demokracje

Demokracje wobec dyktatur

Miało nie być konwencjonalnej wojny w Europie, a jest. Odradzają się stare imperializmy i dążenia do podziału świata i Europy na strefy wpływów, gdzie mniejsi muszą się zadowolić rolą rozgrywanych przez innych pionków. Historia trwa.

Czerwona i brunatna dyktatura

W dyskusjach o systemach autorytarnych punktem odniesienia są na ogół zachodnie demokracje. Oczekuje się od nich z jednej strony strzeżenia wartości demokratycznych u siebie, a z drugiej – jasnego stanowiska wobec zagrożenia tych wartości na świecie. W XX wieku mieliśmy do czynienia w Europie z dwoma wielkimi, ludobójczymi dyktaturami, czerwoną i brunatną, oraz z wieloma pomniejszymi. Jak się wobec nich zachowały owe zachodnie demokracje? Wiemy, że środowiska postępowe miały sporo sympatii do Rosji bolszewickiej. Do tego podczas II wojny światowej można było pokonać brunatnego potwora z pomocą potwora czerwonego, więc na jednego z nich trzeba było postawić. Łatwo zapominamy też, że przez prawie dwa lata (1939-41) oba potwory ze sobą współpracowały, więc opór w tym czasie – konkretnie Churchilla wobec Niemiec – wymagał dużej determinacji i mógł upaść w każdej chwili.

Komunizm nigdy nie miał swojego procesu norymberskiego, ale niemiecki nazizm obecnie uchodzi za zło absolutne. Wielu uważa, że jest tak jednorazowy, że nie można go z czymkolwiek porównywać, nie należy nawet analizować jego twórców i wykonawców jak osobników gatunku homo sapiens, takich jak my. Oczywiście w rzeczywistości, zachodnie demokracje utrzymywały z Niemcami w miarę normalne stosunki tak długo, jak się dało. Stany Zjednoczone weszły w stan wojny dopiero w grudniu 1941, gdy po japońskim ataku na Pearl Harbor Hitler wypowiedział Ameryce wojnę. Przez cały ten czas w Niemczech działali amerykańscy dziennikarze.

Życie dziennikarskie w Berlinie

W okresie międzywojennym prasa drukowana spełniała podobną rolę, jak obecnie Internet. Dzięki transoceanicznym kablom telegraficznym możliwe było codzienne podawanie świeżych informacji z całego świata. Rezydujący dziennikarze mieli czas i możliwości na gromadzenie pogłębionych informacji, byli też godnie wynagradzani. Zwłaszcza amerykańscy dziennikarze mieli królewskie warunki – Edgar Ansel Mowrer z chicagowskich Daily Newsdysponował 13-pokojowym apartamentem. Konkurencyjna Chicago Tribune też utrzymywała własną korespondentkę. Dziennikarzy tych było naprawdę wielu, tworzyli w Berlinie specyficzną społeczność, we włoskiej tawernie przy Kurfürstenstraße mieli swoje miejsce spotkań. Stammtisch – ważna niemiecka instytucja, stół dla stałych gości. Było ich tylu, ponieważ Niemcy przez całe dwudziestolecie dostarczały ważnych tematów.

Wróćmy jednak do początku rządów Hitlera – 30 stycznia 1933 objął on stanowisko kanclerza na czele koalicyjnego rządu. Był to początek wielkiego przyspieszenia przemian i dokręcania śruby. Jednak wiele sygnałów było widocznych już wcześnie – militaryzacja życia, pobicia, antysemityzm. Wspomniany Mowrer równo z nominacją Hitlera opublikował książkę „Germany puts the clock back” (Niemcy cofają zegar). Pisał ją więc jeszcze w 1932, przenikliwie analizując zachodzące procesy. Dała mu ona nagrodę Pulitzera i wydalenie z Niemiec. Szczególnie irytujący był rozdział o prześladowaniach Żydów (Perish the Jew! – Żyd musi zginąć!), Nie on jeden został wydalony. Dorothy Thompson, gwiazda amerykańskiego dziennikarstwa, przeprowadziła z Hitlerem wywiad, który ukazał się jako „I saw Hitler!” (Spotkałam Hitlera!) w 1932, a więc dość wcześnie. Wywiad był ciężki, Hitler mówił ciągle tak, jakby przemawiał na wiecu. Thompson określiła go jako małego człowieczka. Z jednej strony oskarżano ją, że zlekceważyła go jako zagrożenie dla świata, z drugiej strony naziści obrazili się za brak szacunku. Została ona wydalona w 1934, co dało jej wielki tytuł na pierwszej stronie New York Timesa, okładkę Time Magazine obok Eleanor Roosevelt i hollywoodzki film. Kto posiadał mocny paszport, mógł nawet ze sławy prześladowanego dobrze skorzystać.

Piwo z Goeringiem

Jak widać, naziści śledzili uważnie zachodnią prasę, starali się też na nią wpływać dla swoich celów. Dziennikarze regularnie spotykali się z przywódcami nazistowskimi na wieczorkach piwnych (Bierabend), gdzie przy piwie i kanapkach wymieniali się opiniami. Dla dziennikarzy poufne informacje z wąskiego kręgu były zawsze atrakcją, a dla nazistów były okazją do manipulowania i podsuwania tematów. W taki to cywilizowany sposób konwersowano z takimi osobami, jak Hermann Goering czy redaktor antysemickiego Stürmera Julius Streicher. Ten ostatni głosił na przykład, że germańskiej muzyki Wagnera nie może interpretować Żyd, co skontrowano faktem, że dyrygentem samego Wagnera był Żyd Hermann Levi. Można się jednak domyślać, że nawet mimo momentów zakłopotania, atmosfera nie była zbyt wojownicza.

Problem ten znany jest do dzisiaj. Spotkanie w Białym Domu, pałacu Elizejskim czy urzędzie kanclerskim jest zawsze atrakcją. Daje ciekawe informacje i poprawia ego. Ale jeżeli ktoś się zabiera kanclerskim samolotem w podróż do Chin, to musi ją relacjonować tak, żeby został zaproszony na następną.

No i atrakcją była praca na placówce w Niemczech. W złotych czasach prasy drukowanej dawała zacne życie. Nie było to dla każdego dostępne. Atutem tych ludzi była znajomość języka i kultury oraz kontakty, pozwalające dotrzeć do dobrych informacji, jak również utrzymywać miłe życie towarzyskie. Po ewentualnym wydaleniu, poza Niemcami wartość tych atutów radykalnie malała. Kontakt z niemiecką kulturą oraz u wielu niemiecki rodowód powodowały, że mieli oni generalnie pozytywne nastawienie do Niemiec. 

Trzasnąć drzwiami, czy pozostać na posterunku?

Co robić, gdy sytuacja przestaje być przyjemna? Również przy założeniu uczciwości dziennikarskiej sprawa nie jest oczywista. Dziennikarz w nieprzyjaznym otoczeniu stoi przed wyborem, czy zareagować radykalnie i na dnie z honorem lec, czy wciąż uzyskiwać informacje, niekoniecznie wszystkie publikując. O ile to możliwe, dobrze jest utrzymywać kontakty również z przeciwnikami, choćby po to, żeby móc się wzajemnie obserwować. Również mimo ostrej retoryki trzeba czasem się porozumieć, by nie eskalować konfliktu. Macierzysta redakcja, jak już ma dobrze ulokowanego człowieka, nie chce go stracić.

Mając liczne kontakty publiczne i prywatne, należy sobie zadać pytanie, jak daleko należy posuwać się w czułościach. Bo problemy narastały: delegalizacja partii politycznych, pobicia i aresztowania przeciwników politycznych, obóz koncentracyjny w Dachau, antyżydowskie ustawy norymberskie. Uwaga: odpowiadając na oskarżenia o rasizm, prawnicy niemieccy, w tym dobrze nam znany Hans Frank, prezentowali listy amerykańskich ustaw stanowych zakazujących mieszanych małżeństw – z czarnoskórymi, Indianami oraz Chińczykami. Niemcy miały też fazy propagandowego łagodzenia systemu. Przykładem jest olimpiada w Berlinie w 1936. W parkach odkręcano tabliczki „Ławka nie dla Żydów”, mniej eksponowano parady SA i Hitlerjugend. Oczywiście system kręcił się dalej, ale ułatwiano korespondentom odwracanie oczu. Znana sprawa – olimpiada w Soczi i Pekinie. Koncentrujmy się na pięknie sportu, jak w filmach Leni Riefenstahl o olimpiadzie: „Święto Narodów” i „Święto Piękna”.

Jak wykryć dyktatora?

W ciągu lat 30-tych wiele było sygnałów brutalizacji systemu, nikt jednak nie włączył czerwonego alarmu. Dziś wiemy, że nazizm doprowadził do potwornej wojny i ludobójstwa, każdy ślad nazizmu jest tępiony, więc trudno zrozumieć picie piwa z Goeringiem. Jednak raz nawiązane kontakty trwały długo. Jak więc być pewnym, że wszelkie granice zostały przekroczone?

Obecnie występuje inflacja oskarżeń o faszyzm. Po wyborze Donalda Trumpa wszyscy zaczęli szukać analogii do lat 30-tych. Przypomnijmy, że to antytrumpiści myśleli o obozach reedukacyjnych dla trumpistów, a zwłaszcza dla ich dzieci, a nie odwrotnie. W 2016 niejaki Chris Hedges, laureat nagrody Pulitzera (sic!), widział w Europie wschodniej nowych faszystów. W Niemczech wszystko poza lewym brzegiem głównego nurtu to skrajna prawica. W ograniczeniach dla migrantów widzi się nową konferencję w Wannsee. Ale histeryczne ogłaszanie co chwilę, że zaraz będzie koniec świata, jest kontrproduktywne.

Nie znaczy to jednak, że stare historie się nie powtórzą. Pytanie tylko, w jakiej formie i z której strony. Widzimy Hitlera i jego ludzi, ich śmieszne, napuszone gesty, ich mowy, wygłaszane piskliwym staccato i nie wyobrażamy sobie, że ktoś normalny mógł tę ideologię szczerze wyznawać, czy że kobiety mogły być zafascynowane jego osobowością. Do tego dochodzi to, że na ogół słyszymy tylko króciutkie fragmenty mów Hitlera, nie znając języka, wobec czego wydają się one tylko dziwacznym poszczekiwaniem. Również czarno-biały film daje poczucie, że jest to inny świat, z którym my nie możemy mieć nic wspólnego. To jednak złudzenie. Miało nie być konwencjonalnej wojny w Europie, a jest. Odradzają się stare imperializmy i dążenia do podziału świata i Europy na strefy wpływów, gdzie mniejsi muszą się zadowolić rolą rozgrywanych przez innych pionków. Historia trwa.

Inny – ważny – wniosek z tej historii jest taki, że nie ma co liczyć na zachodnie demokracje, które dzięki swojej naturalnej szlachetności będą prowadzić narody do świetlanej przyszłości. Nie ma co czekać na opinie prasy zachodniej, nie warto też się nimi kierować. Jeżeli mamy problemy, musimy je rozwiązać sami.

Zdjęcie autora: Jan ŚLIWA

Jan ŚLIWA

Pasjonat języków i kultury. Informatyk. Publikuje na tematy związane z ochroną danych, badaniami medycznymi, etyką i społecznymi aspektami technologii. Autor "Wszystko co Najważniejsze". Mieszka i pracuje w Szwajcarii.

SUBSKRYBUJ „GAZETĘ NA NIEDZIELĘ” Oferta ograniczona: subskrypcja bezpłatna do 31.03.2024.

Strona wykorzystuje pliki cookie w celach użytkowych oraz do monitorowania ruchu. Przeczytaj regulamin serwisu.

Zgadzam się