby bowiem właściciela miejsca, który ostatecznie nie wycofałby się ze wstępnej decyzji o wynajęciu sali. Gdyby taki obywatel liczył na to, że w większym mieście zgubi się w tłumie, umknie, zniknie, uda mu się zaczepić w jakiejś redakcji, wydawnictwie prasowym czy książkowym, w teatrze, a nawet zostać listonoszem, bardzo by się zdziwił.

Po trzecie, nigdy nie wystąpiłby w telewizji, w radiu ani w poważniejszym medium. Chyba że zostałby przez redaktorów już na wstępie zredukowany do śmiesznego mema, ekstremistycznej, faszystowskiej, nacjonalistycznej patologii. Do kogoś, kim się straszy dzieci. Zredukowany do kierowcy „czarnej wołgi”, operatora cyklonu B. Do kogoś głoszącego poglądy, z którymi absolutnie nikt się nie utożsamia, do kogoś, komu nikt nie podaje ręki. Poglądy, które są jednocześnie niepoważne i groźne, głupie i śmieszne. Redukcja do śmiesznego mema oznaczałaby, że nie może się wypowiadać, bo i tak wiadomo, co ma do powiedzenia. Redaktorzy mówiliby za niego i o nim. Aby przestrzec innych, że należy bronić Republiki, bo niestety wciąż zagraża jej czyste zło, które on uosabia. Jeśli czasami by się wypowiedział, jego słowa dobiegłyby do odbiorców w sposób tak karykaturalnie wynaturzony, że sam by ich nie poznawał. Świr, wariat, uosobienie wszystkiego, z czym nikt się nie zgadza. Wpierw on, później jego córka, następnie nosząca to samo nazwisko siostrzenica.

Czy byłoby to zgodne z prawem? Oczywiście, że tak. Każde z podejmowanych działań osobno, a także wszystkie łącznie nie dość, że są zgodne z obowiązującym prawem, to jeszcze są wręcz ucieleśnieniem prawa w jego najbardziej czystej formie. Choćby prawa fiskalnego, prawa sanitarnego, prawa architektonicznego etc. Łącznie z prawem do wolności wypowiedzi, wolności zgromadzeń i innych wolności obywateli. Obywateli jako wspólnoty, co może stać w sprzeczności, faktycznie, z wolnością tego jednego obywatela. Cóż, problem filozoficzny, do rozwiązania na lewicowych (innych nie ma) uniwersytetach.

Dobrze, ale co z obywatelem, który jest poważanym – z dużą liczbą kontaktów społecznych – nauczycielem, dziennikarzem, księdzem, aptekarzem, fizjoterapeutą etc., i nagle nie wiadomo dlaczego z dnia na dzień, pod wpływem myśli, snu albo jakiejś nieprawomyślnej lektury, do której dostępu nie udało się Republice ograniczyć, następuje jego radykalizacja? Co wówczas? 

Oczywiste jest, że obywatel musi wybierać. Czy nadal chce być nauczycielem, dziennikarzem, księdzem, aptekarzem, fizjoterapeutą etc.? Czy nadal może wykonywać pracę, utrzymując tak wiele kontaktów z innymi ludźmi? Czy nadal chce wynajmować mieszkanie, którego właściciel jednak zastanawia się nad dalszym wynajmem (a inni wynajmujący, dziwny traf, szybko rozmyślają się, niezależnie od proponowanej kwoty)? Czy nadal chce korzystać z ulg podatkowych, które szczodre państwo dało mu w ostatnich dziesięciu latach, czy też powinien te szczodre kwoty państwu w krótkim czasie, już, natychmiast, oddać? Etc., etc.

A gdyby jednak jakimś cudem został zaproszony do lokalnej stacji telewizyjnej, nadającej w sieci osiedlowej, albo do studia portalu internetowego jako przykład „dziwoląga, który mieszka w naszej miejscowości” w ramach „spotkania z ciekawym człowiekiem”? 

Nie, to niemożliwe. Republika chroni słabszych, chroni wolności, chroni wspólnotę. Każde medium ma swojego redaktora naczelnego, wydawcę, oni z kolei mają rodziny, które nie żyją w społecznej, ekonomicznej, prawnej próżni. Nie wydaje się, aby łatwo przeciwstawili się argumentom, które sprawiają, że gość nie powinien wystąpić, a jego zaproszenie do programu było dużym błędem redakcji. Narzędzi jest naprawdę wiele: administracyjne (brak przedłużenia licencji, na każde działanie w liberalnej demokracji jest przecież jakaś licencja), finansowe (od reklam na antenie począwszy), sanitarne (umożliwiające zamknięcie lokalu w przypadku zagrożenia epidemicznego). Zawsze wśród opcji jest ta najbardziej oczywista. Żadna redakcja nie jest w stanie pracować bez prądu. Ten zaś może zostać odcięty w związku z nagłą awarią lub konserwacją sieci.

A jeśli ktoś się kiedyś przebije, jeśli stworzy telewizję, do której zaprosi osobę o powszechnie niestrawnych poglądach? A jeśli wyda się, że redaktor naczelny i wydawca chcą popełnić zbiorowe samobójstwo? Agregaty prądotwórcze zastąpią przerwę w dostawie energii? Nadawanie w internecie via systemy dynamicznego przekierowywania sygnału nie będzie łatwe do wyłączenia? Jeśli…?

Wówczas nasz bohater musi przecież dojechać do stacji na program. Niezależnie od tego, czy skorzysta z własnego samochodu, czy z taksówki, czeka go – co oczywiste, ponieważ bezpieczeństwo na drogach przy takiej liczbie szaleńców jest jednym z priorytetów państwa – kontrola drogowa. Solidna kontrola, z badaniem ciśnienia w każdej z opon, dokładnym sprawdzaniem składu apteczki, stopnia wypełnienia substancją czynną (nomen omen) gaśnicy etc. etc. Kontrola trwa, a czas leci, program za chwilę się ma rozpocząć. Jeśli się spieszy i chce zamówić inny wóz – wyciąga telefon komórkowy – i traf, żadna z sieci komórkowych w promieniu kilkuset metrów od radiowozu policjantów – nie działa. Zanik sieci GSM, wszystkich sieci. Pech, po prostu pech. Nigdzie nie zadzwoni, nigdzie nie pojedzie. Nie dotrze na program. Wszystko zgodnie z prawem, w białych rękawiczkach. Nie oceniam, czy dobrze to, czy źle.

Ale to jest Francja, nie Polska.

Eryk Mistewicz

SUBSKRYBUJ „GAZETĘ NA NIEDZIELĘ” Oferta ograniczona: subskrypcja bezpłatna do 31.03.2024.

Strona wykorzystuje pliki cookie w celach użytkowych oraz do monitorowania ruchu. Przeczytaj regulamin serwisu.

Zgadzam się