bałagan polski Michał Strąk

Polskę cechuje bałagan w rządzeniu państwem

Brakuje nam systemu rządzenia państwem jako całością. Nie potrafimy uzgadniać, co jest interesem narodowym w kraju, który zmienia się od środka oraz pod wpływem uwarunkowań zewnętrznych.

W lutym 2008 r. na łamach „Rzeczpospolitej” ukazał się tekst Waldemara Kuczyńskiego PiS-owski wilk nadal niebezpieczny oraz mocno polemiczny wobec niego artykuł Michała Szułdrzyńskiego Strachy na Lechy – i Jarosławy. W marcu swoje trzy grosze dołożyłem także ja, publikując Kto jest winny złej polityki?. Wszystkie teksty dotyczyły jakości rządzenia w Polsce. Wszystkie krytycznie oceniały tę jakość. A napisali je autorzy o bardzo różnych biografiach zawodowych i politycznych.

Kuczyński (rocznik 1939) to jeden z ważnych działaczy pierwszej „Solidarności”, emigrant polityczny w latach osiemdziesiątych, bliski współpracownik Tadeusza Mazowieckiego, pierwszy minister przekształceń własnościowych.

Szułdrzyński (rocznik 1980) to młody, bardzo dobrze zapowiadający się publicysta polityczny.

Ja (rocznik 1944) spędziłem lata osiemdziesiąte w kraju, pracując w Instytucie Kultury. W latach 1993–1995 byłem ministrem-szefem URM odpowiedzialnym w pewnym stopniu za funkcjonowanie „maszynerii” rządowej.

Kuczyński w swoim artykule frontalnie zaatakował PiS, które straciło władzę. Szułdrzyński polemizował z tym atakiem. Nie tyle bronił PiS, co raczej krytycznie oceniał kryteria, wedle których Kuczyński osądzał politykę tej partii. Ja szukałem przyczyn złego rządzenia. Wskazywałem na rolę polityków, doradców, badaczy i publicystów.

W tekście Szułdrzyńskiego zaintrygowało mnie – i dlatego wracam do tamtych publikacji – stwierdzenie: „Zastanawiam się, dlaczego Kuczyński nie próbuje sobie odpowiedzieć na pytanie: dlaczego PiS w wyborach 2005 roku osiągnął najlepszy wynik? Dlaczego Polacy najpierw dali zwycięstwo partii Jarosława Kaczyńskiego, a potem jego bratu powierzyli najwyższy urząd w państwie? Może więc zamiast straszyć bajkami o żelaznym wilku, warto się zastanowić nad powodami, dla których nawet w wyborach ’07 ponad 5 milionów Polaków poparło Prawo i Sprawiedliwość. Bo zagrożeniem dla demokracji w Polsce nie jest to, że PiS do władzy doszedł, lecz powód, dla którego władzę stracił. Polska jest krajem, którym nie da się rządzić! Do Waldemara Kuczyńskiego można mieć żal o to, że zmarnował dobrą okazję do rozpoczęcia rzeczowej dyskusji na temat tego, co działo się w Polsce w ciągu dwóch ostatnich lat. Bardzo potrzebujemy dziś na ten temat dyskusji. Potrzebujemy tej debaty po to, by uczyć się na błędach i unikać ich w przyszłości. A nauczymy się wtedy, gdy zedrzemy zasłonę nienawiści i zacietrzewienia – obecną po obu stronach”.

Przypominam te teksty, bo wpisują się w szerszą refleksję o stanie rządzenia polskim państwem, a po niewielkich korektach można by je odnieść do realiów współczesnych.

Nie jest to przypadek. Polskę od dawna cechuje bałagan w rządzeniu państwem. Antologii tekstów o władzy politycznej napisanych przez polskich myślicieli Jacek Kloczkowski dał tytuł Polska czyli anarchia?. Paweł Jasienica książkę o XVI-wiecznej Polsce zatytułował Polska anarchia. A Aleksander Bocheński opisał Dzieje głupoty w Polsce. I nie o ludzką, zwyczajną głupotę w niej chodzi.

Kłopoty z rządzeniem to nie jest zatem sprawa ostatnich czterech lat. Można powiedzieć, że kłopoty te były i nadal są „specjalnością naszego domu”. Brakuje nam systemu rządzenia państwem jako całością. Nie potrafimy uzgadniać, co jest interesem narodowym w kraju, który zmienia się od środka oraz pod wpływem uwarunkowań zewnętrznych.

W całym okresie powojennym – by nie sięgać daleko wstecz – potrafiliśmy uzyskać zgodę chyba w jednej tylko sprawie: ostatecznego statusu granicy na Odrze i Nysie. Spieraliśmy się o: 1. relacje zewnętrzne, o zakres wolności narodowej, o to, jakim „barakiem” powinniśmy być najpierw we wschodnim, a ostatnio w zachodnim obozie; 2. o kształt ustroju politycznego i gospodarczego, o rolę poszczególnych partii na scenie politycznej;  3. o zakres wolności osobistych i zobowiązań wobec narodu i państwa.

Nie podjęliśmy dyskusji o: 1. wadach i zaletach monocentrycznego, bipolarnego i demokratycznego systemu rządzenia państwem, o granicach autorytaryzmu i państwowego bałaganu, o granicach wolności i odpowiedzialności za słowa w mediach; 2. „gospodarzu” państwa – środowiskach, organizacjach i osobach opisujących sytuację i projektujących politykę, kierując się interesem całego państwa, a nie poszczególnych jego części; 3. roli organizacji pozarządowych, wymiaru sprawiedliwości, biurokracji państwowej i samorządowej oraz środowisk gospodarczych w kształtowaniu demokracji i polityki państwa.

Od 2015 do 2023 r. Polską ponownie rządził PiS, a „strachy na Jarosława” głosili politycy ówczesnej opozycji. Ani wówczas, ani obecnie nie widać tych, którzy nawoływaliby do rzeczowej dyskusji na temat tego, co działo się w Polsce w ciągu trzydziestu i dziesięciu ostatnich lat. Mało kto chce uczyć się na błędach i unikać ich w przyszłości. (…) W książce „I jak tu Polską rządzić” próbuję pokazać – bo tylko na próbę mogłem się porwać – jak doszło do tego, że słowem, które najlepiej opisuje sytuację w Polsce, jest BAŁAGAN! A wzajemne obrzucanie się błotem jest najczęściej stosowaną formą dyskusji.

Próbuję także pokazać, że towarzyszącej nam nienawiści nie da się usunąć przez nawoływanie do miłości braterskiej. Trzeba stworzyć nowe warunki instytucjonalne dla wzajemnych relacji obu zwaśnionych stron. Dzisiaj oznacza to przede wszystkim wypracowanie wspólnego poglądu na temat naszego miejsca na politycznej mapie świata i Europy oraz pozycji w Unii Europejskiej, a także roli organizacji pozarządowych, wymiaru sprawiedliwości, biurokracji państwowej i samorządowej oraz zorganizowanych środowisk gospodarczych w budowaniu dynamicznej równowagi w całym państwie.

Trzeba również przeprowadzić reformę kierowania państwem, w tym reformę centralnej administracji rządowej. Muszą zmienić się materialne i organizacyjne warunki funkcjonowania partii politycznych, naukowe zaplecze i sposób prezentowania polityki w mediach.

Kiedy rozpoczynała się kampania wyborcza ’18, wracałem myślami do wydarzeń sprzed czterech i trzech lat. W 2014 r. – w wyborach do sejmików wojewódzkich – trzy partie: PiS, PO i PSL uzyskały podobne, ponaddwudziestoprocentowe poparcie. W 2015 r. w wyborach prezydenckich Paweł Kukiz przekroczył próg 20% poparcia. W tym samym roku, w wyborach parlamentarnych dwie pierwsze partie zebrały łącznie 62% głosów, a trzy kolejne – 24% głosów.

Łączna analiza wyborów do sejmików oraz do Sejmu pozwalała przypuszczać, że wyborcy zdają się mówić: scena polityczna powinna się zmienić. Około 20% wyborców nie chciało głosować ani na PO, ani na PiS. W wyborach samorządowych wybrali PSL, a w wyborach prezydenckich – Pawła Kukiza. Współdziałanie PSL i Kukiza ‘15 rysowało się jako logiczne następstwo tamtych wyborów. PSL nie zmieniło jednak swego stosunku do PO, PiS i Kukiz ’15, a Kukiz ‘15 rozpłynął się w retoryce antypartyjnej i promocji okręgów jednomandatowych.

Nie ukrywam, że centralną figurą na tej szachownicy jest dla mnie PSL. Znając tę partię od środka, zadawałem i zadaję sobie pytanie, co w jej wielkich sukcesach i podobnych porażkach jest przypadkiem, efektem błędów jej liderów, a co skutkiem jakiejś nieznanej mi prawidłowości?

Zaskoczył mnie wynik PSL w dwóch kolejnych latach. W 2014 r. w wyborach do sejmików Stronnictwo przekroczyło 20%, a rok później – w wyborach do Sejmu – osiągnęło niewiele ponad 5%. Jaka była przyczyna tej zaskakującej różnicy? Do tej pory nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie.

I ostatnie już zdziwienie – przy 38% poparcia PiS zdobyło ponad 50% mandatów i prawo do samodzielnych rządów. Tę różnicę można skomentować krótko: Polacy jako głosujący w wyborach suweren nie dali nikomu mandatu do samodzielnych rządów. Gdyby mandaty dzielono proporcjonalnie do otrzymanych głosów, Zjednoczona Prawica zebrałaby 170 mandatów. Jeśli stało się inaczej, to jest to „zasługa” ordynacji wyborczej, tworzonej i zmienianej przez partie, które rządziły przed 2015 r.

Polacy dorośli do demokracji. Tak zwane elity lewicowo-liberalne – nie! Bo to te elity miały największy wpływ na kształt kolejnych ordynacji wyborczych. A wyolbrzymiając rolę tzw. metody d’Hondta, kierowały się własnym, źle skalkulowanym interesem.

Za samodzielne rządy Prawa i Sprawiedliwości odpowiada Unia Demokratyczna i Sojusz Lewicy Demokratycznej, bo to za ich sprawą budowano – powiązany z metodą d’Hondta – system finansowania partii politycznych. PiS nie ma wśród tych, którzy kształtowali system wyborczy. Skutki zmian, wprowadzanych przez tę partię, ujawnią się dopiero w przyszłości.

Na początku czerwca ‘18 Mariusz Janicki w jednej z dyskusji telewizyjnych powiedział, że 64% notowanego w sondażach łącznego poparcia dla PiS i PO świadczy o tym, że spór tych partii odnosi się do ważnych dla Polaków spraw. Wypowiedź ta zaintrygowała mnie i – mając nadzieję na bezpośrednie spotkanie – w dwóch mailach napisałem do jej autora: „Taka opinia byłaby prawdziwa, gdyby reguła 65% dla dwóch pierwszych partii była czymś nowym”. Tymczasem duopole dominują na scenie politycznej od 1997 r. Każdy z nich ma swoją czasową żywotność. Najpierw partie biją się o coś i powstaje duopol, później zaś to duopol narzuca partiom potrzebę i tematykę kłótni.

Odnoszę wrażenie, że teraz to PiS i PO, wspierane przez sprzyjające im media, narzucają temperaturę i tematykę sporu, a pozostali uczestnicy debat z konieczności – lub z wyboru – wpisują się w ten dwubiegunowy schemat. Od sierpnia 2019 r. można w tym miejscu użyć czasu przeszłego. Kawaleryjska szarża prezesa Kosiniaka-Kamysza doprowadziła do staro-nowego kształtu sceny politycznej, co potwierdziły jesienne wybory roku 2023. Na horyzoncie pojawiła się wizja „trzeciego wierzchołka trójkąta”. Cieszy mnie to, bo – w moim przekonaniu – pojawienie się takiego podmiotu może zmienić obecną sytuację.

Do spotkania z redaktorem Janickim nie doszło. Ale wymiana maili uświadomiła mi, że w pierwszej kolejności należy dziś pytać nie o to, kto w sporze PO i PiS ma rację, kto ma więcej zasług, a kto błędów, ale o to, czy duopol PO i PiS świadczy o zdrowiu systemu politycznego, jak sugerował w dyskusji Janicki, czy też raczej o jego chorobie, czy wręcz o patologii? Czy duopol PO i PiS jest zapowiedzią nowego, lepszego PORZĄDKU, czy raczej powtórką ze starego i powiększającego się BAŁAGANU?

Znacznie wcześniej zaskoczyła mnie uwaga Piotra Kostikowa, urzędnika partyjnego, prowadzącego sprawy polskie w Wydziale Zagranicznym KC KPZR, który zauważył, że w żadnej z europejskich partii komunistycznych członkowie Biura Politycznego nie byli tak inteligentni, jak w Polsce, ale też, że żadne z Biur Politycznych nie było tak skłócone, jak polskie. Trudno nie zauważyć podobieństwa tamtej sytuacji do realiów III RP.

Dotychczasowy przebieg transformacji społecznej i gospodarczej świadczy o tym, że Polakom nie brakuje inteligencji indywidualnej, niezbędnej do funkcjonowania w nowych, radykalnie zmienionych warunkach. Stąd zapewne biorą się sukcesy naszych rodaków, tak tych, którzy realizują swoje plany i marzenia w kraju, jak i tych, którzy wyjeżdżają za granicę. Równocześnie jednak zawodzi nas inteligencja społeczna, niezbędna do zespołowego działania tam, gdzie cel wspólny trzeba sformułować i wspólnie go realizować. To dlatego polityka jest jednym z obszarów, na których sukcesów jest znacznie mniej niż w gospodarce. Dlatego też samorządy gminne funkcjonują lepiej niż wielkomiejskie. I całe państwo.

W tym rozumowaniu można pójść jeszcze dalej. Nie jest tajemnicą, że wielu wybitnych działaczy Solidarności żyło w dłuższym lub krótszym związku z partią komunistyczną. Różne były powody ich rozstania z PZPR. Niemarginalną rolę mogła – tak to dzisiaj postrzegam – odgrywać inteligencja, zdolność do samodzielnego myślenia, przekonanie o własnej nieomylności, połączone ze skłonnością do postszlacheckich zajazdów, awantur i kłótni.

Może jest zatem tak, że Solidarność zrodziła się nie tylko ze słusznego protestu klasy robotniczej, ale także z warcholstwa elit na różnych etapach związanych z PZPR? Z tej indywidualnej inteligencji i skłonności do postszlaceckich rokoszy, o których mówił Kostikow? Może też to warcholstwo, a nie wielkie ideały, skłóciły zwycięski obóz Solidarności, a Lecha Wałęsę i Jarosława Kaczyńskiego zaprowadziły przed sąd gdański. Wreszcie może rację ma Bronisław Łagowski, pisząc „Jarosław Kaczyński nie jest żadnym nudnym państwowcem, lecz współczesnym wcieleniem nieśmiertelnego w Polsce rokoszanina […]. Jest na tyle ekspresyjny, że nieustająco przyciąga uwagę dziennikarzy, którzy z kolei narzucają jego kolosalnie powiększony wizerunek ogólnokrajowej publiczności. Prezesowi i jego partii wystarczy rozciąganie fabuły smoleńskiej do oceanicznych rozmiarów. Podtrzymywanie sporu o fakty dawno stwierdzone ponad wszelką wątpliwość odpowiada wielu platformersom”.

Pisząc w 2008 r., że Polską nie da się rządzić, Szułdrzyński naruszył więc jakieś tabu. Dał do zrozumienia, że – niezależnie od zachowań konkretnych polityków i partii politycznych – istnieje coś takiego, jak gen złego rządzenia państwem. Zasugerował, że istnieje coś takiego, jak dziedziczność tego genu – „odtwarzanie w procesach rozrodu i rozwoju osobniczego u organizmów potomnych cech, przypominających organizmy rodzicielskie”.

Może zatem dla zrozumienia polskiego bałaganu nie wystarczy już zwyczajna politologia? Może potrzebna jest nowa dyscyplina naukowa – politologia genetyczna? A dla wyjścia z bałaganu nie wystarczy już inżynieria polityczna i konieczna staje się inżynieria genetyczna?

Przekonanie działaczy Solidarności, w tym także Lecha Wałęsy, o tym, że pokonali komunę, jest pewnie tak samo fałszywe, jak – kilkadziesiąt lat wcześniej – przekonanie peerelowskich komunistów, że pokonali kapitalistów i feudałów. I jedni, i drudzy byli raczej obciążonymi „genetycznie” ich potomkami. I na podstawie takiej diagnozy – a nie na podstawie fałszywych samoocen polityków – nasi zagraniczni przyjaciele i konkurenci budują długofalową politykę wobec Polski.

Naśladując Szułdrzyńskiego, daleki jestem od obciążania winą za polski BAŁAGAN obecnie rządzących. Wkład w to „dzieło” wniosły niemal wszystkie partie i środowiska polityczne. Powiem więcej, nie tylko partie i nie tylko polityczne.

Może warto więc na koniec powtórzyć słowa dziś wyróżniającego się publicysty: bardzo potrzebujemy dyskusji na temat tego, co działo się w Polsce w ciągu ostatnich lat. Po to, by uczyć się na błędach i unikać ich w przyszłości.

Głosem w takiej dyskusji niech będzie ta książka. Próbą nie tyle rozwiązywania problemów, co raczej listą problemów, które trzeba rozwiązać.

Czy jest szansa na rzeczywiste zmiany? W długim okresie na pewno tak! Komunizm okazał się cywilizacyjnym, politycznym i kulturowym anachronizmem i musiał odejść w przeszłość. Kapitalizm i demokracja też przeżywają trudne chwile. Polityczny duopol jest anachronizmem, ponieważ – zamiast organizować społeczeństwo do dynamicznej innowacyjności i zgodnego współdziałania – organizuje je do kultywowania przebrzmiałych wartości i wojen wewnętrznych.

Fragment książki I jak tu Polską rządzić?, wyd. Biblioteka Publiczna m.st. Warszawy Biblioteka Główna Województwa Mazowieckiego, 2019 [LINK]. Przedruk za: „Wszystko co Najważniejsze”.

Zdjęcie autora: Michał STRĄK

Michał STRĄK

Doktor nauk politycznych. Od 1971 r. członek ZSL i PSL (na początku lat 90. członek władz krajowych PSL). Poseł na Sejm II kadencji. Minister-Szef Urzędu Rady Ministrów w latach 1993–1995. Od 2003 r. dyrektor Biblioteki Publicznej m.st. Warszawy – Biblioteki Głównej Województwa Mazowieckiego.

SUBSKRYBUJ „GAZETĘ NA NIEDZIELĘ” Oferta ograniczona: subskrypcja bezpłatna do 31.03.2024.

Strona wykorzystuje pliki cookie w celach użytkowych oraz do monitorowania ruchu. Przeczytaj regulamin serwisu.

Zgadzam się